Odrzuty z eksportu, czyli Partia wie lepiej

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Jako że czasy Peerelu są obecnie jak najbardziej na czasie, że mamy Peerelu zadziwiające zmartwychwstanie, zabrałem się ze ściśniętym z nostalgicznego wzruszenia gardłem do lektury książki Aleksandry Boćkowskiej „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”. Niektórzy uparcie powiadają, że czasy Polski Ludowej były przesiąknięte nędzą, szarością, smutkiem i opresją, wielu jednak przecież wspomina te lata niemal z rozrzewnieniem, jako i ja wspominam – pamięta się tylko dni słoneczne, a młodość zawsze dźwięczy wzniosłymi tonami i skrzy się radosnymi barwami, nawet jeśli w istocie była w kolorze błota. Ten, kto się w Peerelu wychował, ten także pamięta owe wyśnione luksusy, o których Boćkowska reportersko z niebywałą swadą pisze. Po tej książce zdaje mi się, że dzisiejsze luksusy kapitalistyczne to jest co najwyżej żałosna namiastka luksusów peerelowskich, a że tamte były niemal nieosiągalne, to tym cenniejsze. Jeśli dziś można w każdym sklepie osiedlowym kupić to, co wówczas wyłącznie w peweksie za bony lub twarde dolary, to co to za luksus dzisiaj?

Książka Boćkowskiej jest wybitnie zabawna, a przez to dojmująco wręcz smutna. Lektura jej wyjaśniła mi też, dlaczego akurat dziś kierownictwo naszego państwa tak bardzo do metod peerelowskich pragnie powrócić, czemu Pierwszy Sekretarz restytuuje tamtą epokę, jej języka używa, jej metody stosuje. Emocje te są zupełnie zrozumiałe: wtedy był młody i szczęśliwy, tamten świat znał dobrze i potrafił się w nim odnaleźć, innego świata nie znał i poznawać nie chciał, bo wszystko, co poza granicami Peerelu, tym bardziej na Zachodzie, było tajemnicze i groźne. Ja też przecież, dopóki po raz pierwszy jako dwudziestolatek nie wyjechałem na Zachód, a ściślej do Francji, zrywać zarobkowo winogrona, Zachodem się jakoś fascynowałem, zbierając pudełka po papierosach, puszki po piwie oraz zagraniczne komiksy, ale przecież tej obcej i wrogiej cywilizacji się bałem. Jak ktoś świata poza granicami swego obejścia nie zobaczył, to nadal duchowo tkwi w Peerelu i Zachodu się boi panicznie, zbiera co najwyżej owe puszki, pudełka i komiksy, a nawet pobieżny kontakt z zachodnią cywilizacją w panikę straszliwą go wpędza.

Tu jest duży brak w „Księżycu z peweksu” – są futra i fury, koniaki i kalmary, ale nie ma rozdziału, bez którego aspiracji do luksusowego życia w tamtych czasach nie da się pojąć, mianowicie o popkulturze, o serialach i filmach nic nie ma, a przecież to one budziły marzenia, one w czasach gierkowskich pokazywały, że w Peerelu można żyć na wypasie, nawet jak się jest zwykłym dziennikarzem, że wspomnę niezapomnianego redaktora Maja z „Życia na gorąco”, że przywołam komiksy o kapitanie Żbiku i cały ten entourage podróbek wielkiego świata. Jedna zasadnicza z książki Boćkowskiej płynie wiedza i nauka: o wszystkim decydowała Partia, nawet o cocacoli. Kiedy otwierano hotel Forum w Warszawie, okazało się, że nie ma jej w ofercie, albowiem Komitet Wojewódzki PZPR zadecydował, że strategiczne to bogactwo może być dostępne wyłącznie dla obywateli w sklepach spożywczych, i trzeba było użyć znajomości i układów, by niefortunny przepis zmienić. Aby w Peerelu żyć na poziomie wyższym niż upadlający, koniecznie trzeba było mieć znajomości i układy, to one cenniejsze były niż waluta, biżuteria i futra. Świat był może nienormalny, ale przewidywalny, zasady, zdałoby się, od czapy, lecz przecież przejrzyste – Partia mogła wszystko załatwić i wszystkiego zabronić. I do tego właśnie dzisiaj tak wielu czuje nieprzepartą tęsknotę, a ja to poniekąd rozumiem, ja też bym chciał decydować o wszystkim, to jest pokusa zupełnie nie do odpędzenia.

