Przemoc użyteczna

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Lidia Ostałowska

To się tak dawno zaczęło, że nawet nie pamiętam kiedy. Paru kolesiów stoi w bramie, jeden podchodzi. Macie ćmika? Mój brat wyszedł z więzienia, robimy zrzutkę na flachę. Macie pożyczyć 2 złote? Nie? To każdy z was ma chlasta w ryj, jak coś znajdę. Znajdzie grosz i przyłoży z liścia, bo się go okłamało. Te karki przeważnie zaczepiają w tłumie, na przystankach. Ustawiają się w pobliżu szkół i nawet dziewczyny kroją, w kosmetyczki im zaglądają. Ostentacyjnie otwierają plecaki, przeszukują kieszenie” – relacjonował nastolatek z Poznania.

Był rok 2000. Poprosiłam wtedy czytelników, żeby opowiedzieli, jak radzą sobie na ulicach. Starsi dzielili się strachem, młodsi doświadczeniem.

Warszawa: „Wnuk to licealista, trzecia klasa, przystojny, dobrze ubrany. Ostatnio ku rozpaczy rodziny zapuścił długie włosy, bo w klasie taka moda. Od razu się zaczęło. Przy Dworcu Gdańskim dostał kijem w brzuch, zabrali mu telefon. W pobliżu domu, na Zaciszu, zrewidowali go, wzięli 10 złotych, grozili, że jak coś powie, to zobaczy. W tramwaju przyłożyli mu nóż i zdjęli zegarek. To się odbywa w tłumie, w drodze ze szkoły. Pytałam, czemu nie krzyczy. Uważa, że wtedy by go pobili. Wnuk jest wysportowany, ale sześciu nie da rady. Dlatego zawsze powinien mieć przy sobie parę groszy dla nich. Namówiłam córkę i zięcia, żeby tego pilnowali”.

Bytom: „Jestem drobna, niska. Od pięciu lat się boję. Odkąd widziałam, jak biją chłopaka w tramwaju. Cały wagon mężczyzn i każdy uważał, że inny zrobi to za niego. Tramwaje są najbardziej niebezpieczne, szczególnie drugi wagon. Mnie też trzepnęli, na ulicy. Miałam tylko zeszyty, a oni chcieli pieniędzy. Teraz uprawiam sztuki walki, bo wiem, że nikt mnie nie obroni. Ulica to czysty strach, a nie można na całe życie wynająć sobie ochroniarza”.

Tamci nastolatkowie już dorośli, ale z pewnością pamiętają samotność, upokorzenie, bezradność sprzed lat. Przez Polskę płynęła fala przemocy, produkt uboczny kapitalizmu i wolności. Ktoś strzelał, ktoś zginął pod knajpą, restauratorzy nie chcieli płacić haraczy i domagali się ochrony.

Pragnienia i ambicje bywały ważniejsze niż przepisy. Osadzona za zabójstwo z lat 90. opowiadała mi niedawno o swoim towarzystwie z dyskotek: „Straszna mieszanka, tylko dziś ludzie nie chcą o tym mówić. Jeden studiował prawo, drugi odsiedział dziesięć lat za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, trzeci handlował kosmetykami. Wszyscy świetnie się dogadywali. Ktoś mówił: »Kurde, zapierdolę coś«. Nigdy nie słyszałam: »Nie rób tego!«. Na tym polegało towarzystwo, żeby nie krytykować. I to było fajne”.

Handlarz kosmetykami zatrzymywał w lesie tira, obrabiał go z kumplami, a student prawa stał na czatach. Następnie się ustatkowali albo trafili do więzienia.

Chaos oddawał pole ładowi, przestępczość pomału zaczęła spadać. Ale spokojniejsza Polska nie nadawała się na hasła wyborcze. W 2001 roku tylko 4 procent społeczeństwa nie żądało zaostrzenia kar, a ponad trzy czwarte opowiadało się za karą śmierci. Podtrzymywanie paniki było politycznie opłacalne. To niezwykle skuteczne narzędzie. Tanie. Mało odporne na manipulację. Ograniczone do sloganów o konieczności podwyższenia sankcji karnych dla bezpieczeństwa zwykłych polskich rodzin.

Mit o nadzwyczajnej skuteczności represyjnego prawa i lęk przed bandziorami – broń wyborcza PiS, skuteczna w 2005 roku.

Zarządzanie obawą, wywoływanie histerii obserwujemy i dziś. Ale już nie dresiarza mamy się bać, nie kibola, z cała pewnością nie dawnego skina. Tamten skin nazywany jest teraz patriotą, a wrogiem stali się obcy. Cykliści, dżenderyści, geje, wegetarianie i – przede wszystkim – uchodźcy. Dlatego warto wysłać polskich urzędników do Rimini, gdzie Polka stała się ofiarą brutalnego gwałtu, a nie warto wdrażać konwencji antyprzemocowej. Bo to według urzędującego prezydenta „akt perfidny”. Radzi, by go „przede wszystkim nie stosować”.

W Polsce gwałtownie przybywa przestępstw z nienawiści, słyszymy o nich niemal co dzień. Są tacy, którzy biją. Tacy, którzy ich lajkują na Facebooku. I ci, co świadomie rozsiewają strach. Każdy ma udział.

W 2000 roku w Poznaniu chłopak z technikum, członek jednej z grup przestępczych, powiedział o nich: „To są za dobre ekipy, żeby im psy zaszkodziły. Policja woli zakładać koziołki na samochodach. Bo wszyscy mają jakieś plecy: sędziowie, politycy, dziennikarze, policjanci. Każdy w czymś siedzi, nawet jeśli o tym nie wie. Kiedy na korytarzu nauczyciel boi się podejść do kogoś, to wysyła woźnego, a woźny ucznia. Sprawdź, czy z naszej szkoły jest ten gość. To podchodzę. Legitymacja! Nie dał, dostał w ryj. Powiedział, że pójdzie do dyrektora. Idź, biłem na jego zlecenie”.

Warto wysłać polskich urzędników do Rimini, nie warto wdrażać konwencji antyprzemocowej

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.