Aborcja na wesoło, czyli Vega z Duchem Świętym

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Andrzej Wajda ponoć powiedział, że Władysław Pasikowski wie coś o polskiej publiczności, czego on, Wajda, nie wie, a padło to historyczne zdanie w związku z fenomenalną popularnością filmu Pasikowskiego „Psy”. Nie wiem natomiast, co mógłby powiedzieć Andrzej Wajda po obejrzeniu ostatnich dokonań Patryka Vegi, osobliwie jego najnowszego dzieła „Botoks” – myślę, że by oniemiał.

Jeśli ktoś się dziwi, że nagle Polska się tak szokująco zmieniła w ostatnich dwóch latach, to znaczy, że nie oglądał nigdy – mających kilkumilionową publiczność – filmów Vegi, bo gdyby śledził konsekwentnie twórczość tego reżysera, toby może dziwił się mniej. Osobiście stoję na stanowisku, że większość polskich nieszczęść stąd się bierze, że ani politycy, ani publicyści nie oglądają złych polskich filmów, a jedynie telewizje informacyjne oraz czytają portale polityczne, zatem analizują obraz doskonale zafałszowany. Ja nie mówię, że w filmach Patryka Vegi jest prawdziwa Polska, ja mówię, że w filmach Patryka Vegi jest wizja Polski, która dziś akurat zwycięża. W tym sensie obejrzenie „Botoksu”, a także wcześniejszych „Pitbulli” oraz „Służb specjalnych” uznaję za obowiązkowe, zarówno dla polityków, jak i publicystów.

Klucz do zrozumienia opętańczej popularności Vegi tkwi w samych wypowiedziach tegoż. Otóż Vega nieustannie powtarza, że żadna scena w jego filmie nie została wymyślona, każdy w zasadzie dialog jest autentyczny, mówiąc krótko: wszystko, co pokazałem na ekranie, to jest najprawdziwsza prawda, ja jeno owe najprawdziwsze z prawdziwych wydarzenia ubrałem w formę filmu sensacyjnego, a przypadki ludzi wziętych z rzeczywistości powierzyłem zawodowym aktorom.

Jeśliby zatem przyjąć za pewnik, że wszystko, co w „Botoksie” pokazuje Vega, zdarzyło się naprawdę, że Vega pokazuje rzeczywisty obraz polskich szpitali, to oznacza, że lekarze nie leczą nikogo, wręcz przeciwnie – zajmują się wyłącznie mordowaniem pacjentów, a ze szczególnym zacięciem poświęcają się skrobankom. Szpital położniczy to nie jest nic innego jak zakład aborcyjny, skrobiący, że aż furczy, jego ordynator zaś bierze w łapę i nie tylko tuszuje morderstwa noworodków, ale też śmierci pacjentek zamiata pod dywan. Ma się rozumieć Vega nie byłby Vegą, gdyby nie pokazywał z detalami wyciągania płodu i wkładania go do metalowej wanienki, by umarł po paru godzinach, choć niestety niektóre płody są uparte i nie chcą umierać nawet po kilkunastu godzinach: wówczas trzeba gnoja dobić. W ogóle krwi i wnętrzności tu oporowo, niewątpliwie azteccy kapłani z większą subtelnością wyrywali ofiarom serca, niż w Polsce się operacje przeprowadza.

Zaczyna się mocno i wesoło, wszystko to wygląda na doskonały pastisz, Vega w dowcipnej konwencji pokazuje patologię nawalonych nieustannie ratowników medycznych, jeżdżących do bardzo zabawnych, choć potwornych wypadków. Dla wzmocnienia efektu humorystycznego, jak mniemam, bo trudno nie porechotać, jak się widzi scenę, gdy ratownicy przybywają do kobiety doświadczonej skurczem macicy z powodu zbyt intensywnego spółkowania z wielkim psem. Tutaj Vedze chyba ręka zadrżała, jakiś purytanizm go zablokował, bo przecież sceny aborcji bez litości pokazał, a zwykłego psiego kutasa w kobiecej pochwie się przestraszył, jedynie nagą kobietę leżącą obok włochacza nam dając. Szkoda, na więcej liczyłem, tyle że nieco zdezorientowany, czy Vega pastiszem jedzie dla uciechy widzów, czy też zupełnie na poważnie zwyrodnienie służby zdrowia i koncernów farmaceutycznych nam na talerzu pokazuje. Być może w tym wielkość Vegi się objawia, że wyczuć nie można, kiedy parodiuje, a kiedy patosem jedzie, jeśli jednak idzie o moje przeczucia, to z pewnością efekt jeden osiągnie: naród uzna, że lekarze to mordercy.

