Z Krzysztofem Łozińskim, opozycjonistą w czasach PRL, taternikiem, nowym prezesem Komitetu Obrony Demokracji, rozmawia Bożena Aksamit

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Kod Od Nowa -

Gdy kilka lat temu walczył pan o zadośćuczynienie, sąd doliczył się ponad setki rozmaitych represji.

– Wielokrotne wyrzucanie z pracy, uniemożliwianie zatrudnienia, zatrzymania na 48 godzin, przeszukania, przesłuchania, groźby zastrzelenia, wyrzucenia przez okno, pobicia dzieci, zgwałcenia żony, „zgnicia na Syberii”. No i więzienie.

Siedzieli też pana dziadkowie.

– Dziadek ze strony ojca, Antoni, w 1945 roku odmówił wydania armii sowieckiej zapasów z magazynów Społem w Sandomierzu i wylądował w areszcie, ale na krótko. Długo siedział ojciec mamy, Leonard Wawrzyniec Żaczkowski, przed wojną główny księgowy w kilku bankach i warszawskim oddziale Siemensa, należał do kierownictwa PPS. Podczas powstania warszawskiego jako pułkownik „Leonard” był dowódcą Korpusu Bezpieczeństwa Państwowego, formacji, która była powstańczą policją pilnującą porządku. Prowadzili także obozy dla Niemców wziętych przez powstańców do niewoli.

Jak wpadł?

– Po wojnie był jeszcze jakiś czas w WiN-ie [Wolność i Niezawisłość, organizacja antykomunistyczna założona w 1945 r.], ale wpadł dopiero, gdy jakiś poczciwy człowiek na prośbę władz spisał historię PPS-u. Tekst okazał się prezentem dla UB. Gdy dziadka aresztowali, miałem siedem miesięcy, mama wspominała, że nie mogli go znaleźć, bo bliskim nie udzielano żadnych informacji. Nosili paczki do różnych więzień i jak nie odmówiono, to oznaczało, że tam jest. Okazało się, że na Rakowieckiej. A przyjęta oznaczała, że żyje. Tak przez trzy lata – bez widzeń, listów i informacji. Oskarżono go, że „na placu Teatralnym strzelał do komunistów” oraz „smarował szyny dla niemieckich transportów jadących na front wschodni”. Początkowo żądano trzech kar śmierci, ale Bolesław Bierut prawem łaski zdjął dwie, ostatecznie dziadek przesiedział w obozach i więzieniach dziewięć lat. Wypuścili go w 1956, bo wyglądało na to, że umrze – miał rozległe zapalenie otrzewnej. Przeżył. Chodziłem do drugiej klasy i nagle mi się objawił.

Rodziców nie męczyli?

– Robili rewizje i pod byle pretekstem wzywali do UB. Mama poszła na przesłuchanie. Ubek pyta, czy zna kobietę, która zeznała w śledztwie, że znaleziona podczas rewizji książka należy do mamy. Jaka książka, spytała, bo nazwisko zatrzymanej nic jej nie mówiło. Napisał ją jakiś Hirszfeld – wystękał ubek. Okazało się, że to praca o grupach krwi, którą pożyczyła aresztowanej sekretarce profesora Mieczysława Michałowicza. Mama, która została profesorem, miała po wojnie kłopoty ze znalezieniem pracy, była lekarzem neonatologiem – medycynę skończyła na tajnych kompletach. Tato już po wojnie skończył architekturę. Obydwoje mieli akowską przeszłość. Mama, hufcowa Szarych Szeregów, w czasie powstania była dowódcą sekcji łączności pułkownika Radwana, tato – żołnierzem Kedywu. Był doskonałym konspiratorem – o tym, co robił w czasie wojny, dowiedziałem się po jego śmierci. Chodził na spotkania Klubu Krzywego Koła i współpracował z redakcją „Po Prostu”. Potem, w latach 80., równolegle konspirowaliśmy, z tym że ja o działalności ojca nic nie wiedziałem. Pana dom odbiegał od średniej.

– Dla dziecka to było naturalne. Był przesycony opowieściami z powstania, wspominano siostrę mamy, która z mężem i dwójką synów zginęła, bo w grupę ewakuowanych cywilów trafił pocisk artyleryjski. Gdy mnie ludzie pytają, dlaczego warszawiacy tak ciągle rozmawiają o powstaniu, tłumaczę im, że zginęło 200 tysięcy osób, że zaważyło na życiu wielu pokoleń. Zdarzały się też rzeczy niecodzienne. Któregoś dnia do naszego mieszkania przy Spasowskiego na Powiślu przyszło dwóch nieznajomych mężczyzn, oznajmili, że mają coś schowanego i muszą to zabrać. Otworzyli klapkę w podłodze i wyjęli archiwum sądów polowych Armii Krajowej. Mieliśmy wcześniej kilka rewizji, ubecy tego nie znaleźli, a groziło za to więzienie albo i kara śmierci. Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, co działo się w czasach Bieruta – mogli skazać człowieka na karę śmierci za posiadanie dolarów. Autorzy „Czarnej księgi komunizmu” oszacowali, że zamordowano wówczas 30 tysięcy osób.

