Łowcy umysłów z Ministerstwa Kultury

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Po krótkim, acz intensywnym okresie obcowania z najnowszym polskim kinem, także tym święcącym triumfy na ostatnim festiwalu w Gdyni, fizycznie wyczerpany oraz intelektualnie zmiażdżony próbowałem doprowadzić się do równowagi za pomocą dobrze nakręconych, świetnie zagranych oraz zbudowanych na precyzyjnych scenariuszach serialach jak najbardziej niepolskich.

Nie planuję tu dawać szczegółowych opisów udręki w trakcie oglądania filmów „Wieża. Jasny dzień”, „Pomiędzy słowami” czy „Człowiek z magicznym pudełkiem” (choć do tej porażki artystycznej czuję sympatię), zważając na to, że przede mną przecież jeszcze kilka dzieł, które ogólny krajobraz nowego polskiego kina mogą diametralnie zmienić. Praca moja wciąż nieskończona, zatem i na podsumowania nie ma miejsca. Nie czuję nawet szatańskich podszeptów, by dokonać brutalnego mordu recenzenckiego na przerażająco nudnym thrillerze „Ach, śpij, kochanie” – a byłoby nad czym zwierzęco się znęcać, to wzorcowy przykład filmu, który sam nie wie, czym chce być, i nie ma pojęcia, po co został nakręcony, natomiast pozostaje doskonałym dowodem na to, że nawet kapitalną historię autentycznego seryjnego mordercy da się schrzanić mistrzowsko.

Ja najzwyczajniej szukam ukojenia i odpowiedzi na pytanie, czemu jest tak źle, skoro jest podobno tak dobrze. Jako że mam za sobą także lektury przepełnionych zachwytem recenzji z filmów, które mnie w zupełne przeciwieństwo zachwytu wprawiły, jako że przeczytałem z osłupieniem nawet ekstatyczne komentarze, że oto rodzi nam się nowa „szkoła polska”, postanowiłem przypomnieć sobie teksty całkowicie w wymowie odmienne.

W tym celu zanurkowałem w śmietniku, by wygrzebać z makulatury gazety z minionego miesiąca, i szczęśliwie znalazłem pochopnie wyrzucony egzemplarz „Dziennika. Gazety Prawnej” z 20 października, gdzie minister kultury Piotr Gliński tłumaczy przyczyny miernego poziomu polskiej kinematografii. Przyznaję, że z niejaką konfuzją musiałem zgodzić się z pewnymi diagnozami ministra, ale całe szczęście na słuszne pozycje sprowadziły mnie natychmiast wyznania wicepremiera, że najlepszym remedium na złe polskie filmy artystyczne jest kręcenie złych polskich filmów patriotycznych.

W wywiadzie pod kokieteryjnym tytułem „Nie jestem cenzorem” minister Gliński ujawnił kilka szokujących prawd o lewackim środowisku pseudoartystycznym, ale nade wszystko ujawnił prawdę o sobie: nie chodzi ani do kina, ani do teatru. Ujawnił nie aluzyjnie, ale dosłownie: jako minister kultury nie ogląda dzieł kultury, ponieważ nie ma na to czasu. Natomiast – co nie zaskakuje – ma wyrobione zdanie na temat filmów, których nie widział, i ja to na swój sposób szanuję. Szanuję, a nawet zazdroszczę, bo ja, aby wyrobić sobie zdanie o najnowszych polskich produkcjach, musiałem je obejrzeć.

Piotr Zaremba, który rozmowę przeprowadził, dziennikarz sprzyjający z całego serca Glińskiemu, jako i całej „biało-czerwonej drużynie”, usiłuje wydusić z wicepremiera, że może jednak jakieś filmy widział, podsuwa mu podpowiedzi, że przecież „Wołyń” świetny. Minister mówi, że w istocie „Wołyń” to kawał kina, choć żadnej poszlaki nie podaje, że naprawdę mógł widzieć. Zaremba rzuca tonącemu brzytwę, przypominając, że Smarzowski właśnie kręci film o pedofilii w Kościele – o czym wie każdy, kto coś z polskiej kinematografii kuma. Niestety Gliński dziwi się: „Nawet o tym nie wiedziałem”. Dzięki Bogu, można dodać, bo przynajmniej Smarzol zdąży zdjęcia skończyć, zanim minister kultury wkroczy, by bronić wartości chrześcijańskich.

