Z Łukaszem Krzyżanowskim, autorem książki „Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta”, rozmawia Magdalena Kicińska

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Ryzyko Ukryte W Książkach -

Jaki był widok z okna pana pokoju w rodzinnym domu?

– Pyta pani, czy widziałem duchy Żydów z radomskiego getta i dlatego napisałem książkę? Nie widziałem. Pytam, bo pisze pan po ponad 70 latach: „Wciąż chodzimy tymi samymi drogami (…) ich losy i cierpienie są także naszą historią”.

– Mój dom stał na rogu Narutowicza i Podwalnej, kiedyś Pereca. Pod oknami zaczynało się getto. Elementem pejzażu mojego dzieciństwa był pomnik stojący na placu po synagodze poświęcony „Żydom Radomia, ofiarom zbrodni hitlerowskich”. Mijałem go kilka razy w tygodniu. Nie sądzę jednak, by te ślady w jakiś sposób mnie „naznaczyły”. To nie jest książka, która powstała z sentymentu do miejsca mojego urodzenia. Radom stał się tematem przez przypadek, ale to, że znam topografię miasta, pomagało mi w pracy.

To dlaczego pan ją napisał?

– Z mojego poczucia łączności z jej bohaterami. Czytałem o nich w archiwach i z jakiegoś powodu stali mi się bliscy. Z jakiegoś powodu ci ludzie są ze mną. Może chodzi o empatię, której sensem jest wychodzenie poza utarte, znajome schematy, by zrozumieć Innego, który pozornie jest odległy. Dzięki temu przestaje być obcym.

W pytaniu „dlaczego się tym zajmujesz” tkwi czasem sugestia: co masz na sumieniu, że to robisz? Jakie winy chcesz odkupić?

– Ludzie w naszym wieku, tj. urodzeni wiele lat po wojnie, nie mają osobistych win. Ale nie wiemy, czy w naszej rodzinie nie ma jakiejś mrocznej, skrywanej opowieści.

Czy praca nad książką coś w panu zmieniła?

– Zacząłem widzieć więcej, kojarzyć pewne fakty. Znajoma dziadków, którą kilka lat temu spotkałem, uświadomiła mi, że „Żydóweczka” to nie jest jakieś bardzo pejoratywne określenie, a przynajmniej istnieje jeszcze wyższy stopień – „Żydowica”. Opowiedziała mi o swoim ojcu, który dostarczał jedzenie ukrywającym się w pobliżu ich wsi żydowskim dzieciom. Trzymał to przed córką w tajemnicy, bo był przekonany, że by je wydała. A ja miałem wrażenie, że wydałaby je i dzisiaj. Dotykałem też swojej rodzinnej historii.

Coś pan odkrył?

– Dom, w którym mieszkała moja rodzina, należał do miasta, nie był nieruchomością „pożydowską”. Przed wojną mieszkało w nim wielu policjantów, po wojnie milicjantów. Kiedy w archiwum po raz pierwszy natknąłem się na Henryka Compałę, powojennego szefa służby śledczej MO w Radomiu, od razu przypomniałem sobie siwego starszego pana w ciemnych okularach, który mieszkał dwa piętra wyżej i bardzo wolno chodził po schodach. Jeden z moich pradziadków przed wojną służył w policji, a w czasie okupacji – ale to wiedziałem od dziecka – był granatowym policjantem. Granatowi policjanci pełnili funkcje porządkowe, ale też asystowali przy Zagładzie, często wręcz „na ochotnika” byli jej bezpośrednimi wykonawcami.

Po wejściu Armii Czerwonej ów pradziadek, jak wielu radomskich policjantów, został aresztowany i wywieziony na wschód. Wrócił w 1947 roku. Zostały po nim wspomnienia. Pisał o I wojnie światowej, niewoli austriackiej, międzywojniu, ale okupacja to we wspomnieniach dziura. Właściwie opisał jedynie swoje próby wywinięcia się od służby w granatowej policji: po kolejnym lewym zwolnieniu lekarskim staje przed niemieckimi lekarzami, a ci orientują się, że symuluje chorobę. Ma żonę, dwójkę dzieci. Musi iść do pracy. I tu jest luka… Na pewno widział dużo. Nie wiem, czego doświadczył i co robił.

W 2009 roku pomagał pan Anne Applebaum (pracowała wtedy nad książką o żelaznej kurtynie) – szukając informacji w Archiwum Państwowym w Radomiu – i trafił pan na kolekcję dokumentów opisujących życie Żydów, którzy tuż po wojnie znaleźli się w mieście.

– To przede wszystkim dokumentacja Okręgowego Komitetu Żydowskiego w Radomiu, instytucji powołanej przez Żydów tuż po wyzwoleniu i reprezentującej ich w kontaktach z władzami. W Komitecie można było się zarejestrować, by dać znak życia. Pomoc materialna, którą dysponował, była niewystarczająca, a często i nieadekwatna – kiedyś przysłano mu 80 zniszczonych szalików i 20 rękawiczek – nie do pary. Komitet był mały, biedny, zależny od władz i pomocy z zewnątrz, ale dla ocalałych Żydów bardzo ważny. Nie znam drugiego przypadku zachowania równie bogatego materiału dokumentującego powojenne życie żydowskie w mieście wielkości Radomia. Interesowały mnie nie tylko powojenne powroty Żydów, ale i relacje z nieżydowskimi sąsiadami. By to zrozumieć, badałem: przemoc wobec Żydów po wojnie, odbudowę więzi i restytucję żydowskiego mienia.

Cytuje pan we wstępie „Ocalałych” Stanisława Benskiego, o Żydzie, który wraca po wojnie do pustego miasteczka, ogląda „domy niedomy”, „ulice nieulice”. Niby znane, ale obce. Jakim miastem był Radom, do którego wracali?

