Donata Subbotko

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Uchodźca -

N– Wszystko. Raz, kiedy tułałam się po różnych „chambre de bonne”, mieszkałam koło wariata, który nienawidził Arabów, a przy okazji Polaków, których też było sporo. Groził, że poda mnie na policję, bo jestem bez papierów, co było nieprawdą. A kiedyś nie wzięli mnie do McDonalda, powiedzieli, że białych do pracy nie przyjmują.

Dlaczego Francja?

– Dusiłam się w Polsce. Studiowałam filozofię na UJ. 10 osób na roku nas było. Prawie wszyscy działali w podziemiu, połowa trafiła do aresztów za działalność, jak to mówił Urban, terrorystyczną. Czyli za rozrzucanie ulotek czy publikacje w podziemiu. To był już 1987 rok, ale wydawało się, że komuna nigdy nie upadnie. Mojego narzeczonego Cezarego Michalskiego, studenta polonistyki, gdzieś wywieźli, pobili. Nikt z nas nie wiedział, co go czeka, czy nas zamkną, czy zabiją. Fantastycznie wspominam z tamtego czasu Bogdana Klicha – był taki zrównoważony, spokojny, mądry. Współorganizowałam strajki studenckie, a oni działali w organizacji Wolność i Pokój, sprzeciwiającej się m.in. służbie wojskowej.

Chciałam żyć normalnie. Kończyliśmy z Cezarym studia. Mieliśmy do wyboru: albo go wsadzą do więzienia, bo nie pójdzie do wojska, albo uciekamy. Kiedyś wymalowałam na ścianie napis „Strzelaj albo emigruj”. W życiu też doszłam do takiej ściany.

Dali paszport? iechęć, dyskryminacja, poniżenia?

– Złożyliśmy podania, każde z nas osobno, bo małżeństwom nie dawali, a tuż przed wyjazdem wzięliśmy ślub. Mieliśmy zaproszenia na Zachód, ja na konferencję naukową o Wittgensteinie w Wiedniu. Kupiliśmy bilety do Austrii, ale postanowiliśmy dojechać do Francji, którą znałam głównie z mapy. Wcześniej byłam tylko w NRD.

To nie był wyjazd na saksy, to był wyjazd na zawsze. Myślałam, że już nie zobaczę rodziców. Najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Idzie człowiek z plecakiem i wie, że rodzice stoją w oknie. To jak śmierć. Aż mi się płakać chce. Pojechaliśmy pociągiem do Wiednia, stamtąd do Wenecji, a potem do Nicei.

Po kolei.

– W Wiedniu byli znajomi, których wypuszczono w Polsce z więzienia – uciekli i szykowali się na emigrację do Kanady. Przyszli na dworzec, pogadaliśmy i tego samego dnia pojechaliśmy do Wenecji, mieliśmy wizy wjazdowe załatwione wcześniej w Polsce. Tam ze dwie noce spędziliśmy w hostelu przy placu św. Marka, w sali zbiorowej. Potem pociągiem do Nicei. W Nicei złapaliśmy stopa do Paryża, nie zdając sobie sprawy, że to blisko 700 kilometrów. Jakiś cudowny Belg zabrał nas ciężarówką. Spaliśmy w niej na postojach. Wysadził nas w północnym Paryżu i zaczęła się tułaczka po dobrych Polakach. Nie mieliśmy gdzie spać i parę tygodni pomagali nam znajomi znajomych.

W plecaku co pani miała?

– Co mogłam mieć? Ubranie na zmianę, jakąś książkę. Zdjęć rodziców nie brałam, żeby mi na granicy nie udowodnili, że uciekam. Ubrana byłam w prochowiec i wysokie buty. To był wrzesień, u nas jesiennie, a w Wenecji upał. Kiedy siedzieliśmy w kawiarni tak dziwnie ubrani, jasnowłosi, ktoś zwyzywał nas od niemieckich faszystów – my uciekamy z komunizmu, oni krzyczą, że faszyści. A, i miałam 500 dolarów od siostry, która wcześniej była 10 lat na emigracji w Australii. Dla nas to był majątek, nie wiedzieliśmy, jak to mało na Zachodzie.

W Paryżu wystąpiliśmy o azyl polityczny, co nie było zgodne z prawem – o azyl powinno się wystąpić w pierwszym kraju po przekroczeniu granicy. My nie chcieliśmy zostawać w Austrii, nie czuliśmy tego kraju. We Francji była przynajmniej „Kultura” paryska. Byliśmy w ostatniej grupie Polaków, którzy dostali azyl. Tuż przed Okrągłym Stołem i upadkiem muru berlińskiego.

Co najgorsze?

– Brak języka. Nigdy nie zetknęłam się z francuskim. Jestem niedorozwinięta, jeśli chodzi o naukę języków, trudno mi było. Tyle do powiedzenia, a mówiłam jak dziecko. Ostra harówa, żeby wyrównać poziom. Po roku poszłam na studia, zrobiłam magisterkę z antropologii na École des hautes études en sciences sociales.

Brak pieniędzy, tęsknota i deklasacja. W Polsce byliśmy studentami, elitą, a we Francji zeszliśmy do poziomu prac fizycznych. Owszem, studiowaliśmy, ale trzeba było dorabiać.

