Szukam Jezusa

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Katarzyna Kozyra Małgorzata I. Niemczyńska

Właśnie smażę pomidory, ale pewnie pyta pani bardziej ogólnie? – weryfikuje swe domysły Katarzyna Kozyra, artystka. – Przygotowuję się do pokazu części projektu, który realizuję od ośmiu lat. Odbędzie się 10 września, w ramach mszy w kościele protestanckim pod Bremą. Pastor zobaczył fragmenty i mu się spodobało. Szukałam tego Jezusa nieszczęsnego. Jeździłam do Jerozolimy.

– I rozmawiała pani z ludźmi z tzw. syndromem jerozolimskim? (Z projektu „Szukając Jezusa” akurat jestem przygotowana: mowa o zaburzeniu urojeniowym, cierpiący nań chorzy, odwiedzający Ziemię Świętą, utożsamiają się z postaciami biblijnymi, najczęściej z Mesjaszem).

– Złapał mnie ten temat już w 1999 roku, kiedy przez ponad miesiąc podróżowałam po Izraelu – mówi Kozyra. – O syndromie jerozolimskim przeczytałam w przewodniku. Od razu mnie to zaciekawiło, ale nie miałam wtedy możliwości się tym zająć. Po latach znalazłam sponsorów, pojechałam znowu, wydawało mi się, że zaraz to skończę. Tymczasem na najbliższym pokazie to będzie jeszcze wersja niekompletna, taka w trakcie pracy. Jak się skończy msza, zapali się wideo. Za ołtarzem budują właśnie wielki ekran. Oprócz tego realizuję pełnometrażowy dokument, który będzie pokazywany na festiwalach.

– Jak pani znajdowała bohaterów?

– Na początku z łapanki. Pierwszy wyjazd to był rekonesans. Chciałam w ogóle sprawdzić, czy kogoś takiego spotkam – i spotkałam trzy osoby. Zauważyłam, że dopiero montując nagrania z nimi, zaczynam rozumieć, co do mnie mówią. Wtedy się zajarałam. Poczułam, że muszę drążyć ten temat. Znalazłam sobie researcherów: fajnych młodych artystów z Izraela, takich zaraz po studiach. Pomogli mi, rozpytując wśród znajomych. Zaczęliśmy jeździć w miejsca, gdzie ktoś był widziany. Te osoby doprowadzały mnie do kolejnych, koła zaczęły się rozszerzać. Niektórzy z bohaterów mojego filmu żyją w Jerozolimie. Inni przyjeżdżają regularnie z różnych stron świata, gdy mają tzw. call, czyli powołanie. Bóg im mówi, że mają jechać. Są wśród nich Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie... Polaka żadnego nie spotkałam. Nie wiem dlaczego.

– Czy oni wchodzą między sobą w interakcję?

– To nie jest żadna wspólnota. Co poniektórzy się znają, ale to wszystko indywidualiści, historia każdego jest zupełnie inna, każdy szuka tego kontaktu z Bogiem na własną rękę, a nie w ramach religii. Spotykałam Żydów, katolików czy protestantów. Niektórzy mówili, że są nikim, a w ich zapiskach widziałam: „I am God”. Dużo jest osób, które próbują wrócić do początków chrześcijaństwa, opierając się na Starym Testamencie.

– A pani? Zmienił ten projekt coś w pani duchowości?

– Nie wiem, czy w duchowości, ale zupełnie mi się wszystko poprzestawiało. Dużo się nauczyłam i dowiedziałam. Przede wszystkim zmieniłam stosunek do tego, co ludzie do mnie mówią. Sama spróbowałam żyć tak jak oni: na kartonach, jedząc ze śmietnika. W nadziei, że ich lepiej zrozumiem, a może nawet sama doznam czegoś podobnego. Ale tak się nie stało.

– Wie już pani chociaż, skąd się to bierze?

– Chyba każdy z nas chce myśleć o sobie, że jest wyjątkowy, wybrany, że to akurat on. Mamy to w sobie, tylko w różnym natężeniu. I różnie z tym sobie radzimy.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.