Dziurawy płaszcz Nałkowskiej, czyli nędza pisarzy

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Dwudziestolecie międzywojenne nieustająco cieszy się niezwykłą atencją, w powszechnym mniemaniu był to okres największej wspaniałości Polski, tyle że tragicznie zakończony zdradzieckim atakiem dwóch totalitaryzmów. Nie mam tu zamiaru przeprowadzać wielkich rewizji historycznych, tyle mogę powiedzieć, że moje zdanie na temat międzywojennej Polski jest osobne. Nie oddaję się ekstatycznym lekturom uwznioślającym ten zacofany, biedny i niekoniecznie demokratyczny kraj, ale tutaj oprzeć się nie mogłem i przeczytałem z zaskakującym dla mnie samego zachwytem dzieło „Warszawa literacka w okresie międzywojennym” Piotra Łopuszańskiego. Rzecz na pierwszy rzut oka zdaje się kolejną z książek ciekawostkowych, plotkarskich i międlących wymiędlone już do spodu sensacje, ale to pozór jedynie. Owszem, od anegdot tu aż się roi, plotki mocną pozycję utrzymują, jednakowoż dzieło w całości jak najbardziej poważne tony wygrywa.

Mamy tu zatem oczywiście barwne opowieści o tym, kto z kim w Ziemiańskiej siedział, że biedująca Nałkowska chodziła w dziurawym płaszczu i kompulsywnie popadała w seryjne zakochiwanie się, dowody na to, że biedował też, mimo swej popularności, Żeromski, mamy cytaty, z których wynika, że Dąbrowska była małą zawistnicą, nieustannie cierpiącą, że takiej sławy jak Nałkowska nie posiada.

Są tu oklepane kawałki o pustej dorożce, z której Leśmian wysiadł, czy o tym, że Leśmian nie żyje, bo go jamnik przejechał. O Leśmianie zresztą, do którego Łopuszański specjalną sympatię żywi, wymówki robiąc wszystkim, którzy się na Leśmianie nie poznali, bardzo tu dużo. Na przynętę podaję opowieść o tym, jak literaci nasi zaszczycili swą obecnością raut w sowieckiej ambasadzie i ku konsternacji zebranych mikrowaty Leśmian rzucił się z niebywałą zajadłością na bufet, a wykwintni goście zaszokowani byli jego gargantuiczną żarłocznością.

Uwagę mą przykuły jednak nie relacje z afer i miłostek ani że Gombrowicz na kasie swojego ojca pasożytujący, wybierając się do Zakopanego, nabył szesnaście kombinezonów narciarskich. To, co mnie wciągnęło w „Warszawę literacką”, to przyziemność, nic bowiem bardziej ekscytującego niż sprawy przyziemne nie ma.

Nakład tak zwanej prozy artystycznej to było w porywach do trzech tysięcy egzemplarzy, wielki przebój przedwojennej literatury, „Granica” Nałkowskiej, miał pięć tysięcy sztuk. Pisarze w masie swojej nędznie przędli, mówię tu o tych, których dziś za spiżowych autorów tamtych lat mamy – jeśli komu się zdaje, że obecnie w Polsce książek się nie czyta, niechaj zobaczy, jak to z pędem do literatury we wspaniałych czasach Polski przedwojennej było. Ma się rozumieć, że byli gwiazdorzy galaktyczni, taki Dołęga-Mostowicz woził się limuzyną z szoferem i kasę potężną zarabiał za swoje publikowane w odcinkach powieści, z których najbardziej się oczywiście „Karierę Nikodema Dyzmy” pamięta.

Boy-Żeleński również wyciągał konkretną pensję, podług pewnych, może nieco przeszarżowanych obliczeń dostawał dziesięciokrotność średniej miesięcznej pensji za swoje felietony w „Kurierze Porannym”. Felietony! W gazecie! Dziesięciokrotność średniej pensji! Nawet jeśli to obliczenia przesadzone! Niech będzie ośmiokrotność. No dobrze, niech będzie pięciokrotność, pięciokrotność Boy-Żeleński bankowo dostawał za felietony. W owym czasie niezwykle się felietonistów ceniło, o czym wzmiankuje Łopuszański nader często. Felieton może nie był ceniony jako wielka literatura, ale wyceniany był za to królewsko. Za wielką literaturę się nie płaciło, ale za felietony płaciło się uczciwie.

