Z Andrzejem Krakowskim rozmawia Katarzyna Bielas

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Człowiek, Który Zna Wszystkich -

Wyjechał pan w 1968 roku.

– Nie wyjechałem na żydowskich papierach, tylko na ministerialne stypendium do Hollywood. Możemy, tak jak wszyscy w Stanach, być na ty?

Zadzwonił do mnie wiceminister kultury Zygmunt Garstecki, dostali propozycję trzymiesięcznego stypendium do Los Angeles i mogę pojechać, będę przyczepiony do Paramount Pictures. Pierwsza reakcja mojego ojca: „Na nic się nie zgadzaj, coś tu się knuje”, ale potem, już spokojnie: „Właściwie to co ci się może stać? Mamy tam kuzynów, nie dadzą ci zginąć. Dam ci jeszcze Dzidkę”. W rodzinie był ślub, dobry pretekst do krótkiego wyjazdu też dla młodszej siostry.

Po trzech tygodniach naszego pobytu w USA polskie władze, stosując szantaż, zmusiły nas do zrzeczenia się obywatelstwa. Szantaż dotyczył ojca, któremu rozwiązano zespół Kamera i zaproponowano pracę konduktora. Złożył papiery na wyjazd do Izraela. Powiedzieli, że nawet nie rozpatrzą jego sprawy, jeśli my nie odeślemy paszportów. A ojciec zdał już mieszkanie, samochód, wszystkiego się pozbył. Odesłaliśmy paszporty, ojcu dali dokument podróży. Szykanowali go do ostatniej chwili, jeszcze w pociągu do Wiednia chcieli go aresztować. Mnie i siostrze przynajmniej zaoszczędzono upokorzeń.

Nie miałem już obywatelstwa, więc stypendium też się skończyło.

Twój ojciec Józef Krakowski przed wyjazdem był szefem produkcji Kamery, wcześniej dyrektorem Orbisu, kilka razy w randze wiceministra. Podobno w szkole filmowej koledzy nie chcieli się z tobą kumplować, bo byłeś synem prominenta.

– Wcale się nie dziwię. Dziekanem reżyserii był kierownik artystyczny Kamery Jerzy Bossak, dziekanem operatorki – Jerzy Mierzejewski, u którego uczyłem się wcześniej rysunku, malarstwa, w Kamerze ojciec pracował i przyjaźnił się z Munkiem, pracowali tam najlepsi: Wajda, Polański, Skolimowski, Has, Hoffman, Majewski, Lesiewicz, Petelscy… Jako 14-latek byłem na planie „Noża w wodzie”, potem „Naganiacza”, „Pamiętnika znalezionego w Saragossie”… Każdą wolną chwilę tak spędzałem.

Kiedy Munk robił „Zezowate szczęście”, byłem w harcerstwie, któregoś dnia powiedział: „Przyprowadź swoją drużynę”. W scenie w Łazienkach maszeruję razem z harcerzami; nas, czyli drugi plan, reżyserował Romek Polański.

Wielu reżyserów znałem z domu, ze wszystkimi byłem na ty. Znałem świat, który dla kolegów był krainą marzeń. Trzeba pamiętać też, że w wyniku zmiany przepisów dopiero od mojego roku do szkoły filmowej można było zdawać po maturze, wszyscy oprócz Andrzeja Titkowa, byli o kilka lat starsi, już po studiach.

Zresztą rok 1968 był najlepszym sprawdzianem, tylko dwie osoby z tych, które uważałem za bliskie, nie zerwały ze mną kontaktu – Wojciech Marczewski i Janusz Zaorski. Za to potem, kiedy zacząłem robić filmy w Stanach, miałem w Polsce mnóstwo przyjaciół.

Kiedy miałem zacząć studia w American Film Institute, łódzka szkoła potwierdziła moją edukację dopiero po awanturze zrobionej przez telefon przez Stanisława Wohla, z którego synem studiowałem.

Opowiedz o ojcu.

– Był sierotą. Urodził się w 1914 roku w Breslau, w Niemczech, a jego młodszy brat w Koniecpolu, między Częstochową a Łodzią. Pochodzili z olbrzymiej rodziny Krakowskich, w której było wszystko – bogactwo i bieda, religijność, ortodoksja i asymilacja, wykształcenie i kompletny brak edukacji.

Po wczesnej śmierci rodziców ojciec został sam, musiał zarabiać, więc jako dziewięciolatek poszedł do Hotelu Kupieckiego w Częstochowie nosić walizki. Jego brat, którym na początku zaopiekowali się sąsiedzi, katolicy, wyuczył się na szewca. Ojciec uważał ich potem za rodzinę, dzieci za rodzeństwo.

Dziwne, że wasza rodzina się twoim ojcem nie zaopiekowała.

