Z pisarką Marią Nurowską rozmawia Renata Radłowska

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Nurowska Bierze Się Za Polityków -

Podobno budzi pani naród.

– Tak, mam misję. Impulsem było aresztowanie Józefa Piniora, bohatera mojej młodości. Od dawna czułam, że będzie tylko gorzej, ale miałam nadzieję, że to, co robi Prawo i Sprawiedliwość, wynika tylko z jego wyposzczenia – rzucają się i konsumują sukces wyborczy. W sposób obrzydliwy zresztą, bez żadnych pozorów elegancji. Kiedy aresztowano Piniora, pękłam. Wyciągnęli człowieka o szóstej rano, założyli kajdanki; niewyobrażalne. Jak w najgorszych czasach stalinizmu. Nie wierzę w jego winę! Prędzej Giewont by się zawalił, niżby Józef Pinior wziął łapówkę.

Książka „Dziesięć godzin” powstała z niezgody, z ogromnej wściekłości na to, co się dzieje. Zanim usiadłam do komputera, podzieliłam się refleksjami z moimi czytelnikami. Napisałam do nich na Facebooku, że mam pomysł.

I co oni na to?

– Kibicowali mi. To było nowe doświadczenie.

Kibicowanie?

– To, że informowałam ich, na jakim etapie jestem, dyskutowałam; trochę mnie inspirowali. Ale najważniejszy był czas – żeby zdążyć, wylać z siebie złość, póki jeszcze można. Czytelnicy pomagali mi wybrać tytuł, wysłałam im nawet fragment (ten, który mówi o minister Zalewskiej). Potem była okładka, którą też im pokazałam. Podobała się.

Do tej pory nie pisała pani o polityce? Pytali panią o to?

– Ci, którzy mnie czytają, wiedzą, że moje książki osadzone są głęboko w historii, a więc nie da się uciec od polityki. Pisałam też o Krystynie Skarbek, generale Andersie czy pułkowniku Kuklińskim, nigdy jednak tak wprost o tym, co się dzieje tu i teraz. Powiedziałam otwarcie: dla mnie ta książka ma być oczyszczeniem. Zresztą nie tylko dla mnie, dla nas wszystkich, którzy nie zgadzamy się na szaleństwa PiS.

Ulało się pani.

– Wreszcie. I dobrze. Jak się nazwie pewne trudne sprawy, to można żyć dalej.

Jak to pani nazwała?

– Tak w skrócie? Obrażanie rzeczywistości. I jeszcze: zabobon. Jest XXI wiek, a my cofnęliśmy się do średniowiecza. Od siedmiu lat, co miesiąc, jesteśmy świadkami przedziwnych obrzędów. Za poprzedniej władzy można to było jakoś znieść, teraz Kaczyński zamienił Polskę w dom pogrzebowy. Smoleńsk jest niemal codziennie odmieniany przez wszystkie przypadki, przy okazji ważniejszych rocznic minister obrony nakazał odczytywanie apelu „poległych” w Smoleńsku. A co z zamordowanymi oficerami? Oni nie zginęli w katastrofie lotniczej, właśnie jest kolejna rocznica ich wywózki do Katynia, gdzie strzelano im w tył głowy, ale jakoś apelu poległych nie ma. Prezydent Duda też się tam nie wybiera. Boi się lądować w Smoleńsku? Można dojechać i pociągiem. A może przypomni sobie o Katyniu przed wyborami, jak jego poprzednik Lech Kaczyński?

Myśli pani, że prezes Kaczyński przejmie się pani książką?

– Nie sądzę. Nie napisałam jej dla niego. Chociaż prezes pojawia się w ostatniej scenie, rozmawia z Kotem.

Prawie jak w „Uchu Prezesa”.

– Ależ proszę tak nie żartować! Ten serial obłaskawia zło, pokazuje Kaczyńskiego jako człowieka śmiesznego, ale sympatycznego. Ja go widzę inaczej i chciałabym, żeby moi czytelnicy też zauważyli, że trzeba być potworem, aby zbijać kapitał polityczny na śmierci brata! Nie boję się tego powiedzieć. Kaczyński niszczy moją Polskę, niszczy ludzi. Dziś wstydzę się, że

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.