Nasz nowy Conrad, czyli Wildstein moralista

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Gdy prasa poinformowała o liście dzieł literackich, jaką Instytut Książki przygotował na targi w Pekinie i Frankfurcie, natychmiast rzuciłem się sprawdzać, czy jestem na bieżąco, wszak trendy i mody tak szybko się zmieniają, że zwykły czytelnik już nie nadąża i gubi się w nadmiarze arcydzieł. Pierwej poczułem ulgę, bo wszak „Króla” Twardocha i „Wzgórze psów” Żulczyka czytałem już z wielką satysfakcją, Elżbiety Cherezińskiej co prawda nie, ale planuję w najbliższym czasie, wiersze Wojciecha Wencla niemal znam na pamięć, eseistykę Pawła Lisickiego i Tomasza Terlikowskiego jakoś tam liznąłem, ale w studzienne zawstydzenie wpędziła mnie świadomość, że zielony jestem, jeśli idzie o powieściopisarstwo Bronisława Wildsteina. Co natychmiast zacząłem nadrabiać, bo staram się czytać wszystkich autorów, którzy osiągnęli prawdziwy sukces, trochę z zawiści, ale głównie z podziwu.

To właśnie najnowsza proza Wildsteina „Dom wybranych” ruszy wraz z wyżej wymienionymi na podbój Chin i Niemiec, a skoro na podbój Chin i Niemiec, to znaczy na podbój całego świata. Trwoga i wstyd to uczucia, jakie zaczęły wyżerać mi trzewia, gdy zorientowałem się, że ma znajomość twórczości autora „Doliny nicości” jest zawstydzająco uboga. Gdy sięgałem po „Dom wybranych”, zdawało mi się, że nic tego pisarza wcześniej nie czytałem, ale szybko uzmysłowiłem sobie, że mam za sobą metafizyczno-polityczny kryminał z tragedią smoleńską w tle, czyli „Ukrytego” – bezapelacyjnie czytałem tę książkę, ale dokładnie o co w niej szło, nie pomnę, jeno to, że pióro pisarza ciężkie było jak młot pneumatyczny. W istocie bowiem jest autor „Czasu niedokonanego” pisarzem niełatwym i wymagającym, bo fraza jego dostojna jak wysiłek Wincentego Pstrowskiego, przekaz dobitny jak plan sześcioletni, ciężar intelektualny niczym stalownia w Nowej Hucie, żarliwość jak wytop surówki w Magnitogorsku, filozoficzny przekaz zaś pruje fale fabuły jak masowiec „Sołdek”. Nie ma wyjścia, pomyślałem, trzeba wysoko postawić poprzeczkę percepcji i ruszyć z lekturą jak kombajn w pole żyta.

Do powieści zachęciły mnie także ekstatyczne zachwyty Antoniego Libery na ostatniej stronie okładki: „Kolejna powieść Bronisława Wildsteina o zwyrodnieniu mechanizmów władzy i relacji społecznych we współczesnej Polsce, tym razem przedstawiająca problem na przykładzie mediów (…) Galeria wyrazistych postaci, ludzi głęboko zepsutych, cynicznych i bezwzględnych, którzy kręcą światem (…) wiodąc go na zatracenie”. Oho! – pomyślałem – Wreszcie aktualna polska powieść o dyspozycyjnej telewizji, o manipulacjach i przekłamaniach, o żarliwych propagandystach, którzy dorwawszy się do funkcji i pieniędzy, wciskają ciemnemu ludowi kłamstwa oraz pomówienia. Był w końcu Wildstein szefem telewizji swego czasu, na mediach zna się jak mało kto, a do tego ostatnio krytykował telewizję państwową za łopatologiczne przegięcia, zatem powieść jego jest idealną wręcz lekturą na te czasy. Niechaj Chińczycy i Niemcy, a wraz z nimi cały świat, dowiedzą się o potędze pisarstwa Wildsteina, a wówczas autor „Domu wybranych” zasiądzie zasłużenie obok największych klasyków literatury, dajmy na to obok Josepha Conrada; ewidentnie przecież Wildstein mierzy w bycie Conradem, może też Houellebecqiem – to są aspiracje Wildsteina i ja je popieram. Tym bardziej że otwiera się nowa przestrzeń dla twórczości Wildsteina – władza właśnie wykreśliła z lektur szkolnych „Jądro ciemności” Conrada. Ja bym natychmiast zamiast tego przebrzmiałego autora, który nie chciał pisać po polsku, tylko po zagranicznemu, wstawił na listę lektur nowego, prawdziwie polskiego Conrada – Wildsteina.

