Z Wandą Konarzewską rozmawia Donata Subbotko

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Uchodźca -

Na ucieczkę nie decydują się ciamajdy. Spotkałam wielu dzielnych ludzi. Uważam się za silną. W Australii nie siedziałam w kącie. Mówili: wszystko możesz tu zrobić. I tak było. Ale wróciłam. Mimo że Australia daje uchodźcom świetne warunki. Nie samym chlebem żyje człowiek.

Kiedy tam pani wyjechała?

– W stanie wojennym wyrzucili mnie z telewizji. Realizowałam programy popularnonaukowe. Miałam sukcesy, 20 proc. oglądalności, kilkaset listów dziennie. Zapytano mnie na komisji weryfikacyjnej: co sądzisz o stanie wojennym? Ja: jestem przeciw. Jak widzisz swoją pracę w stanie wojennym w telewizji? Źle widzę. Gdybym się płaszczyła i mówiła, że popełniłam błąd, wstępując do „Solidarności”, tobym została. Ale nie, zbyt silnie byłam związana z ludźmi, którzy walczyli o zmiany.

Współczesne pokolenie nie pamięta, może ich to śmieszy, ale myśmy się bali rozmawiać przez telefon, nawet w kawiarni podejrzewaliśmy, że podsłuchują, i pisaliśmy do siebie na kartkach. Wzywali mnie na milicję i do sądu pod zarzutem, że… ukradłam listy z telewizji. Raz wsadzili mnie na 48 godzin. Był strajk komunikacyjny, kierowcy w całej Polsce zatrzymali się o 12 i trąbili. Stałam w centrum Warszawy i biłam brawo. Zgarnęli mnie. Miałam kolegium za to, że zachowywałam się w sposób „manifestacyjny”. Bałam się też o przyszłość syna.

Wielu z nas wyjeżdżało – głównie do Francji, a mnie strzeliło do głowy, że jak już, to do Australii.

Jak się uciekało do Australii?

– Paszporty dawali, bo chcieli solidarnościowców wypchnąć z kraju. Razem z Wiktorem Mellerem – który w 1980 zrobił film o Miłoszu – poprosiliśmy o wizy w ambasadzie austriackiej. Pojechałam do Wiednia z synem, studentem. Mąż nie chciał jechać. W Wiedniu od razu weszłam w program uchodźczy. Podchodziło się do pierwszego napotkanego policjanta i mówiło: jestem, proszę o azyl. W Austrii spędziliśmy dwa miesiące, w Baden.

W obozie dla uchodźców?

– To był wspaniały pensjonat! Mnóstwo dziwnych ludzi tam spotkałam. Był wśród nas pilot, który robił zasiewy rolnicze i raz poleciał tak daleko, że wylądował w rzepaku pod Wiedniem. Przybiegli do niego chłopi, a on: „Zawiadomcie telewizję, ja z Polski”. Wiadomo, stan wojenny, byliśmy specjalnie traktowani. Tylu ludzi chciało się wyrwać z bloku komunistycznego, że przeznaczano dla nas pensjonaty, hotele. I dawano kieszonkowe. Kto chciał, mógł zostać. Młodzi woleli jednak Stany. Do Norwegii sporo wyjeżdżało, ale wracali, mówili, że tam zimno i ludzie ze sobą nie rozmawiają.

Jak z Austrii ruszyła pani dalej?

– W Wiedniu było ONZ-owskie biuro ds. uchodźców. Zapytali, czy chcę zostać – ja, że wolę do Australii. Zawieźli mnie i syna do ambasady. Przesłuchiwał nas facet, który zastrzegł, że zabezpiecza Australię przed niepożądanymi gośćmi. Pytał, jakie mam plany, czy znam tam kogoś. Mówię, że nie bardzo, ale życia się nie boję. Wykupili nam lot luksusowym jumbo jetem do Melbourne. Latem 1983. Uciekało nas tym samolotem ok. 200 Polaków.

Naprawdę się pani nie bała?

– Bałam się w Polsce – że wejdą Rosjanie i nas wyłapią. A gdy przekroczyłam granicę, czułam się jak komandos, którego zrzucą w innym kraju bez niczego i musi sobie poradzić. Lubię wyzwania.

