Januszem Opryńskim Paweł Krysiak

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Dostojewski Wiecznie Żywy -

Co pan robi?

– Pracuję nad „Idiotą”. Wystawimy to w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej.

Znowu Dostojewski...

– A zaraz potem „Biesy” i „W oczach Zachodu” Conrada. Dostojewski to jeden z najważniejszych ludzi literatury. Z niego czerpię wiedzę o świecie i za nim próbuję, używając teatru, stawiać najważniejsze pytania.

Kiedy się zaczęło?

– W liceum. Jako 16-latek obejrzałem „Apocalipsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego. Musieliśmy, ze względu na wiek, dostać zgodę Grotowskiego. W jednej ze scen aktor wykonuje ruchy, jakby odbywał stosunek z chlebem. Chciałem stamtąd uciec, bałem się tego przedstawienia. Rok później pojechaliśmy do Starego Teatru w Krakowie na „Biesy” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Z panią prof. Elżbietą Żwirkowską nie mieliśmy lekko, bo przed wyjazdem musieliśmy te „Biesy” przeczytać. Klęska. Nic nie zrozumiałem.

A spektakl?

– Oszałamiające wrażenie. Wajda był już wtedy uznanym mistrzem filmowym, ale w teatrze nie wszyscy go akceptowali. Na scenie zespół bigbitowy, dwie perkusje, porywające wizualizacje. Kostiumy do połowy ubłocone, Jan Nowicki gra Stawrogina, Wojciech Pszoniak Wierchowieńskiego, który biega po moście i nawołuje do rewolucji.

Dostojewski bardzo mi pomaga poradzić sobie ze światem, zawsze jest blisko. Na studiach się nim upijaliśmy. Mój przyjaciel z Teatru Ósmego Dnia mówił na pamięć całe fragmenty Smierdiakowa. To była ulubiona lektura młodych ludzi, którzy mieli pretensje do zmiany świata. Ja z tego wyrastam.

Na początku była literatura.

– Nie ma teatru bez czytania. Kiedy w Provisorium przygotowywaliśmy „Braci Karamazow”, wcześniej długo czytaliśmy ten tekst. Oczywiście na głos. Jeden z aktorów był tym nieco poirytowany i zapytał: „Tak ciągle czytamy i czytamy. Co to, Talmud?”. Opowiedziałem o tym kiedyś Adamowi Michnikowi, a on: tak, tak, dla Rosjan to jest Talmud.

W domu czytało się książki na głos, a to ma związek z teatrem. Jeśli próbuję podzielić się z ludźmi ważnym tekstem, to teatr wydaje się językiem genialnym. Aktor wypowie słowa, które ja jakoś tam ułożyłem. I dopiero po wygłoszeniu nabierają pełniejszej mocy. Czytanie na głos to tradycja nie tylko domowa. Przecież za komuny bibułę dostawało się często na jeden dzień, bo następny czekał w kolejce. Kiedyś, chyba w 1976 roku, pożyczyłem „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza, ale rano musiałem oddać. Zbieramy się w Chatce Żaka, tam gdzie działa nasz Teatr Provisorium, i całą noc czytamy na zmianę. I pijemy. Na głos czytaliśmy też biuletyny KOR-u.

Jak pan trafił do Teatru Provisorium?

– Byłem studentem filologii polskiej, studia mnie na początku rozczarowały. Wyobrażałem sobie, że spotkam poetów i pisarzy, a ślęczałem w bibliotece KUL nad wstępami do książek Biblioteki Narodowej, które są świetne metodologicznie, ale strasznie nudne. Z marazmu wyrwał mnie aktor Jacek Brzeziński: może wpadłbyś do nas, do Provisorium. Wpadłem i jakoś naturalnie zostałem liderem tej wspaniałej grupy.

Byłem wtedy takim wysnobowanym, nastawionym polemistycznie studentem polonistyki. I żeby się odróżnić od innych, zrobiliśmy bezczelną „Ferdydurke”. Mieliśmy jakąś intuicję, dobre anioły nad nami czuwały. Poznałem Piotra Kłoczowskiego, który wciąga mnie w nurt „Kultury” paryskiej. Zaczynamy dojrzewać, odkłamywać siebie. Nocne czytania są w tym wszystkim niezwykle istotne. To był dla nas równoległy uniwersytet, chcieliśmy się douczyć po prostu. Z czytania powstają spektakle. Robimy „Naszą niedzielę” na podstawie najnowszych wierszy Miłosza i opowiadania Marka Hłaski „Ósmy dzień tygodnia”. Cenzura nam tego nie puszcza i już na starcie jesteśmy buntownikami. Poznański Teatr Ósmego Dnia obdarza nas przyjaźnią. Coraz więcej czytamy: Brodski, Mandelsztam, Jerofiejew, Sołżenicyn, Bukowski... Poznawczo najciekawszy okres w moim życiu.

Byliście wtedy sławni w Lublinie?