Większość jednak tych, o których w szkole się uczyć musieliście, których książkami kazali wam się zachwycać, wówczas nieledwie korzonkami się żywiła i drzewa z kory ogryzała. Nie jest tak, że teraz nam pęd do książek zahamował na skutek domniemanego skretynienia narodu, ów pęd się w zasadzie nigdy u Polaków masowo nie pojawił. My do czytania nie jesteśmy stworzeni, my jesteśmy stworzeni do rzeczy wielkich i bohaterskich. Osobliwie w latach trzydziestych zapał do czytania spadał lawinowo, za to niebywałą popularnością cieszyły się kabarety. I w zasadzie jedynie pisaniem skeczy kabaretowych można było kasę poważną zarobić, Słonimski i Tuwim na pisaniu kupletów fortunę wręcz zbili, na niecnych chałturach, a nie na swych dziełach literackich przecież.

Z grubsza tak się rzecz miała, że po odzyskaniu niepodległości na fali entuzjazmu naród polski nawet na kulturę się z niewielkim zapałem rzucił, ale z każdym rokiem wolności ów zapał opadał. Im bardziej Polska była wolna, tym naród polski mniej do uczt duchowych skłonny. Wygląda na to, że wolność dla Polaków to jest też wolność od kultury.

Warszawa w latach trzydziestych budowała się i piękniała, a pisarzom coraz gorzej się powodziło. „Czytelnicy woleli literaturę lekką, felietony, humoreski, powieść sensacyjną, poradniki, dzieła religijne i senniki, których nakłady były wyższe niż książek kucharskich”. Nie chcę tu powiedzieć, że naród zupełnie się literaturą nie interesował, wszak Reymonta, gdy otrzymał Nobla, zalała fala listów. Tyle że nie z gratulacjami, ale z agresywnymi prośbami o podzielenie się kasą. Gdy wcześniej na tapecie była kandydatura Żeromskiego, to dyplomacja polska, wówczas bardzo prawicowa, wszystko w zasadzie robiła, by mistrz Nobla nie dostał: lepiej przecież, jeśli żaden Polak Nobla nie dostanie, niż miałby dostać ktoś, kogo władza nie lubi za to, że ten nie lubi Dmowskiego.

Świat był jednak w pewnym sensie uporządkowany – prawicowi krytycy chwalili wyłącznie powieści prawicowych autorów, lewicowi recenzenci jedynie książki autorów lewicowych. Nie wartość dzieła była kluczowa, ale słuszność poglądów. Dzięki czemu nakłady książek drążyły kolejne poziomy dna, nie uchodziło bowiem czytać zwolennikom Piłsudskiego książek napisanych przez endeków, czytelnicy endeccy zaś pierwej by umarli, niż dotknęli książek lewicowców.

Pisze Łopuszański: „Czytano utwory literackie z punktu widzenia ich orientacji politycznej, a nie jako literaturę dobrze lub gorzej napisaną, więc recenzenci chwalili autorów ze swojego kręgu, a krytykowali twórców nawet wybitnych dzieł, jeśli pochodzili z obozu przeciwników”. Jak się książkę Łopuszańskiego wnikliwie przeczyta, to jasne się wnioski z tej lektury pojawią: im bardziej się lojalnością polityczną w recenzjach książek zajmowano, tym mniej ludzi w ogóle po książki sięgało. Im bardziej się pisanie o literaturze robiło partyjniackie, tym mocniej naród polski literaturę olewał. Im większe zachwyty recenzentów dla badziewia, ale słusznego politycznie badziewia, tym nakłady mniejsze. Im mocniej „endecy chcieli literatury narodowej, sławiącej dzielność Polaków, szlachetność Polek, umacniającej ducha narodu”, tym głębiej naród miał w rzyci całą literaturę. Patriotyczni publicyści im bardziej „traktowali każde wystąpienie z krytyką rzeczywistości jako skandal, kalanie gniazda, objaw nihilizmu lub robotę bolszewików”, tym mocniejszy był odwrót narodu polskiego od kultury w ogóle.

Chociaż trzeba tu uczciwie przyznać, że były powieści, które jednoczyły wszystkich bez względu na poglądy. Tak było w przypadku „Przedwiośnia” Żeromskiego. Komuniści nienawidzili tej powieści za antybolszewizm, endecy zaś nienawidzili jej za bolszewizm.

Wygląda na to, że wolność dla Polaków to jest też wolność od kultury

Im bardziej Polska była wolna, tym naród polski mniej do uczt duchowych skłonny

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.