– To prawda. Szczególnie że zgodnie z tradycją żydowską, kiedy umiera matka, która ma niezamężną siostrę, to wdowiec powinien ją poślubić. Ale siostra mojej babci była nieładna, jąkała się i tak się nie stało. Chłopcy zostali sami.

W hotelu była przerzutówka komunistyczna, punkt kontaktowy, ojciec wcześnie zaczął komunizować, został działaczem. Przeniósł się do Łodzi, potem siedział z Gomułką w jednej celi w Sieradzu, przed wojną ożenił się, miał dzieci. Olbrzymia część z nas, emigracji ’68, pochodzi z drugich rodzin, bo pierwsze poginęły. Nasi rodzice założyli nowe, mieli dzieci, a po 20 latach powiedziano im: „Won!”

W 1939 ojciec wylądował we Lwowie, pracował w fabryce, działał w związku zawodowym lakierników, w 1941 Rosjanie ich ewakuowali, podjechały ciężarówki, zabrały działaczy komunistycznych i wojskowych, ale nie pozwolili zabrać rodzin, które pierwszym transportem pojechały do obozu zagłady. Żonie Edzi Szpicberg i dwójce dzieci ojciec nie miał nawet szansy powiedzieć „do widzenia”.

Był w Armii Czerwonej, potem w Armii Andersa, Aleksander Wat opisywał, jak ojciec z Broniewskim tam jechali. Kiedy Armia ewakuowała się przez Morze Kaspijskie, w ostatniej chwili wysadzono 47 oficerów i podoficerów Żydów: „Wy z nami nie jedziecie”. Ojciec przez Taszkient wrócił do Moskwy, skierowali go do I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, został jednym z dowódców batalionu szturmowego, w którym większość stanowili dąbrowszczacy. Potem organizował partyzantkę, zrzucano go trzy razy do lasu, kiedy wyzwolono – albo zajęto, zależy jak na to patrzymy – Chełm i Lwów, był dowódcą największego zgrupowania partyzanckiego na Lubelszczyźnie, brygady im. Wasilewskiej i Grunwaldu, które połączono.

Długa historia…

– Ja to bardzo skracam. Gomułka i Bierut podjęli decyzję, że wszyscy w mundurach idą na Berlin, a aparat władzy będzie budowany przez partyzantów, ojciec został dowódcą batalionu ochrony rządu z zadaniem budowania bezpieki, był tym, który jeździł od miasta do miasta, zatrudniał ludzi, dawał broń, tak że na tych cudnych wystawach IPN „Twarze bezpieki” mój tata powtarza się najczęściej. Powiedzieli mu, że to praca na sześć tygodni, a trwało to prawie trzy lata. Wyrwał się, został pierwszym po wojnie dyrektorem Orbisu. To było zesłanie za to, że nie chciał nacjonalizować rzeźników.

Orbis w Warszawie to zesłanie?

– Ale jaki to był Orbis! Jedyny budynek, który stał, to Hotel Europejski, ale Rokossowski zabrał go na siedzibę sztabu generalnego. Ojciec zaczynał od zera.

W 1956 pokłócił się z Gomułką, powiedział mu, że otacza się oportunistami, ludzie, którym daje władzę, to nie komuniści i pięć lat wcześniej go sypali. Gomułka dostał odpału, byłem przy tym, jak na ojca wrzeszczał, w Zakopanem.

Wkrótce go aresztowano. Któregoś dnia po prostu wyszedł z domu i nie wrócił, a kiedy po kilku miesiącach się pojawił, był kompletnie siwy. Nigdy nie chciał powiedzieć, co się działo na Rakowieckiej.

Chciał potem wyjechać do Kanady, ale się nie udało. Tam też była część rodziny, która uratowała się z Holocaustu, ojciec ich wszystkich odnalazł zaraz po wojnie, odkarmił, dał paszporty i powiedział: „Wyjeżdżajcie”. Ostatni, młodszy brat dziadka Dawid Krakowski wyjechał po pogromie kieleckim, który był w 1946 roku. Był chasydem, miał chałat, pejsy, brodę, jarmułkę albo czarny kapelusz, oczywiście szykanowano go na ulicy.

To teraz o twojej matce.

– Była córką Tekli Borowiak, łódzkiej rewolucjonistki, po wojnie na Widzewie była szkoła jej imienia, tablica pamiątkowa, do tej pory jest ulica, jeszcze jej nie zdekomunizowali.

Dziadek był telefoniarzem, zakładał telefony, był pół Niemcem, pół Polakiem, przeżył. Babcia została aresztowana w czasie wojny, a potem oblana benzyną i spalona przed szeregiem więźniarek, żeby się nie organizowały w ruch oporu w Birkenau. Mama przeżyła w Łodzi dzięki niemieckiej aptekarskiej rodzinie Szyrmerów, przechowali ją pod jej własnym nazwiskiem Henia Borowiak.