Co pan pamięta z lat 50.?

– Groby na podwórku mojej kamienicy. Atmosferę zagrożenia w 1956 roku, gdy wojska radzieckie stały pod Warszawą, i pytanie – wejdą, nie wejdą? Ludzie robili zapasy, a w mojej szkole zbierano datki dla Węgrów. Oddałem swój ukochany szalik. Albo jak jakiejś nawiedzonej nauczycielce pochrzanił się mój ojciec z dziadkiem i stałem przed całą klasą na baczność, a dzieci pokazywały mnie palcami jako syna wroga ludu.

Kilka lat spędziłem w Poroninie, bo rodzice nie mogli znaleźć pracy w Warszawie i zamieszkaliśmy u krewnych. Z Podhala pamiętam oddziały „Ognia” – w Białym Dunajcu wyszedłem zza jakiegoś płotu i nadziałem się na górali z bronią. Siali straszny terror i nieprawdą jest, że byli powszechnie popierani, ludzie się ich bali.

Zacząłem tam jeździć na nartach. Pierwsze nazywały się Miś, miały 50 centymetrów, a w but przytwierdzony do deski wkładało się dziecięcy bucik. Ale zaczynałem na klepce od beczki albo kawałku blachy. Popularne były saneczki zrobione z deski i przybitych do niej czterech łyżew. Na oblodzonej szosie z Bukowiny do Poronina osiągaliśmy ogromne prędkości, na szczęście samochody należały do rzadkości.

Gagatek.

– Dla otoczenia byłem trudnym dzieckiem, za bardzo ruchliwym. W Poroninie oglądałem zaśnieżone Tatry, które były dla mnie, kilkulatka, ogromne i tajemnicze. Bardzo chciałem się tam dostać. Gdy miałem 12 lat, zacząłem się wspinać na skałkach w dolinkach reglowych. Rodzice – jeździliśmy w Tatry regularnie – wynajmowali kwaterę koło Doliny Strążyskiej, obok braci Klamerusów. Jeden z nich, Władek, zaprojektował pomnik na Umschlagplatz. Oprócz nich w naszej bandzie było jeszcze kilkoro dzieciaków. Gdy okazało się, że pod północną ścianą Giewontu rosną bardzo fajne rydze, nie widzieliśmy problemu, żeby tam się wdrapać. Z czasem zaczęliśmy chodzić na Nosal. Koledzy podprowadzili ze strychu skoczkowi Franciszkowi Gąsienicy Groniowi pół starej sizalowej zjazdówki, na której suszył pranie. To była nasza lina. Baliśmy się, że taternicy nas pogonią, dlatego ukrywaliśmy się przed nimi, a przecież mogli nas wszystkiego nauczyć. To, że nikomu nic się nie stało, to cud. Potem wspinali się ze mną bracia Wroczyńscy, późniejsi profesorowie farmacji i polonistyki. Oprócz skałek jeździliśmy na bunkry do Czosnowa pod Warszawą. Tak się w tym zapamiętałem, że powtarzałem klasę, miałem nieusprawiedliwione 148 dni.

Jako nastolatek był pan mocno zajęty, bo jeszcze sztuki walki. Na początku filmu „Kung-fu” Janusza Kijowskiego z 1979 roku pojawia się twarz trenera. To pan.

– Zacząłem trenować wu shu w 1964 roku. Po chińsku ten zwrot oznacza „sztukę obrony”, ale angielski oficer, gdy zobaczył w Chinach ćwiczącego mężczyznę, spytał tłumacza: co to jest? Tłumacz nie zrozumiał pytania i powiedział po chińsku: „kung fu”, co znaczy „dobrze to robi”. Anglik wziął ten zwrot za nazwę i tak poszło w świat. Miałem 16 lat i chciałem trenować judo, ale wówczas uważano, że to sport dla dużych, a ja byłem drobny. Poradzili mi, żebym zgłosił się do japońskiego dyplomaty, który prowadzi zajęcia z japońskiej mutacji stylu Shaolin.

Trening jest piekielnie monotonny, ale wtedy fascynowała mnie siła fizyczna. Strasznie dostawaliśmy w kość, nauczyłem się, że 50 pompek to mało. Robiliśmy jedną serią 200 i nie było to specjalne wydarzenie. Gdy już prowadziłem swoją szkołę walki, miałem trzy treningi z rzędu, każdy trwał dwie godziny. Obowiązywała zasada, że robiłem to samo, co uczniowie, aby czuć ich tętno i wysiłek. Chłopcy za którymś razem mnie podliczyli i okazało się, że w ciągu trzech treningów robiłem 1200 pompek. Byłem bardzo silny, napakowany jak zwierzę.