Z całego wywiadu jasno wynika, że jedyną szansą na naprawę polskiego kina jest przerzucenie kasy z niedobrych niepatriotycznych filmów na niedobre patriotyczne, bo „jeśli nawet są to filmy »średnie«, nie pozbawione błędów, to przecież wiele gorszych gniotów mogło liczyć na wsparcie”. Minister utyskuje nad pustką ideologiczną i „konformizmem myślenia” filmowców, tworzących lewacko zideologizowane dzieła (których nie oglądał), lecz remedium na to widzi w innym, dobrym rodzaju konformizmu: gdyby „Smoleńsk” i „Wyklęty” dostały dofinansowanie od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, to mimo iż nie byłyby przez to lepszymi filmami, to przynajmniej byłyby filmami dofinansowanymi, dzięki czemu kasy by zabrakło dla filmów niepatriotycznych oraz niemartyrologicznych. „Wbrew zachwytom niektórych dostajemy stosunkowo niewiele nagród na międzynarodowych festiwalach”. „Smoleńsk” i „Wyklęty”, gdyby dostały dofinansowanie państwowe, to by zdobyły nagrody na międzynarodowych festiwalach? Cannes, Wenecja, Berlin, Toronto czekają, aż im zamiast lewackich filmów artystycznych wyślemy martyrologiczne „nie pozbawione błędów”? Nie spodziewam się. W istocie przecież nie idzie o to, aby nowe kino patriotyczne było dobre artystycznie, ale o to, aby było go dużo, a za to nie było niepatriotycznego kina. Widzę tu dla siebie mocne felietonowe szanse, choć nie widzę szans na dobre filmy.

Czas na moje wyznanie: też bym chciał nie chodzić do kina, bo oglądanie filmów wymaga nie tylko czasu, ale i zaangażowania intelektualnego. I też bym wolał uprawiać politykę, do uprawiania polityki żadne obycie w kulturze nie jest potrzebne, nawet jak się jest ministrem kultury. Niestety – los sprawił, że chodzę do kina, a nawet chodzę do teatru, gorzej, jeszcze gorzej: czytam książki. Jedyne, co mogę zrobić, to złożyć deklarację, iż będę zabierać ze sobą ministra Glińskiego na polskie filmy. Uroczyście przyrzekam, że będę go przemycał w lewackim przebraniu na pokazy prasowe, zabierał jako osobę towarzyszącą na premiery, a jeśli woli oglądać w komforcie pustej sali – brał go na poranki w dni w powszednie, a także mogę nawiedzać go w samym ministerstwie ze stosem płyt z polskimi filmami ostatnich lat – jest tego dużo, jest co oglądać, minister załatwi kawę, herbatę, ciasteczka, ja zaś strawę duchową. Bo dlaczego ja mam sumiennie biegać na niemal wszystkie polskie filmy, a minister na luzie odpuszcza swoje powinności?

Mogę też ministrowi polecać seriale, także seriale polskie, niewątpliwie z kilku polskich seriali mógłby się czegoś dowiedzieć o kraju, którego jest ministrem, ale i również seriale zagraniczne, których premiery staram się monitorować. W nowym serialu Davida Finchera (do wiadomości ministra: amerykański reżyser) „Łowcy umysłów”, poświęconemu komórce FBI, która w latach 70. zabrała się do badania mrocznych umysłów seryjnych morderców, padają bardzo ciekawe zdania, które ministrowi obecnego rządu chętnie zadedykuję. Odpuszczam tu nawet przywoływanie dość banalnych refleksji, jakie z ust agentów federalnych padają, że politycy u władzy, na podobieństwo narcystycznych artystów, swoje monstrualne ego karmią wyłącznie pragnieniem sławy, że w istocie trzeba być socjopatą, aby w państwie najwyższe urzędy pełnić. Co innego jest tu ciekawe w tej precyzyjnej opowieści o badaniu psychopatycznych morderców. Mianowicie gdy rośnie polityczne napięcie, gdy niepewność ludzi co do przyszłości sięga granic, kiedy władza staje się opresyjna, kiedy ci, którzy powinni nas chronić, zajmują się straszeniem nas, gdy wśród obywateli piętrzą się uprzedzenia i nienawiść – poziom przestępczości strzela w górę, osobliwie brutalnych zbrodni, a maniacy i psychopaci wychodzą na żer, by czynić swoje szatańskie obrzędy.

Do uprawiania polityki żadne obycie w kulturze nie jest potrzebne, nawet jak się jest ministrem kultury

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.