– Na kartce A4 pisaliśmy flamastrem „Dzisiaj spektakl o godz. 19” i przychodziło 120 osób. Wystarczała jedna kartka. Postrzegano nas jako tajemniczych, szczególnie w relacjach z kobietami pielęgnowaliśmy ten styl. Była wokół nas aura buntu, niesamowitości. Ludzie opozycji byli dla nas bohaterami. Chyba w 1979 udało mi się ściągnąć Adama Michnika na nasz spektakl do Riviery Remont w Warszawie – „Nie nam lecieć na wyspy szczęśliwe”. Mówiliśmy Mandelsztama po rosyjsku. Za Adamem krążyli wtedy esbecy, myśleli, że on znów idzie do jakiegoś akademika nauczać, ale jakoś się wymknął, schowałem go za kotarą. I nagle „Solidarność”, stan wojenny, większość moich aktorów internowana. Dostaję tylko grypsy, jak zeznawać, by nikogo nie pogrążyć. Robiłem paczki do więzienia, jeździłem odwiedzać internowanych w Hrubieszowie, załatwiałem adwokatów. Duża część znajomych wyemigrowała. Cudem się po tym zbieramy.

Dziś niektórzy są w Australii, Francji, USA. Chłopaki wychodzą z więzienia i w 1982 roku robimy spektakl z głosami zapisanymi zza krat, jak więźniowie żegnają się z rodzinami. Tak powstaje druga wersja „Nie nam lecieć na wyspy szczęśliwe”. Rok później robimy spektakl o łagrach sowieckich – „Wspomnienia z domu umarłych”, według „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego,.

Pamiętam takie rozmowy w podziemiu, że mamy gorzej niż akowcy, bo oni byli zakonspirowani, a o nas SB wszystko wie, widzi nas na mszach, demonstracjach.

I że za chwilę mogą zacząć się zsyłki...

– Zrobiliśmy o tym „Dziedzictwo” na podstawie Jana J. Szczepańskiego. Porównaliśmy dwa sylwestry – 44/45 z 80/81. Uważaliśmy, że historia zatoczyła koło, że pokolenie po wojnie stanęło przed podobnymi wyborami: trwać w opozycji, emigrować na Zachód, wewnętrznie, zanurzyć się w pracę i życie prywatne?

Stan wojenny miał też wymiar operetkowy. Znałem ludzi, którzy się ukrywali, niby przed SB, a tak naprawdę nie chcieli wracać do domu, bo ukrywali swoje zdrady małżeńskie.

A co się dzieje ze zbuntowanym teatrem po upadku komuny?

– Najtrudniejszy okres. Mamy wolny rynek, wyłania się rzeczywistość, w której za bardzo nie ma miejsca dla teatru alternatywnego. Odchodzą kolejni aktorzy, nie mam jak zarabiać na życie, a z drugiej strony to moja pasja. Zrobiliśmy jeszcze jeden spektakl w starym stylu „Z nieba, przez świat, do samych piekieł”, który wygrał festiwal w Edynburgu. W 1996 roku zaczynamy współpracę z Kompanią „Teatr”. Zostaję dyrektorem artystycznym nowej miejskiej instytucji – Centrum Kultury, z Leszkiem Mądzikiem (Scena Plastyczna KUL), Włodzimierzem Staniewskim (Teatr Gardzienice) i Tomaszem Pietrasiewiczem (Teatr NN) wskrzeszamy Festiwal Konfrontacje Teatralne, który funkcjonuje do dziś. Nie zawsze udaje się żyć z teatru, ale mogę żyć z zajęć okołoteatralnych, jak przygotowywanie festiwalu. Wkrótce odnieśliśmy oszałamiający sukces ogólnopolski i międzynarodowy. Nasza „Ferdydurke”, którą wyreżyserowaliśmy wspólnie z Witoldem Mazurkiewiczem, wygrywa festiwal „Klasyka polska” w Opolu. W jury Gustaw Holoubek, w konkursie wielcy mistrzowie jak Lupa czy Grzegorzewski. A tu łapserdaki z Lublina. „Ferdydurke” zdobywa 20 nagród na międzynarodowych festiwalach i przeglądach teatralnych. Zagraliśmy 500 przedstawień, w tym 100 po angielsku. Graliśmy to w mitycznych miejscach, takich jak teatr „La MaMa” Ellen Stewart, Raw Space na Off-off Broadwayu, czy Odyssey Theater w Los Angeles. Na widowni Susan Sontag, Holly Hunter, Jan A.P. Kaczmarek. Sukces dał nam pewność siebie, że nawet w tym nowym świecie sobie poradzimy.

A Dostojewski? Nadal pomaga w rozumieniu świata?

– Jednym z najważniejszych ludzi w moim życiu był Cezary Wodziński, filozof i eseista, mój przewodnik po Dostojewskim. Kiedyś zapytałem go, co dzisiaj „Bracia Karamazow” mogą dać światu. On, że bzdurę palnąłem, bo właśnie jest na odwrót, to nasz świat musi się przejrzeć w „Braciach”. Kiedy już był bardzo chory, mówił, że u Dostojewskiego światy się nie kończą, on je zawsze otwiera. My nie wiemy, gdzie jest prawda. Na tym polega wielkość Dostojewskiego, że jest on ciekawy każdego uczestnika dialogu. Ten świat jest skomplikowany i jeżeli przyłożymy do niego dość prymitywną matrycę, to przegrywamy. I ciągle w lekturze możemy odnajdywać niezwykłe postaci, np. święty szaleniec, czyli jurodi-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.