Bił się pan poza matą?

– Jak ktoś ma taką motywację, to w ogóle się nie nadaje. Zupełnie nie o to chodzi. Po bardzo ciężkim treningu człowiek jest idealnie rozluźniony, w świetnym nastroju, wręcz w stanie euforii. Poza tym w klubie tworzy się środowisko, grupa koleżeńska. Mój klub przeszedł w ręce uczniów, ale nadal trenują w nim osoby, które zaczynały w latach 70.

A jak znalazł się pan na ostatnim przedstawieniu „Dziadów” w Teatrze Narodowym?

– Przypadek. Byłem wtedy studentem pierwszego roku fizyki na Uniwersytecie Warszawskim, wspinałem się, trenowałem wu shu i miałem dziewczynę Krystynę. Hanka, narzeczona kolegi taternika Heńka Mierzejewskiego, mieszkała przez ścianę z Jackiem i Gajką Kuroniami. Chodziliśmy do Hanki na imprezy, a jak u Kuronia spotykali się ludzie, to też przychodziliśmy. Dla dziewiętnastolatka, którym byłem, ta znajomość okazała się nie do przecenienia. Na zebraniu u Kuroniów 3 marca, o którym potem Gomułka wykrzykiwał jakieś głupoty, rozmawiano głównie na temat systemu jugosłowiańskiego. Z tego spotkania jakiś esbek nakręcił film: kamera filmuje poszczególne twarze, jeszcze pół metra i dotarłaby do mnie – niestety, nie załapałem się.

30 stycznia miało odbyć się ostatnie przedstawienie „Dziadów”. Poszedłem do teatru z Krystyną i grupą znajomych, był nadkomplet, głównie studenci. Co chwilę spektakl przerywały oklaski, po zakończeniu skandowano hasło „Niepodległość bez cenzury”, wymyślone przez Karola Modzelewskiego, i „Chcemy kultury bez cenzury!”. Około 200 osób ruszyło w kierunku pomnika Adama Mickiewicza z transparentami „Żądamy dalszych przedstawień”, ktoś złożył kwiaty. Aresztowano 35 osób, a dwóch studentów relegowano z uczelni: Adama Michnika i Henryka Szlajfera.

A pan?

– Nie zatrzymali mnie, ale przepisałem na maszynie rodziców list w sprawie zdjęcia „Dziadów” i z młodszą siostrą oraz Krystyną zbieraliśmy pod nim podpisy. List został złożony w Sejmie, a na uniwerku skrzyknięto się, by 8 marca zrobić pod biblioteką wiec. Przyszło kilkaset osób, chwilę po tym gdy drobniutka Irena Lasota zaczęła czytać rezolucję, pojawili się tajniacy i aktyw robotniczy, czyli ormowcy. Usiedliśmy, a oni zaczęli nas wynosić, potem pałować. Atakowali nie tylko studentów, także gapiów, którzy stali na Krakowskim Przedmieściu. Dostaliśmy z Krystyną kilka razy pałą, ja zgubiłem czapkę, ona but, ale wskoczyliśmy do autobusu i pojechaliśmy do mnie na Miodową. Myślałem, że wszystko się skończyło, a to dopiero był początek. W tamtym czasie zamknięto prawie 3 tysiące osób.

W dziekanacie dowiedziałem się, że przyszło polecenie, aby wyrzucić mnie ze studiów. Poradzono mi, żebym ze wsteczną datą sam napisał rezygnację, inaczej będę miał napisane w papierach, za co mnie wyrzucono, i mogę mieć kłopot z powrotem na studia.

Co na to rodzice?

– Byli ciężko przerażeni, uważali, że to się źle skończy, ale my byliśmy młodzi, bardzo bojowi. Ukrywałem się u znajomych, ale dostałem wezwanie do wojska. Gajka Kuroniowa poradziła, żebym stawił się dzień wcześniej, bo mają taki bajzel, że się nie kapną. Tak się stało i 24 kwietnia zostałem poborowym. W końcu kapnęli się i aresztowali mnie za Marzec na trzy miesiące. Prokurator długo nie mógł się zdecydować, o co mnie oskarżyć, w końcu sprawę umorzył z uzasadnieniem „i tak jest w wojsku”. Odbyłem całą zasadniczą służbę wojskową, trochę w Białobrzegach koło Zegrza, resztę w Krakowie.

Nękano pana?

