Jeśli zda

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Po Prostu Pociąg Do Polski -

– Mam Kartę Polaka, ale nie mam polskiego pochodzenia – mówi Misza Czerniak. – Pradziadkowie pochodzili z terenów Polski, ale byli Żydami, wyemigrowali przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości.

Siedzimy w tajskiej restauracji w centrum Warszawy. Misza lubi przychodzić tu na lancze. 33 lata, brunet, gęsty zarost. Pracuje dla holenderskiej organizacji zrzeszającej chrześcijańskich aktywistów LGBT. Jest kierownikiem projektów. Ostatni – trening dla liderów wspólnot w Europie Wschodniej. Uczyli się, jak łączyć wiarę i homoseksualność i jak pomagać ludziom, którzy z powodu religii siebie nienawidzą.

Czerniak zna to z autopsji. Kiedy miał naście lat, zorientował się, że jest gejem. Pochodzi z religijnej rodziny, dlatego najpierw postanowił z tym walczyć. Koleżanka z parafii zgodziła się pomóc w „leczeniu”. Gdy miał 19 lat, wzięli ślub, dwa lata później urodziła się córka.

– Kilka lat zajęło mi zrozumienie, że Bóg wcale nie chce, żebym się zmieniał – mówi Czerniak. Dziś otwarcie mówi o swojej orientacji. – Znajomi wiedzą, że jestem gejem, córka też, ma już 12 lat. Tylko rodzice się nie pogodzili, uważają, że to pozbawia mnie zbawienia, czują się winni. Proszą też, żebym nie opowiadał, dlaczego nie jestem z żoną, bo to wstyd.

Pierwszy Polak w rodzinie

Małżeństwo Miszy rozpadło się po sześciu latach. Ona znów wyszła za mąż, on zdecydował się na emigrację. – W Rosji nie mógłbym spokojnie żyć jako gej, na przykład zamieszkać z chłopakiem. Putinowska propaganda rozkręciła histerię, więc to by było niebezpieczne. Nie mógłbym też łączyć mojej orientacji z wiarą.

Rozważał Wielką Brytanię, ale w Polsce bywał regularnie na zaproszenie tutejszej wspólnoty katolickiej. Znał język. W decyzji pomógł mu Paweł z Podlasia, którego poznał na polskim portalu gejowskim. Zaczęli do siebie jeździć. Misza miał wizę turystyczną, z którą mógł spędzać w Polsce 90 dni w ciągu każdego półrocza.

– Początkowo tych dni starczało, ale w końcu musiałem zdecydować: razem czy osobno.

W 2011 roku wsiadł w pociąg i przyjechał do Polski na stałe. Powiedział tylko byłej żonie. Do rodziców napisał później, kiedy już wynajęli mieszkanie.

Pieniądze Misza miał: moskiewskie biuro tłumaczeń, dla którego pracował, płaciło więcej, niż był w stanie zarobić w Polsce. Jednak zdalna praca nie dawała mu prawa pobytu w Polsce, musiał szukać czegoś na miejscu.

– Polska akurat szykowała się do Euro 2012, myślałem, że rosyjskojęzycznej pracy będzie mnóstwo, ale Polacy woleli zatrudnić swoich z kulawym rosyjskim niż mnie. A w innych pracach proponowano mi 2,5 tys. brutto. Nie mogłem się na to zgodzić – mam alimenty, co miesiąc latam do córki do Moskwy.

Wtedy ktoś ze wspólnoty poradził, by zrobił sobie Kartę Polaka. – Zdziwiłem się, myślałem, że to program dla osób z polskim pochodzeniem, ale okazało się, że można dostać kartę, angażując się przez co najmniej trzy lata w działalność polonijną na Wschodzie – wyjaśnia Czerniak.

Polski MSZ określa, jakie organizacje mogą wystawiać zaświadczenia na Kartę Polaka. Jedną z nich jest Federacja Organizacji Polskich na Ukrainie. – Przez trzy lata uczestniczyłem w projekcie kulturalnym, który moja wspólnota robiła z ukraińską wspólnotą należącą do Federacji. Prowadziłem schole dla chrześcijańskiej młodzieży na zachodzie Ukrainy. To wystarczyło, by otrzymać niezbędny papier.

Kolejny etap – rozmowa z konsulem. – Zapytałem, czy muszę się wyrzec innych narodów, bo u mnie to sprawa złożona – mam krew rosyjską, żydowską, szwedzką, ormiańską... Konsul powiedziała, że inne narodowości ją nie interesują. Mam jedynie podpisać, że chcę być Polakiem – śmieje się Misza. Rozmowę Misza Czerniak i Jerzy Czesnowski, nowi Polacy wspomina dobrze. – Zwykła pogadanka, o roli Kościoła w społeczeństwie, były też pytania historyczne. Pomyliłem pierwszą stolicę Polski. Ale konsul udała, że nie słyszy. Zdałem.

Dwa miesiące później Misza opuścił Rosję z kartą w kieszeni. Teraz składa dokumenty na obywatelstwo.

