Z dwukrotnym rajdowym mistrzem Europy Kajetanem Kajetanowiczem rozmawia Łukasz Długowski

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Silnik, Tłumik, Klatka -

Co to za kierowca rajdowy, który ma chorobę lokomocyjną?

– Nie wiem, też się zastanawiam.

Aviomarin bierzesz?

– Aż tak źle ze mną nie jest. Ale gdy podróżuję jako pasażer albo tyłem do kierunku jazdy, to mam mdłości. Jak czytam książkę czy patrzę w telefon podczas jazdy – też. Pilotem rajdowym nie mógłbym być. Mam ogromny szacunek dla moich pilotów, kiedyś Maćka Wisławskiego, teraz Jarka Barana. Rzucam nimi jak workiem ziemniaków, a oni są nieporuszeni, i do tego wykonują swoją pracę.

Skąd twoja miłość do rajdów?

– Pierwszy raz zabrał mnie tata. Chciał mi zająć jakieś popołudnie podczas weekendu. Nie pamiętam, ile miałem lat, ale byłem jeszcze małym chłopcem. I się zaraziłem. Ta atmosfera… Głośny silnik, tłumik, oklejenie samochodu, hałas, który robi rajdówka, takie prozaiczne rzeczy. Klatka bezpieczeństwa, duże koła, niskie zawieszenie. Ale chyba najważniejsza jest prędkość, z jaką te samochody się przemieszczają.

Twój tata, mechanik, cię zachęcał?

– Co niedzielę jeździliśmy „maluchem” do babci, do wioski pod Ustroniem. Jak wracaliśmy wieczorem i był śnieg, a na drodze ślisko, to wysadzaliśmy mamę pod naszym blokiem i te ostatnie 700 m do garażu tata jechał poślizgami: „maluch” ustawiany bokiem, czasami nas poobracało. Nie robił tego, żeby mnie zarazić, po prostu jego to też jarało. Widziałem, jak się z tego cieszy. Raz czy dwa wjechaliśmy w taki sposób do garażu z mamą, ale więcej już nie chciała. Jak tylko widziała, że jest ślisko, mówiła: „Wy mnie tu wysadźcie, ja już sobie pójdę do domu”. I tata robił rundkę, a czasami i dwie rundki poślizgów. Natomiast z rajdami nie miał nic wspólnego.

Ile miałeś lat, kiedy pozwolił ci wyprowadzić „malucha” z garażu?

– Może 13, ale chyba bliżej 12. To był początek lat 90. Najczęściej pozwalał mi, jak jechaliśmy do babci. Wychodziliśmy po obiedzie, a ja szybko wybiegałem z bloku, żeby otworzyć garaż i wycofać auto. Czekałem na ten wyjazd do babci przez cały tydzień. Oczywiście kochałem ją i lubiłem do niej jeździć, ale najważniejsze było, żeby te kilka metrów przejechać się samochodem. Kiedyś długo marzyłem o tym, żeby mieć rower, BMX-a. Rodzice w końcu mi go kupili i schowali w garażu, oparli o „malucha”, żebym go znalazł przed kolejną podróżą do babci. A ja wszedłem do garażu i odsunąłem rower na bok, żeby wyjechać autem. Byłem tak szczęśliwy, że mogę znowu jechać, że nawet nie zauważyłem roweru.

Ile kosztuje twoja rajdówka?

– Ta, którą jeżdżę – ford fiesta S5 – ponad milion złotych. Cywilną fiestę kupisz już za 45 tys. zł, rajdowa jest innym samochodem. Można powiedzieć, że jest budowana od podstaw. Ale to dopiero początek kosztów.

Co jeszcze?

– Zliczając samochód, przeloty, hotele, personel itd., to kilometr rajdu może mnie kosztować ponad tysiąc złotych.

Ile przejeżdżasz kilometrów rocznie?

– Różnie. Do 230 na rundzie mistrzostw Europy. W tym sezonie mamy osiem rund między marcem a październikiem. Koszty są ogromne i dlatego to jest dla mnie takie duże obciążenie. Odpowiedzialność nie tylko przed kibicami, moim zespołem, który ciężko pracuje, ale również przed sponsorami, którzy za to płacą.

