Lem na ziemi

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Springer -

Literacko elegancki tytuł biografii Stanisława Lema autorstwa Wojciecha Orlińskiego jest chybiony, czego pierwszym i bardzo dobrym dowodem jest sama biografia. Na pozór ciągle bujający w pisarskich obłokach, najpierw fantastyki, potem filozofii nauki i futurologii, Lem zawsze twardo stąpał po ziemi. Choć – co trafnie i przekonująco opowiada Orliński – zazwyczaj wkładał mnóstwo wysiłku intelektualnego, a także pracy (nie tylko literackiej, lecz także pracy w sensie kontroli nad swoimi relacjami towarzyskimi, ze znajomymi, ale i z przyjaciółmi od serca), by tego gruntu pod jego stopami nie dostrzegano.

Zaczęło się od Zagłady. Lem, syn dobrze sytuowanego lwowskiego lekarza żydowskiego pochodzenia (imię nadane przezeń synowi świadczyło o jego zdecydowanym akcesie do polskości), w tryby Holokaustu wciągnięty został od pierwszych, dosłownie, godzin. Tuż po wkroczeniu Wehrmachtu do Lwowa w 1941 roku rozpoczęły się pogromy Żydów, organizowane i kierowane przez mundurowych Niemców, wykonywane przez miejscowych. Dekryptaż Orlińskiego przerażająco plastycznego literackiego zapisu z „Głosu Pana” nie pozostawia wątpliwości: przyszły pisarz w wieku 20 lat pośród stosów trupów czekał na dziedzińcu dopalającego się lwowskiego więzienia na egzekucję. Gdy jego grupa więźniów miała być zastrzelona, nieoczekiwanie przyjechała ekipa niemieckiej kroniki filmowej i egzekucję odwołano. Młody Lem zdołał ujść cało z niedobitkami, ale jego ubranie zdążyło przesiąknąć tak bardzo odorem zalegających na dziedzińcu zwłok, że trzeba było je spalić.

Potem były niekończące się godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata okupacji – z ukrywaniem żydowskości swojej i rodziców, ze zdobywaniem tzw. dobrych papierów, dobrej pracy, z opłacaniem swego ocalenia w chwilach, gdy komora gazowa jawiła się finałem nieodwołalnym. Były chwile, gdy udało się ocalić najbliższą rodzinę, były, bo musiały być, chwile, gdy ratunku trzeba było odmówić dalszym krewnym i przedwojennym przyjaciołom (choć Stanisław, gdy tylko mógł, od niesienia pomocy nie uchylał się: czas pewien sam ukrywał w swym mieszkaniu młodego Żyda). To wszystko, w kostiumie kosmicznym, jest w tekstach Lema.

Akurat tego Orliński w swej biografii nie rozbiera na czynniki pierwsze, ale sądzę, że obsesyjne wręcz drążenie Lema w wielu jego książkach fenomenu przypadku, fenomenu, że coś istnieje (= żyje), choć rachunek prawdopodobieństwa dawał tej możliwości szanse nieskończenie bliskie zera, jest odbiciem koszmarów Zagłady. Cała, nader liczna, rodzina Lemów (często używano w niej wersji nazwiska: Lehm) została wymordowana w komorach gazowych. Ocaleli jedynie doktor Samuel, Sabina i Staś Lemowie. I Marian Hemar, tak, wielki satyryk Hemar, starszy kuzyn Stasia, który jako jedyny zdążył uciec na Zachód.

Lem do końca życia w literaturze, w wywiadach, w rozmowach pomijał i kamuflował swe pochodzenie i wojenne przeżycia, nadając nieoczekiwany sens pełnej filozoficznej rozpaczy siódmej tezie „Traktatu logiczno-filozoficznego” Ludwiga Wittgensteina („Wovon man nicht sprechen kann, darüber muss mann schweigen”, o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć).

Po wojnie Lem zmagał się z realnym socjalizmem i jako pisarz, i jako obywatel PRL. W obu tych obszarach był zaskakująco zręczny, umiarkowany, elastyczny i... skuteczny. Był autorytetem umiarkowanym i przezornym. Czy trzeba było dopisać dwa absurdalne tomy, by móc wydać książkę jako tom pierwszy, czy wysłać sprostowanie do zachodniej prasy, że jego życie w Wiedniu to stypendium, a nie emigracja, czy wychodzić sobie w Peerelu samochód, a potem części zamienne, na czele z nieśmiertelnym kołem zamachowym (kto jeździł dwusuwem, ten wie, co to jest), Lem robił to, co uważał za skuteczne i moralnie dopuszczalne.

Biografię („Lem. Życie nie z tej ziemi”, wyd. Czarne i Agora) przeczytałem z wielkim smakiem, ale nie obeszło się bez nieszczęścia. Uwiedziony stylem i faktograficzną dociekliwością Orlińskiego, nagle trafiam na frazę, że niemiecki czołg Pantera omal nie ukatrupił Lema serią z wukaemu. Drogi kolego! W panterach nigdy nie było żadnych wukaemów, jedynie zwykłe karabiny maszynowe, i to wyłącznie starszy model MG-34, bo nowoczesne MG-42 nie pasowały do jarzma (maniak techniki Lem wiedziałby, o co chodzi!). Czy ja zawsze muszę się czuć jak młodzież z opowiadania „Słoń” Sławomira Mrożka (nb. przyjaciela Lema?).

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.