Zakuć, zdać, zapomnieć

Na Ukrainie i Białorusi po Kartę Polaka pod konsulatami wystają kolejki. W ciągu 10 lat istnienia karty na całym świecie wystąpiło o nią 222 tys. osób. Z tego większość na Ukrainie (96 tys.) i Białorusi (105 tys.).

24-letnia Julia ze Lwowa wyrabiała kartę na początku wakacji. O jej polskim pochodzeniu świadczył akt urodzenia babci. Języka nauczyła się w Polsce, w pracy. Zaczynała przy ogórkach i śliwkach, teraz jest kelnerką we Wrocławiu. – Na wsi pracowałam u pana Zbyszka, za 8 zł za godzinę. Nienawidził Ukraińców. Mówił, że powinno się nas na sznurku prowadzić, bo katowaliśmy Polaków – wspomina Julia.

Kartę Polaka postanowiła zrobić, żeby pracować na takich samych zasadach jak polscy obywatele. Na wizie jesteś uzależniony od pracodawcy, który cię zaprosił. On też decyduje, czy zostaniesz w Polsce na dłużej.

Próbowała się umówić na rozmowę z konsulem przez stronę konsulatu we Lwowie, ale wolnych terminów nie było. Zrozumiała, że musi skorzystać z pośrednika. Za 600 hrywien (ok. 80 zł) umówił wizytę w ciągu kilku dni. – Mają specjalny system, który na bieżąco monitoruje wolne terminy. Gdybym sama chciała trafić, musiałabym nie odchodzić od komputera – mówi Julia.

Po miesiącu została przyjęta. – Pierwsze pytanie: „Ile pani zapłaciła za ominięcie kolejki?”. Skłamałam, że nic.

Egzamin Julii wydał się łatwy. – Musiałam opowiedzieć o babci, potem konsul pytał, co to jest tłusty czwartek, kiedy jest Wigilia, dzień urodzin i śmierci Jana Pawła II, kiedy obchodzimy Dzień Niepodległości i Dzień Wojska Polskiego.

– Nie podałabym daty urodzin papieża – zdradzam.

– Miałam kartki z odpowiedziami, dostałam od koleżanki, która zdawała wcześniej. Moja siostra w tym samym czasie przygotowywała się do egzaminu na kartę stałego pobytu. Kładłyśmy dzieci spać i się uczyłyśmy. Nie miałam w notatkach potraw wigilijnych, ale na szczęście byłam na wigilii u polskiej koleżanki.

Julia podpisała oświadczenie, że dokumenty o pochodzeniu są prawdziwe. – Jeśli wykryją, że podrobiłeś, zabiorą kartę.

Nie chcesz się męczyć? Płać

– Ale kto to sprawdzi? Żeby to ustalić, musieliby naprawdę zainteresować się człowiekiem – mówi Lena, studentka pedagogiki. Pochodzi ze środkowej Ukrainy. Ma Kartę Polaka po ojcu. Mama, która już dawno z nim nie mieszka, nie ma. W Polsce Lena jest od ośmiu lat. W ubiegłym roku kombinowała, jak załatwić mamie dokument, który pozwoli jej mieszkać i pracować w Polsce.

– Karta Polaka jest najlepsza – mówi Lena. – Żyjesz w Polsce jak normalny człowiek, nie masz tej całej papierologii. Możesz od razu wnioskować o stały pobyt.

Najpierw szukały z mamą znajomych w ukraińskich urzędach stanu cywilnego, którzy pomogliby zmienić narodowość. Kiedy się nie udało, Lena zadzwoniła do pośrednika – numer dali znajomi. Za wyrobienie karty chciał 500 euro. Kolejny obiecał za 200.

W końcu Lena się nie zdecydowała. – Bałam się, że wyrzucimy pieniądze w błoto. Co mogli nam zaoferować? Podrobiony plastik, który na pewno nie byłby wpisany do ewidencji kart, a więc łatwo byłoby wykryć oszustwo. Co innego, jak ci zmienią archiwalne dokumenty.

Wystąpiła o zaproszenie dla mamy, a ona legalnie wyrobiła sobie wizę. – A teraz w ogóle jest ruch bezwizowy. Wystarczy biometryczny paszport i pieniądze na pobyt w Polsce – mówi Lena – Tylko że po te paszporty też są straszne kolejki. Dlatego ludzie decydują się na fałszerstwa.

Na ukraińskim portalu aukcyjnym znajduję dziesiątki ogłoszeń z dokumentami. Wybieram jedno z polecanych. W ofercie litewskie wizy pracownicze, rumuńskie i bułgarskie paszporty, polskie karty pobytu i Karty Polaka. Dzwonię. Odbiera Jelena. Pytam, czy wyrobi Kartę Polaka komuś, kto nie ma polskiego pochodzenia.

– Oczywiście – odpowiada pewnym głosem. – Ale składać dokumenty będziemy w Kijowie. Tam najmniej sprawdzają.

Jelena tłumaczy, że cały proces wyrobienia karty zajmie pięć miesięcy. Najpierw jej firma przygotuje pakiet dokumentów świadczących o moim polskim pochodzeniu, a potem przeszkoli mnie przed rozmową z konsulem.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.