Zgroza, zgroza, czyli nie będzie zbawienia

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Wiadomość, że z listy obowiązkowych lektur szkolnych zniknęły, pośród mnogości innych, także książki Bułhakowa, Schulza, Iwaszkiewicza czy wreszcie Josepha Conrada, zaś włożono tam średniowieczne „Rozmowę Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” oraz „Legendę o świętym Aleksym”, a także poezje z jednej strony Wojciecha Wencla, a z drugiej Marcina Świetlickiego (co zdaje mi się zestawieniem arcyzabawnym), nie zdziwiła mnie nijak, nie wstrząsnęła mną, nie oburzyła nawet, ponieważ byłem na to gotowy od dawna. Władza obecna w swym wielkim dziele lepienia z narodowej gliny nowego człowieka polskiego, na podobieństwo znanego procesu tworzenia nowego człowieka radzieckiego, zachowuje się wybitnie konsekwentnie.

Przez jęk oburzenia przebiły się szybko radosne głosy nadziei, że skoro Bułhakow, Schulz czy Conrad wylecieli z listy lektur, to w sposób naturalny będą czytani z zawziętością, jako że młodzież wiedziona swą odwieczną przekorą nie czyta lektur szkolnych, ale dokładnie te rzeczy, które lekturami nie są. Otóż spodziewam się, że im bardziej młodzież szkolna nie będzie czytała „Rozmowy Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” oraz poezji smoleńskich Wencla, tym bardziej nie będzie czytała Conrada. Wizja młodzieży z pogardą prychającej na średniowieczne arcydzieła, ale za to z zajadłością pożerającej opowiadania Iwaszkiewicza i Schulza, zdaje mi się nadmiarowo optymistyczna. O ile przy czytaniu wyciętego właśnie „Jądra ciemności” pewien przymus szkolny się przydawał, to obecnie nie widzę większych szans, by młódź rzuciła się na twórczość tego wielkiego angielskiego pisarza, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Józef Konrad Korzeniowski i pochodził on z Berdyczowa.

Naturalnie zamiast Józefa Konrada Korzeniowskiego można czytać choćby Józefa Ignacego Kraszewskiego, nie widzę w tym większego problemu, chyba jedynie czasowy – Kraszewski wydał coś koło ćwierć tysiąca powieści, z których znana dobrze jest jedna, a ze dwie mocno średnio, dorobek Conrada przy tym śmiesznie mały, ale jakby nieco bardziej popularny na świecie. W każdym razie jednym z wielkich klasyków literatury angielskiej, a co za tym idzie światowej, jest Polak i akurat tego Polaka wymazuje się z lektur, by uczniowie nie wpadli przypadkiem na niebezpieczne podejrzenie, że jakiś polski pisarz mógł na świecie zyskać sławę i podziw. Powinniśmy wbijać dziatwie do głowy, że świat nigdy nas nie doceniał, a jeśli już doceniał, to wyłącznie tych, którzy Polskę zdradzili, jako i Korzeniowski zdradził język polski, pisząc po angielsku i przyjmując pseudonim Conrad. A skoro zdradził, to nie zasługuje na to, by go czytać – żelazna logika.

„Jądro ciemności” ma ledwo ponad sto stron, ale ładunku tam jest więcej niż w każdej tysiącstronicowej powieści, jakie dziś się pisze, lejąc wodę bez umiaru i watując bez wstydu – u Conrada grama nie ma wody, choć rzecz traktuje w dużej mierze o podróży statkiem. Oto bezimienny narrator referuje nam opowieść niejakiego Marlowa, który z kolei wybrał się do Afryki w niebezpieczną podróż, a tam odnalazł sławnego, demonicznego Kurtza – każdy, kto oglądał „Czas apokalipsy” Coppoli, film, jak powszechnie wiadomo, inspirowany „Jądrem ciemności”, zapamiętał w roli Kurtza Marlona Brando i niech tak pozostanie: czytając „Jądro ciemności”, należy mieć przed oczami Marlona Brando i lektura od razu stanie się przyjemniejsza.

Kurtz uważany jest za wielkiego zarządcę, myśliciela, wizjonera i „wszechstronnego geniusza” – wedle różnych relacji a to wielce utalentowany malarz, a to fenomenalny muzyk, a to wybitny pisarz, nie ma w zasadzie talentów, których Kurtz byłby pozbawiony. Nazwisko jego wymawiane jest z nabożną czcią i strachliwym podziwem, choć po prawdzie jest on kompletnym szaleńcem, uwięzionym w dżungli, gdzie stworzył osobne państwo, zrywając w zasadzie kontakt z rzeczywistością. Jest tam królem otoczonym kultem jednostki, przewodzi nawet – jak powiadają – dzikim tańcom urządzanym na jego cześć. Nie wodzem nawet jest dla swoich wyznawców, ale bogiem, bo jak mówi świadek: „Z tym człowiekiem się nie rozmawia – jego się słucha”.

