Piękna sprawa

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Chciałam się z panem podzielić czymś pięknym. Czytam i widzę, że pan nie osądza, a w tej sprawie łatwo o obrzydzenie. Choć dla mnie jest to piękna sprawa. Gdy skończyłam 36 lat, dzień po moich urodzinach mąż zginął w podróży służbowej, samochód wpadł w poślizg. Myślę, że gdzieś tak dopiero po czterech latach doszłam do siebie. Tata mój bardzo mnie wspierał, mimo że już 12 lat mieszkał w innym kraju.

Na szczęście blisko, bo 100 kilometrów ode mnie, w Ostrawie. Proszę nie pisać nazwy mojego miasta, bo łatwo tutaj o potępienie. Do 21. roku życia mieszkaliśmy wszyscy razem: mama, tata i ja, ale mamusia zmarła. Tata poznał Czeszkę. Wyprowadził się do niej i został. Przez pierwszy rok po śmierci mojego męża nie było weekendu, żebyśmy się z tatą i Markétą nie spotykali. Zwierzyłam się im z okropnej myśli. Dopadała mnie przed snem. Obrazek: mój mąż pod ziemią. Widziałam, jak wygląda w trumnie drugiego dnia, jak po miesiącu, jak po roku. A jak po trzech latach. Obrazy mnie dopadały i nie mogłam ich wyłączyć. W ciągu dnia mówiłam: Boże, spraw, żeby o tym nie myśleć przed snem. Udawało się tylko, kiedy brałam tabletkę na sen, ale nie można bezkarnie kilka lat zasypiać na lekach.

Mniej więcej pięć lat po śmierci męża przestały mnie te wizje nachodzić. Mózg się uwolnił. Może to normalny proces, a może dlatego, że tata zastosował eksperyment. Spytał: jak myślisz, jak teraz wygląda twój Andrzej? Ja na to, że dokładnie nie wiem… A ja wiem, mówi tato. Szkielet się już rozpadł, bo rozpada się mniej więcej między czwartym a piątym rokiem po pochówku. Kości się rozpuściły, bo na Śląsku jest bardzo dużo deszczu, który zawiera dwutlenek węgla, i on kości rozkłada. Może jeszcze tylko nie znikły zęby, one potrafią przetrwać bardzo długo.

Okazało się, że tata z powodu mojej przypadłości przeczytał wszystkie publikacje medyczne, jakie na ten temat znalazł. Zapewniam cię, powiedział, że już żaden robak Andrzeja nie je. Jeszcze po roku różne chrząszcze i muszki miały z niego pożytek, mógłbym ci dokładnie wymienić, dla kogo był pokarmem, ale dawno go opuściły. Tato, jak „go” opuściły, przecież to już nie jest on! Myślę, że to zdanie chyba mnie uspokoiło wewnętrznie. Na to tata: jedynym sposobem, żebyś, córcia, drugi raz tego nie przeżywała, jak ja umrę, jest kremacja.

Nic mnie nie będzie jadło, chcę od razu być prochem, powiedział. Minęło od tego momentu siedem lat. Tata zmarł dziesięć miesięcy temu, dostał udaru z natychmiastowym skutkiem. Kupiłyśmy piękną urnę drewnianą przez internet. Były metalowe i kamienne, ale chciałyśmy ciepłą, przyjemną, żeby można było drewno gładzić ręką. Odebrałyśmy tatę z krematorium i pojechałyśmy do domu. W Ostrawie nie pozwolili nam dotknąć ciała ani się przytulić.

Nie mają takich możliwości w przepisach.

Dlatego postanowiłyśmy z Markétą: najpierw tata będzie u niej, to znaczy urna, a potem u mnie. Ona da mi znać, kiedy mogę ją wziąć do Polski, a potem odwiozę i zrobimy pogrzeb. Siostra taty i jej dzieci były zgorszone. Jesteś bez serca!, powiedziała ciocia, trzymać go w domu… Nie ma pan pojęcia, jak się cieszyłam, że chociaż w takiej formie mogę go mieć przy sobie. Ile czasu chcę! Pamiętam, jak trzy dni przed śmiercią powiedział: następny weekend, córcia, u ciebie. Masz, tato, przedłużony weekend u mnie, mówiłam każdego dnia rano. Stał na stole. Kiedy robiłam kolację, mówiłam mu, co będę jadła. Kiedy przeglądałam nasze zdjęcia z mamą, tłumaczyłam mu, kto jest na zdjęciach.

Kiedy włączałam płytę, zapowiadałam: a teraz dla pana Zbigniewa śpiewa Hana Zagorová! Płakałam i żadni obcy ludzie nie musieli mnie oglądać. Odwiozłam urnę do Ostrawy po dwóch tygodniach. Pochowałyśmy ją w rodzinnym grobie Markéty.

Bez tych ceremonii, do których jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni. Zresztą ceremonia już była, z Haną Zagorovą z głośnika, u mnie w domu. Piękna sprawa!

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.