Luksus rodził się w bólach za Gomułki, rozkwitał brawurowo za Gierka i umierał w konwulsjach za Jaruzelskiego. A żeby luksus miał sens, to musi być niedobór podstawowych rzeczy, by docenić luksus, trzeba wcześniej zaznać biedy i upokorzenia, jako i wolność docenić można jedynie wówczas, gdy zaznało się opresji. Symbolem owego upokorzenia było to, że szeregowy Polak najbardziej pragnął zdobyć coś, co nazywano „odrzutem z eksportu”, a więc polski towar, którego zagraniczny klient nie chciał z powodu jego wad fabrycznych i ogólnego dziadostwa.

Sam Gomułka – o czym świadczą niezliczone relacje – był człowiekiem surowego trybu życia, zupełnie nietrunkowym, oszczędnym, sknerą w zasadzie, jego dwór jednak pławił się z ukontentowaniem w luksusie, rozbijając się arogancko zachodnimi limuzynami, biesiady sobie urządzając, nową elitę, prawdziwą komuszą arystokrację tworząc, za pomocą nepotyzmu i korupcji zabezpieczając sobie tyły i bezpieczeństwo finansowe, aby to z kolei dawało im się w luksusie pławić. Im bardziej o sprawiedliwości społecznej mówili, im zacieklej o prawa szarego człowieka walczyli, tym bardziej szło im jedynie o trzymanie się władzy za wszelką cenę i korzystanie z luksusów im przysługujących, albowiem w masie swej byli zakompleksionymi prostakami. W czasach późniejszych niż gomułkowskie, w rozkwicie gierkowskiej inwazji dobrego samopoczucia, historyczną sławę zyskał szef telewizji, pamiętny Maciej Szczepański, znany z wybitnego łączenia topornej propagandy z paździerzową rozrywką dla mas, które brokatem i dyskoteką chciał wyżywić miast mięsem, w mocnym przekonaniu, że ciemny lud wszystko kupi, jak mu się do głowy wystarczająco intensywnie przekaz wbije młotkiem. Jak wiadomo, „Krwawy Maciek” był jedną z najbarwniejszych, a zarazem najbardziej luksusowych postaci szczytowego Peerelu, po prostu kochał kulturę i sztukę, a najbardziej fajne fury, dobrą zabawę, polowania w Kenii, rejsy jachtem po Morzu Egejskim oraz swój gabinet w Radiokomitecie wyłożony niebywale luksusową fińską boazerią. Przykrość jedyna na tym polegała, że odpękał później za to kilka lat w więzieniu.

Jako że nas, młodych, którzy jeszcze nie zdążyli się życiowo i zawodowo ustawić, owe luksusy omijały, musieliśmy sobie zastępcze ekstrawagancje wynajdywać. Luksusem w Peerelu były komiksy i to nie jedynie przemycane z Zachodu, ale i nasze, rodzime, polskie historie obrazkowe o partyzantach, milicjantach, żołnierzach, a także wojach Mieszka i Chrobrego, bo – jak wiadomo – popkultura peerelowska prócz funkcji rozrywkowej pełniła nade wszystko obowiązki wychowawcze, a nie było ważniejszego tematu niż atrakcyjne sprzedanie nienawiści do Niemców – sam, czytając te komiksy, fantazjowałem o ich zabijaniu, zarówno jako partyzant, jak i wojownik piastowski, wszystkie pokolenia się na tych historiach wychowywały, stąd spodziewam się, że i może Naczelnik, a na pewno moi rówieśnicy, których sporo wokół Naczelnika i wśród prawicowych tak zwanych dziennikarzy, na tych samych opowieściach się wychowali, te same komiksy czytali i tako samo pragnęli jako partyzanci i piastowscy woje wrogów szlachtować z okrzykiem „Bij! Zabij! Na Niemca!”. Niemieccy rycerze ruszali do boju z okrzykiem „Vörwarts! Gott mit uns!”, a następnie ginęli zaciukani przez naszych wojów, jęcząc „Mein Gott!” – jakkolwiek by się rąbali, zwycięstwo zawsze było nasze.

Nie ja jeden pamiętam ten wymiar peerelowskiego luksusu, zdaje mi się, że tęsknota za peerelowskim luksusem jest siłą napędową bardzo wielu dziś działań, bo cokolwiek by mówić, tamten dziadowski luksus był prawdziwie nasz: prowincjonalny, prostacki, upokarzający, a zatem bezpieczny i łatwy do kontrolowania.

Partia mogła wszystko załatwić i wszystkiego zabronić. I do tego wielu czuje dzisiaj nieprzepartą tęsknotę

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.