Jarda

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Obiecałem, że wieczorem wybierzemy się po esencję czeskości. Polaka i dwoje Włochów zabrałem do knajpy U Vystřelenýho oka na Žižkovie w Pradze. Nazywam tę dzielnicę Pragą Pragi. Weszliśmy na tyły opuszczonej kamienicy, w gwar i zaduch. „Wszędzie wciska się dławiący dym, kuchnia jest naprawdę mniej niż przeciętna, a personel ironiczny i złośliwy, jednak za pieniądze umiemy zrobić wszystko” – napisał właściciel na stronie lokalu. Zajrzeliśmy do menu po polsku. Utopenec, czyli marynowany serdelek, jest tu prezentowany jako „huj w occie” (z błędem ortograficznym).

Z toalety koledzy wrócili ze śmiechem, bo wiszą tam urządzenia ułatwiające sikanie: „Ja opieradło Ladia” i „Ja opieradło Jara”. Są to dwa świńskie ryje nad pisuarami, zaopatrzone w metalowe podpórki obite skórą.

Można oprzeć o nie głowę, jeśli nie da się ustać przy pisuarze.

Kolega Daniel powiedział, że jakiś facet oddawał mocz i klął ile popadnie na Polaków.

Barmanka stawiała nam kolejne piwa, jakaś kobieta obok przeraźliwie się śmiała, wyszliśmy więc na zewnątrz, żeby zaczerpnąć dymu z powietrza. Przed lokalem stał tłum paląco-pijący, a do mnie zagadał po angielsku jakiś gość.

Z siwą brodą i długimi siwymi włosami, w czarnym T-shircie. Pogodny typ po sześćdziesiątce. Zaczął mi coś opowiadać o Žižkovie, ale po angielsku. Zanim zorientował się, że odpowiadam po czesku, minęło z pięć minut.

– Cholera, ty mówisz do mnie po czesku – zafrasował się. Przytaknąłem.

– A to ja się przedstawię. Jestem Jarda Švec.

– Ktooooo – powinno mnie zatkać, ale nie zatkało, tylko z wrażenia nie mogłem skończyć słowa.

– Jarda Švec – powtórzył. – No, owszem, jestem sławny, bo o mnie napisał jeden Polak. On jest nawet jeszcze sławniejszy ode mnie. Bywa tu, ale akurat dawno go nie było. Jak o mnie napisał, to same nieszczęścia się zaczęły…

– Nieszczęścia? – omal nie zachłysnąłem się piwem.

– Ja tego nie czytałem, ale ludzie wiedzą, że mnie opisał, i teraz każdy chce, żebym mu stawiał wódkę. Polak zasrany! Przełknąłem to i powiedziałem: – To ja, ja o tobie pisałem. – Jezusie przenajświętszy, toś ty? Uczyniłeś mnie sławnym! Chodź się pocałujemy. Albo sobie zdjęcie razem zrobimy z fuckiem! Albo z victorią. Jak wolisz?

Wolałem z fuckiem.

Muszę tu wyjaśnić, że Jarda Švec to ozdoba Žižkova.

Jest przekonany, że gra na saksofonie. Znane są jego występy na wzgórzu Parukářka, kiedy ogłasza: „Nauczyłem się trąbić na saksofonie jak statek. I teraz wam zagram jak statek, kiedy przypływa do portu lewym bokiem. A potem kiedy przypływa prawym bokiem”. Po czym Jarda Švec wydaje dźwięk jak statek i dziękuje publiczności za uwagę. Kiedyś śpiewał o nim zespół Visacízámek: „Kurtkę nosiła podszewką na wierzchu/ Szminką malowała zęby o zmierzchu/ Śmiała się tylko ze smutnych rzeczy/ Grała w kapeli z Jardą Švecem/ Myślała, że to znaczy punk…”. Wspomniałem o nim w jakimś tekście, ale nigdy nie poznałem osobiście.

Jarda (czyli Jaroslav) spytał, czy się napijemy. – Tak, ale jeśli zdradzisz mi swoją życiową prawdę – powiedziałem.

Daniel, który nie wychodził z nami przed lokal, jak go zobaczył ze mną, oniemiał: właśnie ten gość wykrzykiwał coś o Polakach nad pisuarem.

– No to moja prawda jest taka – oznajmił poważnie Jarda

– że trzeba być dobrym i uczynnym. Tylko to się w życiu opłaca. Moja mama 24 godziny na dobę leżała. 12 lat się nią opiekowałem i jestem z tego dumny. To nie była płatna praca, miałem ogromne długi, takie że po śmierci mamy sprzedałem mieszkanie. Połowa poszła na praskie przedsiębiorstwo komunikacyjne, bo latami biletów na tramwaj nie kupowałem. To co? Zapiszesz sobie tę prawdę, żeby być dobrym?

– Zapiszę, oczywiście.

– To ja idę. Przypomniałem sobie, że w knajpie obok miałem grać trzy godziny temu!

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.