Kurtz podporządkował sobie jedno plemię tubylców i używa go do krwawych napadów na inne plemiona, a siedziba jego otoczona jest palisadą, na której gniją głowy zabitych buntowników: Kurtz jest dobry i szlachetny, ale nie umie wybaczyć nikomu najmniejszej wątpliwości co do tego, że on, Kurtz, naprawdę jest dobry i szlachetny. W istocie – Kurtz przybył w ową afrykańską głuszę z hasłami oświecenia na ustach, przywędrował w intencji rozwoju i postępu, wkroczył w dżunglę, by przynieść jej moralność i sprawiedliwość, edukować i cywilizować, ale gdy my wraz z Marlowem docieramy do Kurtza, widzimy, iż uczynił się on bóstwem, tak że wyznawcy czołgali się przed nim, bynajmniej nie metaforycznie, lecz najzupełniej dosłownie. Na czele swych ludzi trzebił kraj z kości słoniowej, pustoszył i palił, a jego słudzy szli za nim, powtarzając, że Kurtza nie da się mierzyć ludzką miarą, bo jest kimś więcej niż człowiekiem. Każdego innego oskarżyć można o bezwzględność, okrucieństwo, tyranię, ale nie Kurtza przecież, gdyż Kurtz ponad wszystkich innych ludzi wyrasta i żadne kategorie się go nie imają. Kurtz w swoim i swych wyznawców mniemaniu ma pełne moralne prawo zachowywać się okrutnie, podle i bezwzględnie, ponieważ kolonizując Afrykę i niszcząc ją do spodu, czyni to w wielkim, epokowym, cywilizacyjnym dziele naprawy. Jest Kurtz obłąkańcem, który uwierzywszy w swe fantasmagorie, popadł w kliniczną chorobę umysłową, co naturalnie jedynie przydaje mu atrakcyjności, bo w końcu każdy siedzący w dżungli wariat jest ciekawszy niż, dajmy na to, uczciwy urzędnik za biurkiem – stąd szaleńcza fascynacja postacią Kurtza nawet wśród tych, których jego działalność brzydzi i oburza.

Ja nie mówię, że lektura „Jądra ciemności”, mimo skromnej objętości tego dzieła, to jest praca lekka i przyjemna niczym czytanie jakichś powieści kryminalnych. Jest to jednak lektura formacyjna, bo pisał Conrad o Afryce oraz o Europejczykach Afrykę demolujących, ale pisał o czymś więcej – w pewnym momencie życia Conrada trzeba przeczytać, nie ma innej opcji, ani wiersze Wencla, ani „Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” mimo swej dostojności nic tu nie poradzą.

Wreszcie ekspedycja znajduje Kurtza, otoczonego wiernymi tubylcami, już w stanie agonalnym i w infernalnym obłędzie, choć być może ów obłęd jest oznaką świadomości nieopisywalnego zła, jakie czynił, zbrodni, z których już się nie oczyści, wizją piekła rozwierającego przed nim swą cuchnącą paszczę. Scena agonii Kurtza zaprawdę jest porażająca i grzechem jest pozbawiać uczniów tego przeżycia lekturowego: „Na tym obliczu z kości słoniowej ujrzałem wyraz posępnej pychy, bezwzględnej wszechmocy, tchórzliwego strachu – wszechogarniającej i beznadziejnej rozpaczy”. I dalej: „Niekiedy bywał nagminnie infantylny. Domagał się, by monarchowie witali go na dworcach kolejowych po powrocie z tej upiornej Nicości, w której zamierzał dokonać rzeczy wielkich”.

Nie na darmo ostatnie słowa umierającego Kurtza brzmią „Zgroza, zgroza!” – tak właśnie wołają ci, którzy w swych ostatnich minutach pojmują wreszcie ogrom zbrodni, jakich dokonali, i dociera do nich, że nie zaznają zbawienia.

Kurtz jest dobry i szlachetny, ale nie umie wybaczyć nikomu najmniejszej wątpliwości co do tego, że on, Kurtz, naprawdę jest dobry i szlachetny

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.