Oto sławny autorytet nihilistów udających moralistów, kardynał Richelieu telewizji ABC, filozof Samuel Brak znika bez śladu, akurat gdy ma ruszyć nowy szałowy show. Choć naturalnie nie tylko ów myśliciel – jego miazmaty poznajemy dzięki barwnym reminiscencjom, dywagacjom oraz dygresjom – jest tu na pierwszym planie. Poznajemy całe mnóstwo jak skalpelem narysowanych postaci: dyrektorów i prezesów telewizji, naczelnych gazet, aspirujących dziennikarek, zapitych reżyserów, żigolaków publicystyki – Chińczycy, Niemcy i cały świat będą mieli nad czym się głowić. Bo naturalnie to powieść z kluczem, wszak jest Wildstein mistrzem tej metody twórczej. Najwięksi pisarze, tworząc arcydzieła, szyfrowali w nich swych współczesnych oraz bohaterów zbiorowej wyobraźni. Ja oczywiście nie wszystkich rozpoznaję, ciężar intelektualny „Domu wybranych” mnie momentami przytłaczał, ale kilku z pewnością rozpoznałem, choć większości pierwowzorów wciąż nie umiem zdemaskować. Chińscy czytelnicy osłupieją z wrażenia, osłupieją, ale i zachwycą się fenomenalnym obrazem moralnego upadku Polski, z wielkim zapałem zabierając się do rozkminiania, kto jest kim w tej epickiej historii.

Kulminacją wszystkich intryg, brudnych zagrywek, erupcji cynizmu funkcjonariuszy mediów jest nowy program „Młyn nadziei”, gdzie czołga się zaproszonych gości w najpodlejszy sposób, lecz naturalnie z troskliwą miną i fałszywą empatią. Ci, którzy robią telewizję, to podli ludzie, to cynicy wyzbyci wszelkich skrupułów, posłuszni wykonawcy poleceń z góry, bo tylko będąc posłusznymi kreaturami, mogą utrzymać swój status, a i może awansować – tak pokazuje telewizję Wildstein.

W ogóle mnogość tu wątków i galop stada postaci, Wildstein z charakterystyczną dla siebie maestrią i pełną wdzięku lekkością przeskakuje z wątku na wątek, tak że mniej wyrobiony czytelnik może pogubić się w tym gąszczu erudycji i aluzji. Ja sam kilka razy przerywałem lekturę, wracałem do już przeczytanych stron, by zrozumieć, o co w ogóle chodzi, ale ta książka uczy pokory czytelnika, widzącego w trakcie zmagania się z fabułą wszystkie swoje słabości i niedostatki. Wildstein znakomicie potrafi opisywać realia opresyjnego państwa, proszę zwrócić uwagę na ten fragment kombatanckich wspomnień jednego z bohaterów: „Kłamstwa buchały z kolorowych plam afiszów i transparentów rozwieszanych nad ulicami, kłamstwem stukotały pudełka odbiorników radiowych i pudła telewizorów, gęsty smog fałszu wypełniał ulice, dławił oddech, kłuł w oczy, wyciskając z nich łzy. Łgarstwem krzyczały megafony i trybuny w rozliczne święta państwowe, gdy otoczeni milicyjnymi kordonami panowie kraju, niepewnie rozglądający się na boki, mełli pompatyczne słowa, odbierając im sens”. To tylko fragment, ale niech mi ktoś wskaże drugiego pisarza, który tak potrafi opisać współczesną Polskę! A przy okazji dać odpór symetrystom: „Niech chcesz się angażować? Chcesz zachować symetrię? Między pałką a dupą? Między naszym pragnieniem wolności a systemem opresji?” – mówi jeden z protagonistów, a my wiemy, że to jest celny cios w tych, którzy mówiąc o symetrii, tak naprawdę służą cynicznej, opresyjnej władzy, bo dla tej władzy każdy symetryzm jest frajerstwem.

Świat telewizji w powieści Wildsteina wypełniają miernoty moralne, sprzedające resztki godności za garść srebrników i złudne poczucie wartości, gdy tymczasem ich los jest mniej pewny niż ślimaka na chodniku. Ci, którzy wczoraj wyrzucali z pracy, dziś są wyrzucani, ci którzy niszczyli ludzi na wizji – będą zniszczeni, ci, którzy byli gotowi upokarzać – zostaną upokorzeni. W tym sensie naprawdę, jak pisze profesor Bolecki na skrzydełku książki – jest to powieść biblijna.

Chińscy czytelnicy osłupieją z wrażenia, ale i zachwycą się fenomenalnym obrazem moralnego upadku Polski

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.