Mama pracowała w MSZ, w handlu zagranicznym, potem w Polskim Radiu, była dziennikarką, redaktorką, korespondentką, m.in. w Szwajcarii, Belgii, Francji. Zmarła wcześnie, w 1965 roku, na raka, ważyła 27 kilogramów.

Kiedy nie wyszło z Kanadą, rodzice zastanawiali się, co robić, i wtedy przyszła propozycja pracy dla ojca jako wiceprzewodniczącego Centralnego Urzędu Kinematografii. Odmówił, nie chciał być na stanowisku podlegającym KC. Tydzień później przyjechali do nas do domu Aleksander Ford, którego znał z 1. Dywizji, Stanisław Wohl, Jan Rybkowski i zaproponowali mu pracę szefa produkcji zespołu filmowego Studio.

Jaki miał związek z filmem?

– O to samo zapytał. Staś Wohl powiedział: „Filmu to my cię w trzy tygodnie nauczymy, nam jest potrzebna ta reszta, organizowanie, kontakty, ty możesz zadzwonić do Gomułki i powiedzieć: »Wiesław, ja chcę, żeby ten film powstał«”.

Z Fordem pokłócił się jednak o jego zgodę na zapółkowanie dwóch filmów według będącego na indeksie Marka Hłaski. Ford, choleryk, przyjechał do nas zielonym mercedesem i zaczął się na ojca wydzierać, ojciec wykrzyczał mu: „Kiedyś byłeś odważny, co się z tobą stało!”. I odszedł z zespołu. Wkrótce został szefem produkcji Kamery, pracował tam aż do 1968 roku, do rozwiązania zespołu.

U nas w domu bywali nie tylko filmowcy, ale i artyści, też zagraniczni, tacy jak Picasso, Neruda czy Diego Rivera. Ojciec poznał ich wcześniej, jako szef Orbisu. Był w Polsce ich gospodarzem, miał wszystkie apanaże, szofera, samochód. Ponieważ nie było dobrych hoteli, różni ważni, znani ludzie u nas przemieszkiwali.

Nasz dom był jak wielki tramwaj, przednim wejściem ludzie wsiadali, a tylnym wysiadali. Kiedyś wchodzę, na kanapie leży facet, twarz ma zakrytą gazetą – to był Yves Montand, którego tata przywiózł z występu na Żeraniu, gdzie go wygwizdano.

Gdzie mieszkaliście?

– Dość daleko, na Bielanach, na Cegłowskiej 38 m. 1, w dwurodzinnej willi, którą ojciec i jego przyjaciel Ludwik Zagórski dostali na mocy dekretu Bieruta. Dom był wypalony, jak wyliczono, w 68 procentach. Odbudowali go, 20 lat byli zwolnieni z czynszu, potem dopłacili różnicę i mogli wykupić – akurat w 1968 roku.

Na górze, u Zagórskich, było podobnie, otwarty dom, grano w brydża, Zagórski był w Hiszpanii, odwiedzali go dąbrowszczacy.

Pod względem towarzyskim moje dzieciństwo było niezwykłe. Z drugiej strony gdybym dziś miał je określić jednym słowem, byłoby to „znikanie”, bo przyjeżdżali do nas też inni Żydzi, żeby się pożegnać. Różnie wyglądali, często mówili w innym języku, rabin dał mi klaser ze znaczkami. W 1956 była duża fala wyjazdów.

W domu mówiło się o przeszłości?

– Zawsze wiedzieliśmy, kim jesteśmy, zresztą sąsiedzi nas zdefiniowali. Ich dzieci wołały – Mosiek, Srul, Jojne, chodź na wojnę. Kiedyś siostra przyszła spłakana, bo w autobusie kazano jej wstać, bo „to są miejsca dla Polaków”. Miała dziewięć lat.

Holocaust był częścią narracji, ojciec dużo mówił o rodzinie, która zginęła, nad łóżkiem mojej siostry powiesił ich fotografię.

Rodzice powtarzali nam, że wprawdzie mają wysokie stanowiska, ale przyjdzie taki dzień, że nas z Polski wyrzucą, bo jesteśmy Żydami.

Do siódmego roku życia miałem koszmary nocne, budziłem się z wrzaskiem, czasami moczyłem łóżko. To był zawsze ten sam sen, że chowam się z siostrą pod schodami i widzę podeszwy wojskowych butów. Lekarz, do którego trafiłem, kazał mi je narysować, więc narysowałem spody butów z wybitą gwoździami literą V. Takie buty nosiły wojska Stroopa, które pacyfikowały warszawskie getto. Nie miałem skąd tego wiedzieć, nikt z rodziny nie był w warszawskim getcie, nikt nie ukrywał się pod schodami. Nie było zdjęć, rysunków. To jest zagadka, której logicznie nie da się rozwiązać.