Za wygrane rajdy dostajesz pieniądze?

– W zeszłym roku były nagrody za wygrywanie rajdów, a w tym organizatorzy mistrzostw Europy uznali, że w klasyfikacji generalnej nie będzie. Są puchary. Puchary są dla mnie cenne, ale połowę już oddałem na cele charytatywne albo sponsorom.

A jak sfinansowałeś swój pierwszy rajd?

– Na pierwszy, w 2004 r., dostałem 400 zł, co zabawne – od dilera Hyundaia. Na „maluchu” miałem wielką biało-niebieską naklejkę „Hyundai”. Niestety, nie ukończyłem pierwszego odcinka specjalnego. Naprawa kosztowała mnie znacznie więcej, niż dostałem od sponsora.

Co się stało?

– Nie miałem doświadczenia, ale już chciałem ze wszystkimi wygrać. To był rajd niedaleko mojego domu. Chciałem się pokazać z jak najlepszej strony. Wypadłem z trasy cztery razy, dachując. Z pilotką wychodziliśmy przez dziurę po przedniej szybie. Było grubo. Ale nic nam się nie stało. Samochody rajdowe, dopóki nie uderzysz w coś twardego, są raczej bezpieczne.

Nawet w „maluchu” miałeś klatkę?

– Oczywiście. Klatkę, szelkowe pasy bezpieczeństwa, kubły [fotele kubełkowe], amortyzatory sportowe. To był mocny „maluch”. Myślę, że miał blisko 50 koni mechanicznych.

Jak sobie radziłeś przez pierwsze lata, kiedy nie zarabiałeś na rajdach?

– Rodzice wspierali mnie, ale nie byli w stanie pomóc mi finansowo. Doceniałem każdego partnera, który wsparł mnie nawet niewielką kwotą. Jak już zdobyłem jakiś puchar, to mu go oddawałem. Robiłem zdjęcia oklejonego samochodu z rajdu, oprawiałem je w ramki i z podziękowaniem, ze swoim podpisem, wręczałem prezesowi. Przez 10 lat żyłeś w długach.

– Tak, brałem kredyty w bankach, żeby móc jeździć. To było w stosunku do mojej rodziny absolutnie nieodpowiedzialne. I nawet nie kalkulowałem: kiedyś się uda, odbiję się od dna i wszystko spłacę! Po prostu rajdy zawsze były najważniejsze. Musiałem jeździć, i tyle. Teraz już długów nie mam, ale przez długi czas nie było wiadomo, czy w ogóle z nich wyjdę. Około 2005 r. musieliście sprzedać sklep, który mieliście z żoną.

– Modna Szafa z ciuchami w Ustroniu. Musieliśmy go sprzedać, bo pewnego razu, startując mocnym samochodem – subaru – niestety go rozbiłem. Pieniądze, które miałem od sponsora, nie starczyły. Potrzeba było jeszcze 30 tys., żeby odbudować auto.

I wtedy zerwałeś ze swojego seicenta naklejkę „Modna Szafa”?

– Rzeczywiście, przez pewien czas reklamowałem na swojej rajdówce Modną Szafę. Nie miałem innego samochodu i to seicento było jednocześnie rajdówką i samochodem służbowym. Zamontowałem w nim gaz i przejechałem 120 tys. km. Pojechaliśmy nim na wakacje z Ustronia do Szczecina.

Prawo jazdy pewnie zdałeś za pierwszym razem?

– Po 10 godzinach jazd instruktor powiedział: ty już umiesz jeździć. Oddam ci resztę kasy, ja tu mam dużo pracy z innymi. Ale rodzicom nie przyznałem się, że dostałem zwrot.

Czyli jeździłeś samochodem, zanim zrobiłeś prawo jazdy?

– Miałem dużo szczęścia, że nic mi się nie stało. Bo jeżdżąc bez prawa jazdy z wątpliwymi jeszcze umiejętnościami, próbowałem być kierowcą rajdowym. Co jest kompletną nieodpowiedzialnością. Dzisiaj bym tego nie zrobił.

Dużo miałeś wypadków, odkąd zacząłeś jeździć w rajdach?

– Kilka trochę mocniejszych, wszystkich przez 17 lat rajdów – kilkanaście.

