Reporter czyta

Stare wina i kwasiory

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Tochman - Jacek Hugo-Bader

To książka o dorastaniu. Dla mnie bynajmniej – powiedziałaby pewnie większość jej bohaterów, bo oni z peryferii. Ale nie tych geograficznych, dalekich od centrum miasta albo bliskich granicy kraju, ale społecznych – bo mieszkają daleko od centrum świadomości obywateli naszego kraju. Chociaż miejscem ich „stałego” pobytu może być peron Dworca Centralnego w Warszawie.

A więc „Peryferyjczyk” Marcina Kołodziejczyka (wyd. Wielka Litera) to dla mnie zapis wyrastania. Najpierw Marcin wyrósł z bulwarowego „Expressu Wieczornego”, w którym zaczynał jako reporter, a potem z „Życia”, co znaczyło, że dorósł do „Polityki”. W tej książce są jego teksty z tych trzech pism, które publikował przez 23 lata. Reporterzy „Wyborczej” mieli zupełnie inne biografie – rośli razem ze swoją gazetą. To czas dla każdego reportera nieunikniony, przejście od amatorstwa do zawodowstwa, od wagi piórkowej, niekiedy koguciej, do ciężkiej i superciężkiej, od partaczenia do reportażu literackiego, od „Ekspresiaka” do „Polityki”. Tego procesu nie da się przyspieszyć, nie da się skrócić, zrobić eksternistycznie, przeskoczyć ośmiu lat w dwa semestry – musisz to przeżyć, odpękać, przecierpieć. Potrzebny jest czas, bo są sprawy, których bez upływu czasu nie dosięgniesz. W tej chwili do głowy przychodzi mi pokora, o której nigdy nie będziesz miał pojęcia, jeśli twoje własne życie cię jej nie nauczy, jeśli twoje własne, osobnicze, prywatne życie nie nasączy się treścią.

Myślę, że męczyć się nad opisywaniem cudzego życia możesz dopiero wtedy, kiedy odpowiednio namęczysz się nad swoim. Uwielbiam obserwować, jak przepięknie starzeją się polscy reporterzy, jakie cuda robi z nimi upływ czasu, że aż sama pcha się pod pióro metafora ze starym winem, gdyby nie to, że wyświechtanych metafor reporter powinien unikać jak zarazy. A nawet jak przymiotników. Tym bardziej że stare wino często okazuje się kwasiorem, bo i takie reporterskie biografie znam.

Marcin Kołodziejczyk pokazuje swoje dorastanie bezwstydnie, pokazuje, jak z brukowego łowcy sensacji i osobliwości wyrasta na „Homera polskiej prowincji”. Przepraszam za egzaltację, ale nie jest moja – to Julian Tuwim wymyślił, żeby Stefana Wiecheckiego nazywać „Homerem warszawskiej ulicy”, a przecież Wiech i Kołodziejczyk obaj z „Ekspresiaka”, tyle że w innych czasach, jeden w gwarowym felietonie robił, a drugi w reportażu, ale obaj jakby o tym samym. Obaj to uliczne wycieruchy, rynsztokowi badacze, opowiadacze niesłychanych banialuk, niestworzonych historii. O facecie, który nadał siebie paczką, albo takim, który siebie zamurował, o notorycznym koniokradzie, o kochankach Kaśki, którzy zaciukali jej męża, o nieboszczyku w jeziorze, Gośce, która z trójką dzieci zaginęła w wirtualnej rzeczywistości, rodzinie, którą górnik strzałowy z kopalni Knurów wysadził w powietrze, i kamienicy, która oparła się powodzi. I o Marszu Niepodległości w Warszawie, w którym popylają bohaterowie Kołodziejczyka i krzyczą: „Polska dla Polaków!”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.