Po wylądowaniu zawieźli nas do hostelu. Każda rodzina dostała wyposażony domek. My dwupokojowy z łazienką. Obok stołówka, żarcie wspaniałe i zasiłek – 98 dol. tygodniowo. Przeszliśmy coś w rodzaju półrocznego obozu przejściowego z programem edukacyjnym, który miał nas nauczyć życia w Australii. Objaśniali nam system szkolnictwa, banków, własności. Uczyli języka. Tam każdy imigrant musi zaliczyć taki program – obojętnie, czy jest biznesmenem, który chce założyć fabrykę, czy uchodźcą, który nie ma nic. Dają ci wszystko, ale przez pierwsze dwa lata nie możesz wyjechać. Był moment, kiedy zrozumiałam: Boże, jestem na obcej planecie. Niebo jest inne. Ziemia czerwona. Same skały. Pożary, potopy. Pusty kontynent bez wody.

Pierwsze tygodnie płakałam. Nie wiem, dlaczego. To także dla mnie było niespodzianką. Pojechałam tam świadomie, z dużą motywacją. Nie mogłam się przestawić na ich rytm, spałam w dzień, jadłam w nocy. Budzili mnie na te wykłady, a ja nic. Przyjechali Polonusi, bo jest taka pani z telewizji, która ciągle płacze. Wzięli mnie na wycieczkę, pokazują to, tamto, a ja nie chcę patrzeć. Mówią: „Spójrz, jak żyją Polacy, którzy w czasie II wojny uciekali z Rosji przez Iran albo Irak, aż wylądowali w Australii i Nowej Zelandii. Też nie mieli nic – i do czego doszli!”. A ja ryczę. I słyszę: „Ona płacze dlatego, że tu nie ma wysokich domów”. Rozśmieszyli mnie.

Dobijał mnie brak komunikacji z Polską. Nie było internetu ani komórek, tylko kabel po dnie oceanu. Jak dzwoniłam do męża i wrzeszczałam w słuchawkę: „Przyjeżdżaj, bo nie wytrzymam”, to on: „Co? Co?”. Nic nie słyszał. Myślałam: co ja narobiłam?

Po sześciu miesiącach programu co robiono z uchodźcami?

– Mówili: idź na swoje. Poradzisz sobie! W australijskim społeczeństwie na każdym kroku działają pracownicy socjalni. Można było też dzwonić pod numer dla uchodźców: jestem tu i tu i np. nie wiem, jak trafić do domu. Albo: nie mogę się porozumieć z pracodawcą, z lekarzem. Cokolwiek. Sprawę przejmował polski tłumacz i pomagał.

Miałam 600 dol. z zasiłku, to wystarczyło, aby wynająć mieszkanie za 40 dol. tygodniowo. Dwa pokoje w nadmorskiej dzielnicy St Kilda. Tam nie ma – jak we Francji – gett. Imigranci są rozproszeni. Organizacje charytatywne oferowały nam wyposażenie. Zadzwoniłam do Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i mówię: jestem nowym obywatelem Australii z programu „Refugee”. Oni: czego ci trzeba? Meble, pościel, lodówka, telewizor? Tyle w Polsce pracowałam, żeby kupić telewizor, a tutaj mam, co chcę. Pomagały nam rodziny australijskie. Tam każdy skądś przyjechał – pamiętają, że adaptacja jest problemem. Zapraszają do siebie i na wycieczki. Do syna przychodził dziadek z Armii Zbawienia szlifować z nim angielski.

Syn poszedł do fabryki – robił denka od butelek. Mnie stara Polonia wciągnęła do prowadzenia audycji radiowych, ale nie po to uciekałam do Australii, żeby kotłować się z Polonią. Poszłam do biura pośrednictwa pracy. Wysłałam jedną ofertę. Jedną. Odpowiedzieli. Tłumaczyłam się, że nie mówię dobrze po angielsku. A oni i tak dali mi pracę. Project-directora.

Co pani robiła?

– Pracowałam w Centrum Edukacji Praw Konsumenta, organizacji NGO pomagającej klientom banków, którzy nie byli w stanie spłacać pożyczek.