– Żydzi stanowili przed wojną prawie jedną trzecią mieszkańców i współtworzyli Radom. Gmina żydowska była bardzo podzielona politycznie i zróżnicowana – chasydzi, ortodoksi, osoby niereligijne i zasymilowane; rzemieślnicy, robotnicy, przedsiębiorcy, była inteligencja – nieliczna, ale ważna. Mimo że miastem przed wojną rządził PPS wspólnie z lewicowymi ugrupowaniami żydowskimi, to Żydzi nie byli traktowani na równi z innymi obywatelami miasta. Doświadczali dyskryminacji – tak jak w całej II RP. Silna była również programowo walcząca z Żydami endecja. Po wojnie wszystko się zmieniło: żadnego współistnienia już nie ma. Żydów jest garstka, w pierwszych tygodniach po wyzwoleniu mniej niż trzysta osób (a to wtedy i tak dużo!). Latem 1945 roku już niemal tysiąc, choć wielu z nich przebywało czasowo, bo to okres wielkiej mobilności. Do 1949 roku zarejestrowało się ponad 1700 osób. Niemal wszyscy z nich wyjechali. Część nie zarejestrowała się nawet w Komitecie. Wrócili do miasta, które fizycznie zmieniło się niewiele, było trochę zniszczeń, ale nieporównywalnych np. do Warszawy. W mieszkaniach stały ich meble, tyle że miały nowych właścicieli. Miasto na ocalałych Żydów nie czekało.

Jak ich przyjęło?

– Bardzo często pytaniem: „To ty żyjesz?”, płynącym ze zdziwienia pomieszanego z rozczarowaniem. Powracający spotykali się z wrogością, agresją, też z przemocą – czasem w odpowiedzi na próbę odzyskania mienia.

„Ocalałym – pisze pan – towarzyszyło głębokie poczucie winy z powodu własnego przetrwania i śmierci najbliższych”.

– Jedni szukali sprawiedliwości czy zemsty, inni zajęli się upamiętnieniem pomordowanych. Wszyscy próbowali rozpocząć życie na nowo.

Jak?

– Większość ocalałych w odpowiedzi na przemoc, której doświadczyli lub która im groziła, szybko opuszczała Radom. Przenosili się do dużych miast, na tzw. Ziemie Odzyskane albo emigrowali z Polski. Czasem o ich wyjazdach decydowały też względy ekonomiczne, np. praca w nowym miejscu. Niektórzy pozostali „na aryjskich papierach”, pod przybraną w czasie wojny tożsamością – by szybko zalegalizować posiadane już dokumenty albo ze strachu przed ujawnieniem pochodzenia. Czasem do końca życia pozostawali „w ukryciu”. Inną strategią była izolacja: stworzenie zamkniętej społeczności, dla której spoiwem była wspólnota doświadczenia – okupacyjnego i powojennego. Żydostwo było dla nich sprawą prywatną i istniejącą wewnątrz tej ich społeczności.

Pisze pan o nich „ghost citizens”, obywatele widma.

– Stworzyli wprawdzie Komitet, ale w życiu politycznym i społecznym powojennego miasta byli niemal całkowicie nieobecni, dla lokalnej administracji wręcz „przezroczyści”. Najprawdopodobniej kiedy zarząd miasta podejmował decyzję o rozbiórce radomskiej synagogi, nawet nie skontaktował się ze społecznością żydowską. Komitet chciał odzyskać przedwojenny szpital żydowski. Mieniem dawnych gmin wyznaniowych zarządzało państwo. Żydzi zaproponowali, że postarają się o pomoc zagraniczną i uruchomią potrzebny miastu oraz ocalałym Żydom dodatkowy szpital. Władze nie były zainteresowane oddaniem budynku w zarząd Komitetowi, wyremontowały go same.

Wiemy coś o emocjach związanych z powrotem?

– Ocalali byli przede wszystkim samotni, ich doświadczeniem była strata: bliskich, przyjaciół, sąsiadów, znajomych, często też całego środowiska, w którym obracali się przed wojną. W Radomiu zarejestrowało się tylko kilka ocalałych rodzin, na ogół takich, które przed wojną dysponowały sporym kapitałem. Najczęściej do przeżycia potrzebne było nie tylko szczęście i kontakty, ale i pieniądze. Jedną z takich ocalałych rodzin byli Gutsztadtowie. Zagładę przeżył Ludwik Gutsztadt – jubiler, jego dwóch synów, żona, matka, brat – wrócili do Radomia w 1945 roku. Ten powrót zakończył się dla nich tragedią.

Gutsztadt został zabity we własnym mieszkaniu przez „nieznanego sprawcę” miesiąc po zakończeniu wojny. Kilka miesięcy później w podobnych okolicznościach zginął też Aron Hendel. W sierpniu 1945 roku kolejny mord

– z wyjątkowym okrucieństwem pozbawiono życia cztery osoby mieszkające w lokalach żydowskiej Spółdzielni Krawiecko-Kamaszniczej „Praca”: Arona Getłacha, Belę Apel, Józefa Gutmana i Tanchema Gutmana. Józef i Bela niedługo przed śmiercią wzięli ślub. Nagrobek zamordowanego Gutsztadta „nieznani sprawcy” zdemolowali kilka dni po pogrzebie.

– Po tej dewastacji następnym pochowanym tam Żydom najprawdopodobniej nie postawiono już nawet najprostszych pomników.

Na okładce książki jakiś mężczyzna patrzy na plac, który kiedyś był żydowskim cmentarzem.

– W powojennym Radomiu nie było miejsca nawet dla żydowskich zmarłych. Zabójstwo w Spółdzielni „Praca”

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.