Wyrok na miasto

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Springer -

Przez dziesięciolecia wydawało się, że spory o sens powstania warszawskiego przypominać będą awantury między wierzącymi a ateistami o istnienie Boga. Adwersarze nie mogli się zgodzić co do kwestii podstawowych ocen i skutków. Czy na przykład powstanie uratowało narodowego ducha w latach komunizmu, który zmaterializował się w pierwszej „Solidarności”, albo czy klęska 1944 zapobiegła krwawemu zrywowi wolnościowemu w 1956 roku. Wyglądało na to, że już zawsze z naukowej literatury powstańczej Polak będzie brał to tylko, co mu w duszy gra.

Bo była zarówno rzetelna literatura o powstaniu, choć wstrzymująca się od ostatecznych ocen, jak i były książki bezkrytycznie powstanie wychwalające.

Prof. Andrzej Leon Sowa, krakowski historyk, przeprowadził wieloletnią kwerendę aż do spodu: dotarł do wszystkich dostępnych źródeł, rzetelnie zrekonstruował kalkulacje i plany autorów powstania oraz walki powstańców i ich hitlerowskich przeciwników.

Jego monumentalna książka „Kto wydał wyrok na miasto?” (Wydawnictwo Literackie) to kompletne podsumowanie powstania. W sprawie samych walk podtrzymał dotychczasowe ustalenia o bohaterstwie, zaciętości i inwencji naszych żołnierzy.

Do walki z powstaniem Niemcy rzucili zrazu w większości istną wojskową hałastrę, której nikt nie miał odwagi wysłać na front przeciw Armii Czerwonej. Bliżej jej było do zdemoralizowanych band niż regularnych oddziałów. Gdyby uderzyły dywizje frontowe, wszystko skończyłoby się jeszcze w sierpniu.

Nie przynosi to żadnej ujmy powstańczym żołnierzom, ale autorom powstania wystawia świadectwo fatalne.

Wnioski prof. Sowy są wstrząsające: wyżsi oficerowie podziemia, planując akcję w Warszawie, zachowywali się jak małe dzieci w piaskownicy, gdy zakładali, że uda się zaskoczyć Niemców nagłym wybuchem przez konspirację liczącą 20 tysięcy ludzi, albo gdy zakładali, że Stalin, który wymordował pół miliona Polaków, popędzi im bezinteresownie na pomoc, choć podziemie zagrażało jego imperialnym planom. Owszem, odtajnione dokumenty Armii Czerwonej sugerują, że Stalin jeszcze po 1 sierpnia zamierzał zająć Warszawę, ale jego armie połamały sobie zęby na niemieckich dywizjach na przedpolach stolicy. Gdyby w końcu sierpnia 1944 do Warszawy weszły, mielibyśmy wtedy budapeszteński listopad 1956.

Prof. Sowa rozprawia się też z argumentem, że jeśliby dowództwo AK w Warszawie nie dało rozkazu do walki, to żołnierskie doły zbuntowałyby się i same powstanie wywołały – z jeszcze gorszym skutkiem. Argumentacja ta kompromituje wyższych oficerów AK, bo oznacza, że sami uważali swoją armię nie za wojsko, dla którego rozkaz jest jak Biblia, ale za bandy pospolitego ruszenia.

Godzina W była rozkazem zbrodniczym, dowodzi prof. Sowa. Trzeba było zrobić wszystko, by ocalić jak najwięcej cywilów, żołnierzy konspiracji, archiwów, muzeów, bibliotek.

Gen. Władysław Anders najcelniej podsumował powstanie: „Jestem na kolanach przed walczącą Warszawą, jednak sam fakt powstania w Warszawie uważam za zbrodnię. (...) Kilkaset tysięcy zabitych, doszczętnie zrujnowana Warszawa, straszliwe cierpienia całej ludności, zniszczony dorobek kilku wieków i wreszcie całkowite zniszczenie ośrodka oporu narodowego, co dziś szalenie ułatwia zadanie sowietyzacji Polski”.

Konkluzja prof. Sowy jest miażdżąca: „Uważam, że wywołanie powstania w Warszawie to czyn jednoznaczny z wzięciem jako zakładników kilkuset tysięcy cywilnych mieszkańców stolicy”.

Książka prof. Sowy, choć wydana 73 lata po powstaniu, nie jest dziełem spóźnionym, niestety. Wracają stare demony. Zadziwiające, jak ci, którzy najgłośniej deklamują i krzyczą o patriotyzmie, za nic mają życie Polaków i los naszej narodowej spuścizny. Dla nich „walka o narodowy honor” była i jest warta życia dziesiątek tysięcy rodaków. Znów słychać głośne brednie o tym, że prawdziwa niepodległość koniecznie musi być skąpana w rzekach polskiej krwi.

Otóż czasem musi – ale wtedy, gdy walka ma realne szanse na sukces, a kierują nią przywódcy kompetentni i odpowiedzialni, jak w powstaniu wielkopolskim, w III powstaniu śląskim (a wtedy nie rzeki, lecz strumyki krwi płyną). Na pewno nie w militarnych awanturach z góry skazanych na klęskę i rzeź, urządzanych przez dyletantów w mundurach i markowych garniturach.

Najważniejsze jest życie. Bez cierpienia, wbrew wszystkiemu godne, którego autorzy powstania odmówili tysiącom warszawiaków.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.