Tańczymy la-ba-da, czyli kazanie przeciw Francji

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Kiedy zmarł nieoczekiwanie Janusz Głowacki, podniosły się głosy, że co jak co, ale śmierć Głowackiego nie jest możliwa, ponieważ akurat Głowacki nie był nigdy brany pod uwagę jako potencjalny zmarły. I w głosach tych, na pozór jedynie rytualnych, ujawniła się cała prawda – owszem, ludzie starzeją się, chorują i umierają, umieranie to jest całkiem popularna przypadłość, ale to przecież nie dotyczy Głowackiego.

Przy okazji każdej śmierci znanego artysty wykrzykujemy, iż to niemożliwe, ale w przypadku Głowackiego szok był jak najbardziej autentyczny: człowiek jest żywą legendą w Polsce, jest nieśmiertelną sławą w Ameryce, a nagle umiera w Egipcie – niedorzeczność.

Naturalnie po pierwszym szoku świat zalały wspomnienia o Głowackim, gdzie częściej o jego legendzie, ironii, przystojności oraz amerykańskim sukcesie pisano niż o jego książkach, osobliwie zaś poczęły się namnażać osobiste wyznania, z których jasno wynikało, że Głowacki autora tekstu o Głowackim niezwykle cenił, zasmuconego autora wspomnień wybitnie szanował, tudzież w autorze pośmiertnych opowieści widział największy talent polskiej kultury. Jako że osobistych relacji z Głowackim nie miałem, prócz dwóch, trzech przelotnych spotkań, nie podaję tu barwnych anegdot, ale sięgam po książki Głowackiego.

Zabrałem się do zajadłej lektury wyboru opowiadań „Sonia, która za dużo chciała”, bodaj ostatniego wydawnictwa z krótkimi prozami Głowackiego, zawierającego zarówno rzeczy nowsze, amerykańskie, jak i najmocniejsze klasyki, w złotej epoce schyłkowego Gomułki i szczytowego Gierka pisane. Śmierć Głowackiego tym bardziej zdaje się absurdalna, im bardziej czytam te zabójczo zabawne groteski o Peerelu i widzę, że teraz to by mógł dopiero pisać; jakby napisał w ostatnich latach nowe opowiadania Głowacki, to by były może jeszcze lepsze niż te stare. Czytając ostatnią jego książkę, opowieść o tym, jak tworzył dla Wajdy scenariusz filmu o Wałęsie, najpierw spadłem z łóżka, a następnie tarzałem się po podłodze w konwulsyjnym śmiechu, ale i teraz dostałem skrętu kiszek, rżąc przy „My sweet Raskolnikow” – to jest mocniejsze, niż było jeszcze 30 lat temu, to jest przerażająco zabawne i rozpaczliwie śmieszne. Umieć grozę połączyć z groteską jest zadaniem na Ligę Mistrzów, trzeba mieć do tego – uwaga, mówię coś szokującego! – talent. A talent Głowackiego jest niebosiężny i zadziwiająco trafia w obecny nastrój, choćby naszej heroicznej walki z Francją. Przywołuję zatem „My sweet Raskolnikow”, gdzie genialny młody polski reżyser Rysiek, będąc w Paryżu na przyjęciu i zjadłszy pierwej wszystko, co było do zjedzenia, oraz wypiwszy wszystko, co było do wypicia, z taką oto płomienną i patriotyczną, a wycelowaną we Francuzów tyradą występuje: „Kto się tu za was narażał i ginął? A osłaniał odwrót Napoleona? A powstaniami odciągał od was Rosję i Prusy? A czyje ryngrafy, Sobieski za kogo, za czyje sprawy błonia zakwitały konnicą? Za kogo poszły szwoleżery, a najgęściej ginęły chłopy? A szumiały orły chorągwiane? A Niemcy z góry, a my cały ogień na siebie. I nigdy, jak tu stoimy, ja i mój kolega Janek, wielki pisarz o jakim nawet wam się nie śniło… Otóż chciałem wam powiedzieć, że jest taki drobiazg, że nigdy nam się nie wypłacicie, ani jako narodowi, ani osobiście, wszystkimi waszymi małżami, ostrygami, sałatami, szampanami. Co wy wiecie? O życiu? O naszym pokoleniu?”.

Gdyby dzisiaj ktoś tak wzniosłą i przejmującą tyradę przeciw Francji i o wielkości naszych bohaterskich krzywd wygłosił, to by od razu mógł zostać przynajmniej wiceministrem, obojętnie jakiego resortu. Zaraz po przeczytaniu tego fragmentu, wzmożony dodatkowo nawoływaniem przez moją koleżankę ze studiów Joasię Lichocką do bojkotu francuskich serów, natychmiast wyrzuciłem ze swej lodówki francuski kozi, a przecież tani nie był.

Nie tylko jednak słuszna złość, ale i malowana w opowiadaniach miłość miała swój smak. Zazwyczaj była to żarliwa miłość prostego robotnika do żony inżyniera bądź do działaczki organizacji partyjnej, jak w przejmujących prozach „Kuszenie Czesława Pałka” oraz „Coraz trudniej kochać”, gdzie zresztą kobiety były zaborcze i namiętne, a mężczyźni nieco spłoszeni i niezbyt nowocześni, jeśli idzie o te sprawy. Młodszym czytelnikom trudno pewnie będzie plastycznie wyłożyć wyjątkowość tamtych miłości peerelowskich, ale spróbuję: proszę sobie wyobrazić współczesną opowieść o wzniosłym uczuciu działacza powiatowego do niedostępnej, ale kuszącej, powiedzmy, rzeczniczki partii rządzącej, i namiętność do jej słów, twardych jak stal, lecz wypowiadanych zmysłowym głosem.

U Głowackiego nawet, że tak to ujmę, tradycja taneczna zdaje mi się aktualna. Daje nam wszak pisarz w „Nowym tańcu la-ba-da”, obłędnym opisie sylwestrowej zabawy, uwspółcześnioną odmianę tańca chocholego z „Wesela”. Głowacki po Wyspiańskim i Konwickim po wątek taneczny sięgnął, wszak pamiętamy, jak Konwicki w filmie „Salto” pokazał nowy polski taniec, ten lunatyczny ruch, tę oniryczną maniackość, to szaleństwo w zwolnionym tempie, ten zbiorowy obłęd śpiących ludzi. „La-ba-da” zaś, żeby dobrze tańczyć, trzeba „bardziej kołysać się w biodrach, ograniczyć ruchy nóg, ręce wyrzucać na boki” – zdaje mi się, że w Polsce coraz więcej osób la-ba-da tańczy w amoku. Nie bowiem polonez, oberek czy mazur są naszymi tańcami narodowymi, ale właśnie taniec chocholi, salto oraz la-ba-da.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.