Kiedy w obozie dla uchodźców zaproponowali Cezaremu pracę w fabryce samochodów, daliśmy dyla do Paryża. Wynajęliśmy mieszkanie. Opiekowałam się dziećmi i starymi ludźmi, Cezary robił doktorat i pracował na noce w banku jako stróż. Kleiłam też buty dla włoskiej fabryki. Na przykład dostawałam tasiemki, spinki, butapren – trzeba było zrobić z tasiemki różyczkę, spiąć klipsem i przykleić do buta. Za każdego kwiatka dostawałam franka. Sprzątałam hotele, fajna robota. I pakowałam taśmy wideo w fabryce, na akord. Na koniec dnia dostawałam jakieś 250 franków. To było nic, ale dla mnie, Boże, to było bardzo dużo.

Ile czasu pani tak pracowała?

– Ze trzy lata. Bo potem dostałam się do RFI, Radio France Internationale. Gdy w Polsce padła komuna, zostałam korespondentką „Super Expressu”. Byliśmy też w kontakcie z „Kulturą” paryską, Cezary został sekretarzem Czapskiego, a potem ja czytałam mu książki, aż do jego śmierci.

Ale nawet kiedy zasuwało się fizycznie, człowiek się cieszył, że ma pracę, proszę mi wierzyć. Byłam młoda, nie czułam upokorzenia. Zarabiałam pieniądze. W Polsce pracowało się miesiąc i człowiek guzik z tego miał, a tam po dwóch dniach roboty kupiłam mikser. W sklepach było pyszne jedzenie. A w komunie co – biały serek, żółty, mięso na kartki i wyroby czekoladopodobne. W Polsce byliśmy odcięci od książek, a tam, kiedy mogłam, siedziałam w Centrum Pompidou i nadrabiałam zaległości.

Gdzie mieszkaliście?

– Przez pierwszy rok w takim mieszkanku z myszami, co było upiorne. Nic nie dawało im rady. Dostałam jakiejś alergii, okazało się, że z nerwów. Strasznie przeżywałam wyjazd, brak perspektyw, ale nie chciałam wracać, nawet jak upadł komunizm. Bałam się, powrót z emigracji to zawsze regres. Kiedy w końcu po pięciu latach wróciłam, okazało się, że to, co we Francji było naturalne, w Polsce jest skandalem, pornografią. Myślałam, że tu już jest wolność, że sztuka, rozwój – a dostałam wezwanie

Dlaczego pani wróciła?

– Do pracy. Z powodu uczuć pewnie.

Rozwaliło mi się małżeństwo. Cezary wrócił do Polski, ja zostałam. Mieszkałam gdzie się dało. Żeby się dobrze najeść, chodziłam w gości. Dwa lata później poznałam Żuławskiego. Bywał w Polsce, współpracował z wydawcą, który wykupił licencję na francuskie „Elle”, szukali ludzi. Namawiał mnie na to, wiedział, że piszę, znam język itd. I widział, w jakich warunkach żyję – tułam się bez kasy i mieszkam pod mostem.

Jak to?

– To znaczy u znajomej Włoszki, w dziurawej łódce na Sekwanie. Nie miałam gdzie się podziać, to spałam u niej. Strasznie na tej barce było. Wilgoć, przegniłe to, trzęsie się, ciemno. Może latem romantyczne, ale zimą? Robiłyśmy za tło dla przepływających statków – po prostu paryska bohema.

I nagle – z tego niedojadania – dwa miesiące przed powrotem, już jako współzakładająca „Elle”, wylądowałam na pokazach haute couture w Luwrze. Jak byłam ubrana, wolę nie pamiętać.

Największy kryzys?

– Ważne, z kim się jest, czy z kimś w ogóle. Mnie rozpad małżeństwa wyszedł na dobre. Człowiek nie zna swoich możliwości, dopóki nie jest sam. Dowiedziałam się, że jestem w stanie przetrwać, zadbać o siebie, a nawet poznawać świat, bo zaczęłam wyjeżdżać poza Francję.

Cena?

– Mogę dziękować Jaruzelskiemu, że zmusił mnie do wyjazdu. Żadnej ceny nie zapłaciłam, a dostałam dużo. Język w obozie, bezpłatne wykształcenie w École. Język to też mowa ciała, mentalność, olbrzymi ładunek historii i kultury. Wielu ludziom trudno zrozumieć kulturę Zachodu, bo tam nie żyli. Stąd te traumy, lęki, że to jakaś kultura śmierci itd.

No i dzięki Francji zaczęłam pisać książki, mój debiut to przecież „My zdies’ emigranty”.

Co znaczy być uchodźcą?

– Przez oderwanie od Polski już się z nią nie skleiłam. Zaczęłam dzielić ludzi nie na narodowości, tylko na kultury. Ukąszenie emigracją sprawia, że ojczyzna się poszerza. O pewne wartości, sposób widzenia. Myślę po polsku, ale mogę i po francusku. Jestem Polką, ale nie muszę. Mogę żyć gdzieś na świecie i wiem, że nie zdechnę. Zresztą potem wyjechałam na parę lat do Szwecji, ale to już za miłością. Jestem trochę jak ta Panna Młoda z „Wesela” Wyspiańskiego, na której serce pod gorsecikiem wskazuje Poeta i mówi: „a to Polska właśnie”. Tam jest ta Polska, ale w mózgu bije jeszcze jedna myśl – że ojczyzna nie jest konieczna do życia. Do życia konieczna jest swoboda.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.