Jeśliby uwierzyć Vedze, że wszystko, co w filmie, zdarzyło się naprawdę, należałoby też uwierzyć, że najbardziej rozpowszechnionymi przypadkami w szpitalach są pacjenci, którzy coś sobie do odbytu bądź pochwy wsadzili w chwili nieopanowanego podniecenia. W „Botoksie” wszak wsadzają sobie z zadziwiającym zapamiętaniem, nieustannie ktoś się pojawia zakorkowany, że tak powiem, a to dezodorantem, a to siedmioma (!) mandarynkami, a to czymś jeszcze – spamiętać wszystkich przypadków nie sposób. Czemu akurat taka pasja goreje u obywateli – temat do głębszej dyskusji, ale widać, że Vega musi mieć w tej kwestii informacje z pierwszej ręki, a jego rozpoznanie zjawiska jest dogłębne.

Fotosy z tego filmu śmiało mogłyby zawisnąć na mobilnych transparentach antyaborcyjnych, takich, z jakimi pod szpitale podjeżdżają rozmaici fanatycy, bo jest w istocie „Botoks” nie filmem o botoksie i operacjach plastycznych, ale dziełem publicystyki antyaborcyjnej i nawet ja przecież po dwóch godzinach seansu przeszedłem niemal na ultrakatolickie pozycje – wątpliwości nie mam, że się władzy Vega tym filmem wielce przysłużył, żaden film o „wyklętych” nie zrobił tyle dla rządu, ile Vega swoją radykalną komedią.

Jeśli ktoś zniesie lekko nieustanne sceny porodów przyjmowanych przez lekarzy pozbawionych ludzkich uczuć, jeśli wytrzyma nerwowo naturalistycznie sfilmowane aborcje, to i tak wyjdzie z „Botoksu” roztrzęsiony. Ja w takim stanie się znalazłem, że po seansie z przerażeniem wchodziłem do kinowej toalety, zatrwożony, czy nie czyhają tam lekarze przypominający z urody Janusza Chabiora, którzy mnie brutalnie zamordują, w najlepszym razie czy nie poślizgnę się na umierającym płodzie.

Przestrzegam jednakowoż przed lekceważeniem Vegi, radzę Vegę potraktować poważnie, tak jak poważnie trzeba traktować, dajmy na to, Pawła Kukiza. Bo jest Vega najwybitniejszym populistą polskiego kina i miast z obrzydzeniem wymawiać tytuły jego filmów, zastanowić się należy, czemu świat Vegi tak się znakomicie sprzedaje.

Przecież jakbym w film Vegi zupełnie uwierzył, tobym do żadnego szpitala nawet w ciężkiej chorobie nie dał się zaciągnąć. Gdybym uznał, że Vega prawdę mi mówi, nawet do apteki bym nie poszedł, przekonany, że wszystkie tam sprzedawane leki to podróbki z cukru pudru. Gdybym jakiegoś lekarza na swojej drodze spotkał, tobym czym prędzej uciekał w panicznym przekonaniu, że ten chce mnie albo zabić, albo przynajmniej okraść.

W zasadzie jest „Botoks” kolejnym z serii filmów demaskujących różne grupy zawodowe – już w „Pitbullach” sprzedajnych policjantów Vega rozpracował. I jestem sobie w stanie wyobrazić nie mniej brutalny (choć niebywale zabawny) film o sędziach albo, dajmy na to, o nauczycielach, czy kogo tam mamy obecnie na rozkładzie w tym sezonie. Ja mam skłonność do pragnień utopijnych, zatem z przyjemnością bym obejrzał film Vegi o polskim Kościele. Skoro Vega tak znakomity jest w dokumentacji i taką wagę przywiązuje do tego, żeby wyłącznie „fakty autentyczne” w swych dziełach pokazywać, to materiały do filmu o księżach katolickich by znalazł błyskawicznie.

Szkoda jedynie, że tego nie zrobi, bo rozpowiada przecież Vega, że to sam Duch Święty prowadzi jego reżyserską rękę, pod opieką Ducha Świętego swoje filmy kręci. Czego ja wcale nie wykluczam, albowiem od dawna towarzyszy mi mocne podejrzenie, że Duch Święty uwziął się na Polskę i Polaków i nawet protekcja Matki Boskiej niewiele tu pomoże. Bo jeśli w istocie Duch Święty przemawia przez Vegę, to jest jeszcze gorzej, niż można było przypuszczać, i znikąd nie widać nadziei.

Wątpliwości nie mam, że się władzy Vega filmem „Botoks” wielce przysłużył, żaden film o „wyklętych” nie zrobił tyle dla rządu, ile Vega swoją radykalną komedią

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.