Najgroźniejszy?

– Z Maciejem Wisławskim. Chodził po nim w kołnierzu. To był rajd Subaru Poland Rally w 2008 r., podczas którego rywalizowaliśmy z Francuzem Bryanem Bouffierem, wtedy mistrzem Polski. Byłem znacznie mniej doświadczony od niego, ale chciałem mu pokazać. Byłem podniecony tym, że kibice nie mogą uwierzyć, że walczę z takim kierowcą, choć jadę słabszym samochodem. Skończyło się wypadnięciem z drogi. Walnęliśmy w przepust, taki mostek, przez który przepływa rzeczka. Jedna przewrotka i stanęliśmy. Uderzyliśmy prawym przednim kołem, ale tak potwornie, że odpadły nam koła, a podłoga za moim siedzeniem była pofalowana. Uratowało nas 40 m rur, z których zbudowana jest klatka bezpieczeństwa.

Tobie coś się stało?

– Nic. To był kubeł zimnej wody na głowę. Rajdy uczą pokory.

Jak już walniesz, to jak reagujesz?

– Chcę jechać dalej. Jestem tak zaprogramowany, żeby być jak najszybciej na mecie. Najtrudniej jest, kiedy zaczynasz rozumieć, że tym samochodem, kolego, już nie pojedziemy. Nie na tym rajdzie. Czasami uderzenie jest tak mocne, że samochód nie istnieje: nie ma silnika albo kół. Ale są kierowcy, którzy w szoku próbują go odpalić. Podczas kolejnego rajdu Subaru Poland Rally urwałem jedno koło i piastę na początku odcinka specjalnego. Skończyłem ostatnie kilka kilometrów na pozostałych trzech. Byłem we wszystkich wiadomościach wieczornych.

Podczas Subaru Poland Rally urwałem jedno koło. Przejechałem ostatnie kilka kilometrów na trzech

Ile maksymalnie możesz pojechać?

– Paradoksalnie moja rajdówka nie jest aż tak szybka. W zależności od skrzyni, którą założę: 180 km/godz. – przy krótkiej, a 190 km – przy długiej. Nie potrzebujemy większych prędkości. Istotniejsze jest to, jak ten samochód się rozpędza. I on się łatwiej rozpędza, jak ta skrzynia jest krótsza, czyli ma krótsze przełożenia: w niecałe cztery sekundy do setki. Ale przypominam, że mam silnik 1,6 l, bo takie są teraz przepisy.

O czym myślisz, wchodząc w zakręt z prędkością 190 km/godz.?

– Powinienem myśleć o tym, żeby wjechać w niego optymalnie i optymalnie wyjechać. A kilka razy zdarzyło mi się, że myślałem: czy to się uda? Ale to nie jest dobre, bo zabiera koncentrację.

A o kilkumiesięcznej córce?

– Na pewno więcej myślę o ryzyku, ale poza rajdem. Zanim Oriana się urodziła, byłem wyznawcą teorii, że kierowca zwalnia po narodzinach dziecka. Będąc odpowiedzialnym gościem, powinieneś myśleć o swoich bliskich. Ale na mnie to nie podziałało i teraz staram się to przekuć w motywację. Chcę wygrywać dla niej. Może sobie znalazłem takie wytłumaczenie? Może to jest wygodne, egoistyczne?

Czyli nie zwalniasz na zakrętach?

– Na sześć rajdów, w których jechałem po narodzinach Oriany, w pięciu wygrywałem odcinki specjalne. Nadal jestem liderem mistrzostw Europy. Więc nie, nie zwalniam.

Twoja partnerka nie mówi ci, żebyś przeszedł już na emeryturę?

– Nie, wspiera mnie. I nie narzeka, że jest jej ciężko, a wiem, jak trudno jest wychowywać dziecko. Ja zostaję z córką na trzy godziny i to jest dla mnie wyzwanie. Trudno sobie zaplanować: teraz będę coś tam robić, a dziecko sobie pośpi. Nie, dziecko śpi, kiedy chce, a nie wtedy, kiedy ja chcę.

Wychowanie dziecka jest większym wyzwaniem niż przejechanie rajdu?

– Na pewno.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.