– Coś znacznie gorszego. Rozpętała się nagonka antysemicka, a matka Krystyny była Żydówką, na jej drzwiach namalowano gównem gwiazdę Dawida. Krystyna postanowiła wyjechać. Gdy dziś słyszę niektórych polityków i księży z Kościoła toruńsko-katolickiego, że „Żydzi sami byli sobie winni”, to pytam: czemu była „sama sobie winna” 18-letnia dziewczyna, studentka pierwszego roku fizyki i taterniczka z klubu wysokogórskiego?

Próbował pan ją przekonać, aby została?

– Oczywiście. Po przysiędze dostałem pierwszą przepustkę i pojechałem prosić, żeby nie wyjeżdżała. Odmówiła, a potem zerwała ze mną kontakt. Do jednostki wróciłem zupełnie załamany, cztery dni po terminie. Dostałem areszt i zrobili mi sąd koleżeński, który polegał na wygłaszaniu przez moich kolegów frazesów. Wszyscy się z tym źle czuli, ale to było lepsze niż sprawa za dezercję. W wojsku zmarnowałem dwa lata, nauczyłem się pić i kląć. Była to wyjątkowo chamska instytucja.

Gdy wróciłem z wojska, któregoś dnia przeglądałem stare gazety, które leżały w mieszkaniu. Ojciec był ciekawy świata i kupował różne zagraniczne czasopisma, między innymi włoską „Epocę”. Znalazłem tam artykuł o zamachu na lotnisku koło Tel Awiwu. W 1972 roku terroryści z japońskiej frakcji Czerwonej Armii ostrzelali i obrzucili granatami ludzi w hali odlotów. Na zdjęciu dostrzegłem bardzo charakterystyczną torebkę Krystyny, jedyną w swoim rodzaju. Po tym zamachu z nikim ze znajomych już się nie kontaktowała, a wcześniej korespondowała z kilkoma osobami. Pewności nie mam, ale ślad się po niej urwał.

Wrócił pan na studia?

– Musiałem znów zdać egzaminy wstępne. Zacząłem na fizyce, skończyłem na matematyce.

Wspinał się pan?

– Tak. Rodzice strasznie się bali, że zabiję się w górach. Przez pierwsze dziesięć lat zginęło kilku kolegów, między innymi malarz Samuel Skierski, starszy brat mojego kolegi. Jakbym miał napisać listę znajomych, którzy zginęli w górach, byłaby imponująca. Jako młodzi ludzie mieliśmy 150 usprawiedliwień, że to wcale nie jest takie niebezpieczne. Dziś powiem, że jest.

Co was tam gna?

– Ludzie mają różne motywacje – nie ma jednego alpinizmu. Mnie nie interesowała wysokość, zdobywanie ośmiotysięczników, ale duże, trudne ściany, robienie nowych dróg. Od połowy lat 70. wspinałem się głównie solo i zimą. Byłem lekki i bardzo silny, typ suchy, żylasty.

Stała za tym ciekawość, patrzyłem w górę i pojawiała się myśl: „jak by tam było?”.

Dlaczego wspinał się pan sam?

– Kwestia osobowości. Żeby iść z kimś, musiałem go przekonać, a ludzie bardzo często moich pomysłów nie rozumieli, trudno było o kompromis. Druga rzecz – lepiej się czułem sam, byłem idealnie skoncentrowany. Z partnerem się rozmawia, popala papierosy. Gdy byłem sam – rzut oka w górę i do roboty. Zostało mi takie podejście do wszelkich zadań, nie ma dyskutowania czy rozglądania się – działam.

Wspinał się pan w Alpach, na Kaukazie, w Hindukuszu i Himalajach. Skąd pieniądze?

– Gdyby nie handel i praca na czarno, polski alpinizm by nie istniał. Handlowaliśmy, żeby zarobić na wyprawy i z biedy – ówczesne pensje wynosiły równowartość 20 dolarów albo i mniej. Jadąc do Afganistanu, zabieraliśmy z Polski dżinsy, kremy Nivea, kokosal i zegarki Ruhla, które kupowaliśmy w NRD-owskim sklepie za 200 zł, czyli 2 dolary. Sprzedawało się dżinsy w Moskwie, w Afganistanie kremy. Płynu Kokosal, do prania, miejscowi używali jako szamponu. W Kabulu zamienialiśmy zegarki na kożuchy, które w Polsce chodziły po 25 tysięcy złotych. Niezłym przebojem była satyna – Uzbecy potrzebowali jej do szycia strojów ślubnych, a w ZSRR jej nie było. Kupowaliśmy bele materiału w Afganistanie i sprzedawaliśmy w Uzbekistanie. Jednak polski alpinizm rozwinął się na szlaku kożuchowym Warszawa – Kabul.

Jeszcze jakieś patenty?

– Pod koniec lat 70. bilet lotniczy z Warszawy do Delhi kosztował 14 tysięcy złotych, co było sumą astronomiczną, ale ktoś odkrył, że bilet z Budapesztu do Hanoi kosztuje tylko 4 tysią-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.