Narodziny pecha

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Wsiedli w przedostatnią niedzielę o 9.09 na stacji Wałbrzych Miasto. Rodzice z małą dziewczynką. Para – około trzydziestki. Ona w żółtej bluzce, on z wielkim napisem na podkoszulku – ale nie powiem jakim, bo gdybym napis zacytował, opowieść ta zamieniłaby się w atak na bardzo określoną grupę społeczną.

Ona: – Siadaj, Dominisia, siadaj, bądź grzeczna.

Ona do niego, który natychmiast zanurzył się w swoim telefonie: – No co tam?

On: – Nic.

Ona, patrząc na swoje buty: – Popatrz, ten pasek na bucie dłuższy, a ten krótszy, cholera, dopiero teraz to zauważyłam. Nigdy wcześniej nie widziałam. Co to może być?

On: – Co?

Ona: – No ten pasek.

On, nie podnosząc głowy: – Nie wiem.

Dziewczynka: – Taaaaataaaaaa.

On: – Co?

Ona: – No chodź do mamusi. Daj tacie spokój.

On: – Ulewy.

Ona: – Co?

On: – Dzisiaj. Ulewy!

Ona: – Ulewy?

On znad telefonu: – Ulewy. Będą.

Dziewczynka: – Taaaaataaaaa, maaaaamaaaaa…

Ona: – Ulewy, ulewy. Nie wiem, o co ci chodzi.

On: – Deszcz będzie padał, podają. Deszcz!

Ona: – Aaaaa ulewy!

Dziewczynka, skacząc po całym przedziale: – Taaaaataaaaaa, maaaaama.

Ona: – Dominisia, uspokoisz się! Popatrz sobie przez okno. On wreszcie podnosi wzrok znad telefonu: – Dominisia jest brzydką dziewczynką, bardzo brzydką! Brzydko się zachowuje i nie daje spokoju rodzicom.

Dziewczynka zaczyna piszczeć nie do wytrzymania.

Ona: – Dominisia, godzinę jeszcze będziemy jechać, a potem mama ci coś kupi. Uspokój się.

On: – Uspokój się! O, to jest ta hurtownia, tam to znajdę i ten samochód zrobię jak nowy.

Dziewczynka: – Taaaaaataaaaaaaaa…

On: – Dominika, no co ja ci zrobię, że jedziemy pociągiem, masz siedzieć cicho.

On do niej: – A co ty jej obiecujesz, że jej coś kupisz.

Może ona już to rozumie, potem nas zajebie na śmierć, jak jej nie kupimy. Mamy w ogóle jakieś pieniądze?

Ona: – Mam, 50 złotych.

On: – To się przydadzą i nie pieprz dziecku głupot, że coś kupisz.

Kiedy stanęliśmy z inną pasażerką z tego przedziału do wyjścia we Wrocławiu, powiedziałem szeptem:

– Myślałem, że się zdrzemnę, a tu nic z tego, to dziecko tak domagało się ich uwagi…

Pasażerka: – Dwoje dzieci odchowałam… A przed chwilą miałam oczy zamknięte i płakać mi się chciało. Uświadomiłam sobie, że ta dziewczynka do niczego w życiu nie dojdzie.

Jest skazana na przegraną. Widzimy i pan, i ja narodziny pecha, narodziny niepowodzenia na własne oczy…

Ja: – …i wysiadamy z pociągu.

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.