Na początku polecono mi, żebym poprowadziła zebranie. Ja nie rozumiem, co do mnie mówią, a mam coś poprowadzić! Nauczyłam się tekstu na pamięć i wszystkich objechałam: dlaczego nie jest zrobione to czy tamto! Dziwnie na mnie patrzyli. Potem mój szef, Grek zresztą, mówi: „Twój angielski jest już świetny, ale wiesz, tu jest Australia, a u nas jest demokracja. Narzuciłaś wszystkim swoją wolę, zamiast uzgodnić ją z każdym osobno. Rządy większości to bolszewizm. Demokracja polega na tym, że ci, którzy dowodzą, biorą pod uwagę to, co myślą inni, nawet ci w mniejszości”. Na początku czekałam na polecenia, aż szef zwrócił mi uwagę: sama coś zaproponuj! No to hulaj dusza! Rozkręciłam się, współpracowałam z organizacjami aborygeńskimi, feministycznymi, mediami, władzami lokalnymi. Obserwowałam społeczeństwo od dołu.

Czy to, że była pani „obca”, nie znaczyło, że jest pani gorsza?

– Lepsza! Jesteś z Europy, to powiedz, jakie masz zdanie. Chociaż Polską się nie interesowali. Polska? A, to w Rosji. Tam wiadomości zaczynały się od newsa, że premier podczas gry w tenisa stłukł okulary. Śmiałam się z tego.

Czyli czego pani brakowało?

– Dyskusji intelektualnych. Znajomych. Polski mi brakowało. I zdałam sobie sprawę, że po tym, co osiągnęłam w kraju, w Australii jestem jednak na dole drabiny społecznej. Być uchodźcą to jakby nagle utracić połowę ciała. Ci, którzy byli tam dłużej, pytali, czy miałam już sen emigranta. Nie rozumiałam, o czym mówią. W końcu i ja miałam taki sen: jestem w Polsce, czekam na lot do Australii, ale nagle przypominam sobie, że nie wzięłam niebieskiej sukienki. I cierpię, bez niej nie mogę lecieć.

Taki przewrotny?

– Tęskniłam. Mąż nie chciał do nas dołączyć. Po dwóch latach wróciłam. Długo pani w tych luksusach nie wytrzymała.

– Przełomowa była wizyta poety Jacka Bierezina. Przyjechał do Australii w 1985 – z Paryża, dokąd uciekł po internowaniu. Lepiej niż my wiedział, co się dzieje w kraju. Opowiadał, że milicja już tak nie gania, a Wałęsa trzyma się dzielnie. Więc wpadłam do Warszawy, na chwilę. Poszłam na Nowy Świat – i spotkałam pięć zaprzyjaźnionych osób. Kolega zaproponował mi pracę w wydawnictwie. Zostałam.

Rok później przyjechał syn, już z żoną. Wrócił na studia. A dzisiaj moje wnuki żyją w Niemczech. Tam dzieci mają w szkołach do wyboru m.in. język arabski i chiński. Dlaczego my nie rozumiemy, że wielokulturowość jest przyszłością świata? Ludzie, którzy będą pracowali z uchodźcami z południa, muszą znać arabski, to język urzędowy 20 krajów. Jak mamy uczyć ich polskiego, jeśli nie znamy arabskiego? Polska gościnność to osobny temat.

– Proszę pani, całą tę australijską politykę opieki nad imigrantami opracował Polak prof. Jerzy Zubrzycki, który sam był uchodźcą po II wojnie. Byłam na Uniwersytecie w Canberze na jego wykładzie.

Australia przez lata brała ze świata 100 tys. ludzi rocznie, ale część uciekało z powrotem. Niegdyś była krajem rasistowskim, zarezerwowanym dla białych. Obowiązywała też maksyma: nie znasz języka, nie zostaniesz Australijczykiem. Aż prof. Zubrzycki powiedział: nie. Zaproponował mądry system edukacji i adaptacji uchodźców. Tam dzisiaj żyje ponad sto mniejszości etnicznych. To Polak stworzył wielokulturową Australię.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.