Z prof. Anną Wolff-Powęską, byłą szefową Instytutu Zachodniego w Poznaniu, rozmawia Violetta Szostak

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Moja Polsko-niemiecka Historia -

Opowie pani o tamtej dziewczynce?

– Proszę nie oczekiwać po mnie za wiele. Wiem tyle, ile na tej kartce...

„N.N. Anna Teresa, lat 4, z Internatu na Żoliborzu, prawdopodobnie sierota. U pp. Wolff, dziecko bardzo trudne”…

– Dowiedziałam się za późno.

Kiedy?

– Miałam 55 lat. Moi rodzice cudowny dom mi stworzyli. To byli prości ludzie, mieli tylko sześć klas, ale mądrzy życiowo. Zaczęłam podejrzewać, gdy miałam blisko 40 lat, choć pewne rzeczy niepokoiły mnie wcześniej. Nie byłam do nikogo z rodziny podobna. Moja mama tak się o mnie bała, że gdy biegłam wykąpać się w jeziorze, czekała na progu i płakała. W dowodzie miałam: urodzona 28 października 1941, Tarnopol w Związku Radzieckim.

Skąd Tarnopol?

– Mama nie umiała mi tego logicznie wyjaśnić, co również wywoływało mój niepokój. Wiedziałam, że rodziców wysiedlono we wrześniu 1939 roku z Wągrowca do Krakowa. Zastanawiałam się, jak to: we wrześniu Tarnopol zajęła Armia Czerwona, potem Niemcy, dlaczego mama miałaby jechać tam, by rodzić dziecko?

Gdy teraz o tym myślę – to właściwie dobrze, że dowiedziałam się w momencie, kiedy to już tak nie bolało. Chyba źle bym to przyjęła wcześniej. Może gdzieś do Tarnopola chciałabym gnać na próżno. I nie wiem, jak bym zachowała się wobec moich rodziców. A oni byli przedobrzy dla mnie, innych nie znałam. W dobrej wierze nie powiedzieli mi, bali się, że mnie to zrani.

Ale od kiedy wiem… To jest jakieś brzemię, które człowiek nosi. Do dzisiaj mi się zdarza, że za kimś biegnę, bo wydaje mi się, że jest do mnie podobny, że to może moja siostra, może ktoś z rodziny. Biegnę i szukam.

Jak się pani dowiedziała?

– Pomyślałam, że jeżeli ktokolwiek poza rodzicami może wiedzieć, to siostra mojej mamy, moja matka chrzestna, którą razem z nimi wysiedlono do Krakowa. Napisałam do niej, że mam takie wątpliwości... Ale ciocia: „Głupstwa mówisz, jesteś nasza”. To mnie wtedy uspokoiło.

Po jakimś czasie przy okazji pobytu w Krakowie pomyślałam: ostatnia szansa, żeby jeszcze raz zapytać. Ciocia miała prawie 90 lat. Przyparłam ją do muru: „Mam prawo wiedzieć”. Ciocia: „Będzie ci przykro...”.

Opowiedziała mi: mama w Krakowie podczas wojny przeszła operację, po której okazało się, że nie będzie mieć dzieci. Wpadła w rozpacz. Wysłała ojca do domu dziecka. Chciał dziewczynkę. Powiedzieli, że dziewczynki nie ma, ale za tydzień będzie transport z Warszawy. Ja w nim byłam. Podeszłam do ojca i chwyciłam go za rękę. To chyba ja go wybrałam.

Oszacowali mnie na dwa lata. Wymyślili dzień urodzin: 28 października – bo to dzień imienin mojego ojca. I Tarnopol wymyślili – bo to daleko, żebym nie szukała. Nie wiem, kiedy i gdzie się urodziłam.

Ciocia powiedziała jeszcze: „Prawie nic nie mówiłaś, tylko powtarzałaś »boję Niemca«. I bałaś się dużych pomieszczeń”.

„Dziecko bardzo trudne…”.

– Na krzyki byłam wrażliwa przez całe życie. Kuliłam się w sobie, wpadałam w popłoch, chętnie schowałabym się pod stołem.

Gdy się pani dowiedziała, wróciły jakieś wspomnienia?

– Wysiłek ogromny, żeby sobie coś przypomnieć. Nic. Nic. Tylko pamiętam już potem, gdy miałam trzy czy cztery lata, szłam z rodzicami przez Planty, do chrztu. Mam jedyne zdjęcie z wczesnego dzieciństwa, właśnie na Plantach.

Wyobraźnia podpowiada różne scenariusze. Gdy jestem w Auschwitz, wyobrażam sobie, że może tu są

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.