Bogowie

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Opowiada A.: – W sklepie podeszła do mnie kobieta. Spytała, czy może dać mi prezent. Trzymała coś w zaciśniętej dłoni. Aż pięć razy prosiła, żebym podała rękę, zanim dotarło do mnie, co mówi. A ja... Czy mam się bać? Czy to minibomba?

Czy mam szansę uciec? Czy zginę na miejscu? Wyciągnęłam w końcu dłoń, dała mi coś i zobaczyłam na niej zielony zwitek. Byłam tak przerażona, że podeszli do mnie zaniepokojeni ludzie. Wyglądałam chyba na kogoś, kto potrzebuje pomocy. Ktoś powiedział, że to 100 euro, wtedy oprzytomniałam i pobiegłam za nią. Czy ja wyglądam na głodujące dziecko z Afryki?

Nic nie kupiła. Skorzystała z mojego zaskoczenia i uciekła.

Gdy do niej dobiegłam, zobaczyłam, że jest szczupła, elegancka i ma śliczne białe zęby. Trochę figurą i urodą przypominała księżnę Kate, tyle że po pięćdziesiątce... Widzi pan ten typ kobiety? Raczej taka cicha i sympatyczna. Zapytałam, czy wie, co mi dała. Powiedziała: „Tak, wiem”. Rozwinęłam banknot. Zapytałam jeszcze raz, czy wie, że to jest 100 euro. Odpowiedziała: – Tak, wiem. Dałam to pani, bo tak podpowiedział mi Bóg. – Dlaczego mnie?

– Nie wiem, dlaczego pani. Tak mi powiedział i chciałam to zrobić.

Byłam w takim szoku, że to jednak nie bomba, aż się rozpłakałam. Jak odzyskałam jasność myślenia, poprosiłam o chwilę rozmowy. Usiadłyśmy na ławce. Działo się to wszystko w Niemczech, w małej miejscowości pod Monachium, gdzie mieszkam i pracuję.

Ja do niej: – Ale ja nie jestem Niemką.

Moje założenie: Niemcy pomagają tylko Niemcom, wkurzeni na Merkel, irytują się coraz bardziej na obcych. Zresztą w debatach telewizyjnych już tak gdzieś od roku nie szasta się argumentem ewangelicznej pomocy bliźniemu jak na początku. Ale to inny temat. Ona: – Och, to nie szkodzi, super.

Ja: – Tylko że nie wierzę w Boga.

To był mój ostatni argument, żeby zabrała sobie tę kasę, bałam się po tej historii jakichś problemów.

Ona: – To nic, to nie ma znaczenia, że pani nie wierzy.

Bóg jest przecież wszystkim.

Już wiedziałam, że to ciężka zawodniczka i pieniędzy nie weźmie. Odpuściłam i zaczęłam się uśmiechać.

Powiedziała, że ma chore nerki, idzie do szpitala i na pewno się jeszcze odezwie. Za dwa tygodnie zadzwoni, ma na imię Constance, czyli Konstancja. Podałam swój adres i numer, gdyby jednak ktoś z jej rodziny szukał tych pieniędzy…

Umówiliśmy się z A., że za dwa tygodnie sprawdzę, czy Konstancja zatelefonowała. Może wtedy odkryjemy sens prezentu.

Może do tego czasu Bóg jej coś wyjaśni?

Minęły dwa tygodnie, telefonu od tajemniczej kobiety nie było. „Nie zadzwoniła!” – napisała mi A. „Życie jest totalnie prozaiczne i nie nadaje się do »Gazety Wyborczej«”.

Minął miesiąc: „Bóg Konstancji chyba jednak nie próżnuje”. – Nagle Facebook – opowiada – podsunął mi stronę, na której w ogóle nie bywam. To strona Martyny Wojciechowskiej.

Tam dowiedziałam się o dziewczynie, Kamili z Chełma.

Ma 21 lat, zachorowała na chorobę krwi, która ją zabija i zabiera kolejne narządy. Nie ma już śledziony, jednej nerki, druga ledwo działa, a wątroba prawie nie funkcjonuje. Jedynym ratunkiem jest lek Soliris, ale to najdroższy lek świata, kosztuje 2 miliony złotych. Można wysłać płatny SMS, wszystko jest na stronie www.siepomaga.pl/kamila-slazak. Zajrzałam tam i nie mogłam się od tej Kamili uwolnić. Zresztą pan sam spojrzy. Zrozumiałam, że może to 100 euro jest dla niej właśnie.

No a skoro Bóg jest wszystkim, jak uważa Konstancja, to jest energią wszechobecną, prawda? To znaczy, że jest w nas, czyli jest nami? My wszyscy, i pan, i ja, i czytelnicy, jesteśmy Bogiem, który może pomóc Kamili.

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.