Modlitwa podróżna

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Dlaczego to miasto musi zawsze zostać mi obrzydzone? Dlaczego nie mogę czerpać czystej przyjemności obcowania z fenomenem życia pod nazwą Paryż? Nie każdy potrafi pławić się w wielkomiejskim tłumie, bo rozkoszować się nim to sztuka, pisał Baudelaire. Ja potrafię, tyle że moje zamiłowanie do owej sztuki, dla której Paryż jest przecież miejscem idealnym, niszczy mi Stefania Szczygieł, moja matka. – Nie ma mowy, nie polecisz tam jutro – oznajmiła.

Ochota na świętą prostytucję duszy, która cała oddaje się napotkanej niespodziance i przechodzącej zagadce

(dalej Baudelaire), miała zostać pokonana jednym zdaniem:

– Ty chcesz nas zabić, mnie i ojca.

Uśmiercanie rodziców to u mnie kwestia notoryczna.

Wychodzi na to, że całe moje życie układa się w ciągłe planowanie morderstwa. Zabijałem ich już niedokończonymi studiami, brakiem dzieci, inwestowaniem uczuć nie tam, gdzie powinienem, a teraz zabijam Paryżem.

– Włącz telewizor i zobacz, co się tam dzieje!

Włączyłem i zobaczyłem: „STRZAŁY POD KATEDRĄ NOTRE DAME. TURYŚCI UWIĘZIENI W ŚRODKU”.

– Jedź i nas zabij! Ciągle musimy się o ciebie martwić.

Moich zobowiązań w Paryżu nie odwołałem. I dobrze, bo wieczorem przy kolacji okazało się, że kilkoro z paryżan o ataku terrorystycznym pod Notre Dame nic nie wiedziało:

– Słyszeliście? Jakiś facet z młotkiem rzucił się na policjanta przy katedrze.

– Z młotkiem?

– Podobno atak terrorystyczny.

– Atak? Nic nie wiem.

– Ja też nie. Gdzie?

– Pod Notre Dame. Krzyczał: „Za Syrię!”, policja do niego strzeliła, a ludzi na wszelki wypadek nie wypuszczano z katedry. – O!

– Jak były te zamachy w listopadzie na Bataclan i na kawiarnie w Saint-Denis, wracam do domu, a córka nagle dzwoni z Polski: „Gdzie jesteś?!”. „No do domu weszłam, co się stało?”. „Przecież był zamach!”. „A to nie wiem, w innej dzielnicy byłam”. Ona w Polsce wiedziała więcej niż ja tutaj. Mówicie, że pod Notre Dame?

– Jak na Polach Elizejskich był zamach, to też do mnie doszło to po trzech dniach...

Nazajutrz poszedłem pod Notre Dame, gdzie tłumy jak zawsze parły do wejścia. Przejrzałem pocztówki sprzed lat na straganach bukinistów i wsiadłem do metra, żeby dojechać do miasteczka Montreuil za wielkim pierścieniem Paryża. Mieszka tam moja była studentka, a w Google roi się od informacji, że po ataku terrorystycznym na Bataclan organizator zamachów właśnie tam zostawił swój samochód. Tam też wsiadł do metra, żeby wrócić do Paryża.

Ela M., która mieszka w starym pofabrycznym lofcie, gdzie ma sąsiadów z Kanady, Tunezji, Niemiec i Stanów, pokazała mi Montreuil. Weszliśmy na chwilę do arabskiego rzeźnika, w afrykańskim sklepie na ulicy Dreyfusa obejrzeliśmy czajniki, a potem poszliśmy pod ratusz, w którym od lat rządzą komuniści.

Rozmawialiśmy o strachu. Ona go nie czuje i ja też nie.

Jej ojciec jest matematykiem; zrobił drobiazgowe wyliczenia, jakie jest prawdopodobieństwo śmierci przyjezdnego z Polski w paryskim zamachu. Jeden do 5 milionów.

– Przecież polscy turyści, którzy jadą do Paryża, są najczęściej kierowcami – cytowała ojca Ania. – Przy ogromnej śmiertelności na naszych drogach o wiele łatwiej mogą zginąć na Kielecczyźnie niż podczas weekendu w Paryżu. Tu nie zginął jeszcze żaden Polak. A więc może wyjazd uchroni ich przed śmiercią w Polsce?

Kiedy przyleciałem do Warszawy, moja mama triumfowała: – Udało się! Odchodziliśmy już z tatą od zmysłów. Powiem ci teraz, dlaczego wróciłeś żywy.

Zaciekawiłem się.

– Bo ja się bardzo o to modliłam.

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.