Bezcenny czas emerytki

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Springer - Filip Springer

Zanim się pojawił, było pusto, cicho i przyjemnie. Poniedziałkowy poranek, jesienna szaruga. Wtedy wszedł on: but wyglansowany, garnitur odprasowany, krawat zaciśnięty pod szyją z precyzją godną kata. Wyglądał, jakby co najmniej z gmachu Giełdy Papierów Wartościowych wyszedł. Nic nie zamówił. Wyjął pióro, otworzył notes na pustej stronie. Czekał.

Czasem, gdy obserwuję czekających, gram w taką grę, że wymyślam, na kogo czekają. Tym razem to było jednak proste. Czekał na ofiarę.

Weszła: drobna, krucha, torebka pod pachą, siwizna na skroniach. W oczach miała pewność siebie, którą – to było dość jasne – wmówiła sobie za rogiem.

Nic nie zamówiła. Tamten zaczął mówić. To był nieprzerwany potok słów, maszynowa seria wystrzeliwana w jej kierunku bez cienia litości. Kurczyła się z każdym jego słowem. On mówił: ubezpieczenia, fundusze, produkty, procenty, waloryzacje, programy, okazja, teraz, nie jutro, trzeba…

– …ale zanim przejdziemy do umowy, prosiłbym o dowód osobisty – zakończył, ujął pióro w dwa palce i stuknął nim o blat.

Na te słowa odzyskała nieco rezon: – A kim pan dokładnie jest? Miał gotową odpowiedź. Oni zawsze mają.

– Takich jak ja jest tylko pięciu w kraju. Mój czas, nie będę tego ukrywał, jest cenny, mam jeszcze dziś dwa spotkania – jego palce ułożyły się w znak V. – Pośredniczę między klientami a firmami ubezpieczeniowymi. Jak pani wie…

– No właśnie nie wiem. Zadzwonili z jakiejś infolinii, z uprzejmości, żeby dali mi spokój, zgodziłam się z panem spotkać, a że czasu mi nie brakuje… A pan się nawet nie przedstawił. Ma pan jakąś wizytówkę? Wyjął błyszczącego smartfona z ekranem wielkości kortu tenisowego, coś tam postukał, pokazał jej.

– Moje nazwisko jest na stronie Komisji Nadzoru Finansowego – powiedział. – Jestem c e r t y f i k o w a n y… Wracając jednak do tego produktu, okno na podpisanie umowy nie będzie otwarte cały czas, najlepiej decyzję podjąć dziś, teraz…

– Pan mi zostawi wizytówkę – przerwała mu. – I ofertę… produktu – to ostatnie słowo wypowiedziała, cedząc przez zęby każdą literę. – Dziś żadnej decyzji podejmować nie będę. Zadzwonię.

– Takich jak ja jest pięciu w kraju – spojrzał na zegarek. – Musi mieć pani tego świadomość, czas to pieniądz, a mój czas… Ze mną się pani nie umówi, trzeba przez infolinię… Ten produkt jest korzystny. A mój czas… – pióro znów stuknęło o blat – …cenny.

– Tak cenny – włożyła torebkę pod pachę – że poświęca go pan zubożałej emerytce? Coś nie za bardzo…

Wstała i wyszła. A jemu, dam sobie rękę uciąć, ten krawat sam z siebie się nieco zacisnął.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.