Jak w Stanach przyjęła cię rodzina ojca?

– Była u nich dosyć antypolska atmosfera, przeżyli łódzkie getto, Auschwitz, ojciec ich odnalazł, odkarmił i wysłał za granicę w 1946 roku. W ich pamięci Polska była zrujnowana, to, co polskie, było wrogie, źle się kojarzyło. Spodziewali się, że przyjadą do nich zabiedzone chasydzkie dzieci. My z kolei przyjechaliśmy z obrazem Ameryki, który nam w Polsce w szkole wbito do głowy: Żydzi są bogaci, Murzyni są biedni, a na ulicach jest pełno kowbojów. Kuzyn pokazywał na ulicy nowego lincolna continentala, pytając, czy coś takiego widzieliśmy. Nie zdawał sobie sprawy, że nasz ojciec miał jeden z dwóch prywatnych mercedesów w Polsce, myśleli, że mieszkamy w drewnianych chałupkach bez podłóg. Zawozili posiłki w menażkach do przytułku dla biednych Żydów w Los Angeles – to z kolei dla nas był szok. Kiedyś listonosza wziąłem za kowboja. Mity padały w szybkim tempie, jeden po drugim.

Długo tam nie mieszkaliśmy, bo koło siostry zakręcił się Marek Niziński, dwa razy starszy od niej fotografik, alkoholik, co zbulwersowało moją rodzinę. Na dodatek zjawił się u nich z wielkim krzyżem na szyi. „Jak mogła nam coś takiego zrobić!” – powiedziała kuzynka i kazała nam się wynieść.

Znałeś jeszcze kogoś?

– Kiedy przyjechaliśmy, Roman Polański wydał z tej okazji przyjęcie, przyszedł cały polski „satyrykon”. Była tam spora grupa polskich artystów, którzy znali ojca – Marek Hłasko, Jerzy Abratowski, Janek Chęciński, znany tancerz Stefan Wenta, ale tylko z Polańskim i Komedą byłem zaprzyjaźniony, tylko oni też mieli zajęcie. Abratowskiego, Nizińskiego nie znałem w Polsce, Warsa i Kapera widziałem raz w Warszawie, musiałem coś od nich odebrać, Hłaskę widziałem raz, z daleka. Marek pracował w Los Angeles u ojczyma Heńka Grynberga w sklepie monopolowym, ale jak zaczęło znikać za dużo alkoholu, to go wyrzucili.

Nie miałem na nic czasu, musiałem wykształcić siostrę. A oni balowali, wszyscy mieli problem z alkoholem. Trzeba pamiętać, że byłem młodszy od nich, mieli pod czterdziestkę, a ja 21 lat. Nie mogli mi pomóc.

Z tego, co wiem, to ty w ogóle nie pijesz.

– Ani kropli, mam alergię, o czym przekonałem się już na koloniach letnich w Polsce.

Z tego powodu musiałem odwozić pijanych. Dzwoniono do mnie o 11 w nocy, żebym przyjechał po Hłaskę, bo się pobił z jakimiś Irlandczykami i czeka, żeby ktoś go odebrał z policji.

Dzień przed Bożym Narodzeniem w 1968 zadzwonił pijany Niziński, że Krzyś Komeda, który od jakiegoś czasu bardzo źle się czuł, leje mu się przez ręce. Musiałem pędzić, by zawieźć go do szpitala. Lekarz nic nie stwierdził. Zapytałem Krzysia: „Czy powiedziałeś, żeś się walnął w głowę podczas Columbus Day?”. On: „Nie, to są lekarze, sami się dokapują”. To były jego ostatnie słowa.

Znalazłeś pracę?

– Na początku w firmie Towncraft, która robiła metalowe półki, należącej do przyjaciela moich kuzynów Szmula Salzberga, który przyjechał z Izraela, mówił po polsku słabo, nauczyłem się od niego sporo jidysz. Mieszkałem w zachodnim Los Angeles, firma była na drugim końcu miasta, daleko, musiałem jeździć ze Szmulem o 5 rano i wracać, kiedy on sobie zażyczy. I znów, tak jak w szkole filmowej, szef mnie nie lubił, bo byłem pupilkiem właściciela. Problem rozwiązałem tak, że zacząłem spać na tych metalowych półkach.

Kiedyś szef zapytał: „Ciężarówkę prowadzić umiesz?”. Myślałem, że mówi o pick-upie, a to był kolos, 16 kół, wyjechałem jakoś z parkingu, skręciłem, żeby zniknąć mu z oczu, i zadzwoniłem do Hollywood, do Hłaski, który oczywiście pił. Źle słyszałem, a on darł się: „Double clutch, double clutch”. Dwie klacze? Nie rozumiałem, a chodzi-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.