Barry, do budy!

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Springer - Filip Springer

Bydlę jest wielkie, zaślinione, ślepia ma przekrwione, wygląda jak zło w czystej postaci. Za chwilę się dowiem, że ma na imię Barry, ale teraz, gdy tak stoi przede mną i szczerzy kły, to ja sobie myślę o nim Szatan albo Lucyfer. Próbuję się ruszyć, ale wtedy ono też się rusza, robi krok do przodu, a ja tam wolę, jak jest dalej niż bliżej. Pat. Zwykle w takich sytuacjach zasłaniam się rowerem, ale teraz to niemożliwe. Wiozę w foteliku Zioma, który akurat nic sobie z całej sytuacji nie robi, macha rączką Szatanowi/Lucyferowi, niedawno się nauczył mówić „hau”, więc macha i mówi: „Hau, hau”. Ja zaś się drę, żeby z chałupy, zza której bydlę wybiegło, ktoś przyszedł i je poskromił. W końcu wychodzi jakaś kobieta.

– Pan wtargnął – mówi oburzona. Na psa nawet nie spojrzała. – Zatrzymałem się – precyzuję, bo stoję przy drodze, gospodarstwo zaś jest nieogrodzone. – Potrzebna jest pomoc – dodaję.

– Pan wtargnął, pies pana pogryzie – mówi ona, nie zwracając uwagi na tę część o pomocy. Z Lucyferem nadal nic nie robi.

Kilkaset metrów dalej na poboczu leży dziewczyna, przewróciła się na rowerze. Jest ze swoim chłopakiem, mówi, że nie da rady wrócić o własnych siłach. Wszystko się wydarzyło w samym środku mazurskiego odludzia, do najbliższej wioski będzie 5 kilometrów. Te zabudowania były jedyne w okolicy. Zostawiłem ich i pojechałem zapytać o jakąś pomoc.

– Pan tu wtargnął – mówi mi jednak tamta z naciskiem, rozglądając się po swojej zabłoconej posiadłości. Szatan skowycze, ona nadal nic z nim nie robi, po prostu patrzy. Pies kontroluje tu sytuację, nikt inny.

– Ale słyszy pani, co mówię? Że pomoc potrzebna? Tam w lesie dziewczyna leży. Może macie tu samochód? – patrzę w stronę kombi stojącego na podjeździe. – Podrzucilibyście ją do jakiegoś lekarza?

Ona nie reaguje, jakbym mówił po chińsku. Lucyfer znów robi krok w moją stronę, Junior chyba rozumie, że sytuacja robi się taka sobie, i zaczyna płakać.

– Pan wtargnął, posesja to jest, pies pogryzie – recytuje ona – proszę odjechać, Barry do budy.

A potem odwraca się na pięcie i znika w głębi domu. Uspokajam Zioma, wskakuję na siodełko i wracam do tamtych.

Dziewczyna wygląda lepiej. Są przy niej jacyś ludzie, przejeżdżali autem, zatrzymali się, żeby sprawdzić, co się dzieje. Są z okolicy, pomogą. Sytuacja wygląda na opanowaną. Wymieniamy się na wszelki wypadek numerami telefonów, wsiadam na rower, ruszam dalej. Znów mijam tamten dom. Lucyfer siedzi w budzie i gryzie kość.

Przypominam sobie wykłady na harcerskich kursach pierwszej pomocy. Mówili nam tam, że jeśli widzisz, że ktoś potrzebuje pomocy, a ignorujesz ten fakt, to tak jakbyś na swoim prywatnym cmentarzu postawił już krzyż. Bez względu na to, jak się ta konkretna sytuacja kończy, ten ktoś dla ciebie już umarł.

Właścicielko Barry’ego, stawiaj na swojej posiadłości pierwszy krzyż. I otocz go płotem. Może nikt tam nie wtargnie.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.