Moskwa czy Paryż, czyli okupuj mnie, Francjo!

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Jestem za tym, żeby Pałac Kultury i Nauki, relikt panowania komunizmu, zniknął z centrum Warszawy. Marzę o tym od 40 lat”, wyznał wicepremier Morawiecki, ujawniając swoje dziecięce fantazje i rozpoczynając obłąkańczą debatę. Natychmiast z poparciem tej bohaterskiej inicjatywy pospieszył wicepremier Gliński, który w szlachetnym zapale zapomniał nie tylko, że Pałac jest zabytkiem, ale też że siedzibą teatrów i kina, a także wiceminister Kownacki, bieżąc z deklaracją, że wojsko da radę niecną budowlę wysadzić w powietrze. Niebywałe burzycielskie wzmożenie zapanowało wśród wicepremierów i wiceministrów, ale przecież uwidaczniają się też pasje budowania spektakularnych monumentów, które po wieczne czasy trwać mają, jak łuk triumfalny w nurtach Wisły, upamiętniający zwycięstwo nad bolszewikami w 1920 roku – śledzę skrupulatnie wywiady z pomysłodawcami tego babilońskiego projektu i z prawdziwym zachwytem oglądam jego wizualizacje. Wszystko to, zarówno zburzenie Pałacu Kultury, jak i pobudowanie pomników, łuków triumfalnych i monumentów, wymaga pieniędzy, czasu, organizacji, dlatego proponuję wyjście o wiele tańsze i prostsze, a nie mniej ciekawe, choć niestety wymagające wysiłku związanego z czytaniem literatury.

Otóż w najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego „Jak zawsze” opisana zostaje Warszawa bez Pałacu Kultury. Tak jest, w powieściowej Warszawie Miłoszewskiego Pałacu Kultury nie ma, bo nie został nigdy zbudowany, a zatem nie trzeba go burzyć. Niestety, zamiast Pałacu Kultury stoi w stolicy wybitnie paskudna Wieża Przyjaźni polsko-francuskiej, co więcej – język francuski jest urzędowym, a wszyscy miast kajzerek bagietki chrupią i francuskimi naleśnikami się zapychają. Jeszcze gorsza wiadomość jest taka, że w literackiej wyobraźni Miłoszewskiego Polska jest poniekąd francuską kolonią, gdzie wysyła się naszych żołnierzy na wojnę w Algierii i szkoli się panny, by zostały w paryskich domach służącymi, żonami, kurtyzanami po prawdzie. Przy tym całym sfrancuzieniu Warszawa nieodmiennie pozostaje daleko od Paryża, a jej frankofilstwo nijak się na estetykę nie przekłada – wrodzona brzydkość to jest cecha, której żadne sojusze nie wygumkują.

W powieści para rozbrykanych seksualnie osiemdziesięciolatków przy okazji świętowania wspólnego półwiecza z niejasnych powodów i w tajemniczy sposób przenosi się ze współczesności do Warszawy roku 1963 (młodniejąc o 50 lat), tyle że nie Warszawy gomułkowskiej – choć Gomułka jak najbardziej istnieje – ale do Polski pod rządami Eugeniusza Kwiatkowskiego, zwanego Inżynierem, tegoż samego, który przed wojną Gdynię zbudował. Jest to Polska zupełnie inna niż Polska obecna, a zarazem inna niż Polska prawdziwego roku 1963 – to Polska fantazmatyczna, albowiem napisał Miłoszewski rzecz z dziedziny historii alternatywnej. Historie alternatywne to nie jest rzecz rzadka, zazwyczaj opisują one Polskę wszechpotężną i niepokonaną, jak w niektórych powieściach z monstrualnego dorobku Marcina Wolskiego, tyle że powieść Miłoszewskiego jest dokładnie przemyślana – rzecz nieczęsta w takiej produkcji. W świecie może nie idealnym, ale przynajmniej rozsądnym książka Miłoszewskiego przyczynkiem by się stała do publicystycznych debat, wiodący dziennikarze polityczni, miast międlić z impotencką pasją kwestie rekonstrukcji rządu, brawurowe spory by toczyli o tę powieść, ponieważ w literaturze więcej jest tematów doniosłych niż we wrzutkach medialnych.

Pałacu Kultury nie ma, ale jest „Rezerwat”, tam gdzie dzisiaj plac Konstytucji – morze ruin pozostawionych, aby przypominały o powstaniu warszawskim, co się naturalnie w rodzaj martyrologicznego lunaparku przemienia, bo każde nieszczęście narodowe nieuchronnie się politycznie i rynkowo kapitalizuje. Jest pomnik orła, jednak nie z rozpostartymi skrzydłami, ale we wzruszającym geście ptasimi ramionami otaczającego gniazdo, są na wzór paryski eleganckie bulwary i błoto jak najbardziej polskie, jest Warszawa trochę znajoma, a przecież całkowicie inna. Nade wszystko inna politycznie, bo owszem, otoczona przez państwa komunistyczne, ale sama antykomunistyczna – tak się dziwnie historia ułożyła, niemożliwe w dwóch słowach tego wyklarować, odsyłam do powieści, która nie tylko o Polsce opowiada, ale nawet o jeszcze poważniejszych rzeczach. Wszystko to jest naturalnie w popularnym sosie podane, bo Miłoszewski właśnie literaturę popularną produkuje, choć z niebywale poważnym przesłaniem.

Polska nie tylko z Francją, ale i z Niemcami wchodzi w ścisły sojusz jako jądro nowej Europy, coś jakby Unię Europejską tworząc, tyle że temu wielkiemu zamysłowi zupełnie inna unia zagraża. Mianowicie Unia Słowiańska z Edwardem Gierkiem jako jej wodzem, który w powieści dosłownie Kaczyńskim mówi. Unia to partia, która tożsamościową, wolnościową retoryką gardłuje przeciw Europie, bo na moskiewskim pasku chodzi. Jak się Unia Gierka w tej powieści zblatuje z armią Jaruzelskiego, to dojść może do inspirowanego przez Moskwę zamachu stanu – takie to Miłoszewski alternatywne dzieje Polski wymyśla.

Dał nam Miłoszewski powieść bardziej polityczną niż jego kryminały były kryminalne. Owszem, książki o prokuratorze Szackim nade wszystko o Polsce, a nie o policyjnych śledztwach opowiadały, ale równie opętanej Polską książki nam jeszcze nie zafundował. Prawda, że chciał tu nade wszystko Miłoszewski dać osobistą opowieść o życiowych wyborach z ich wszystkimi konsekwencjami, o miłości i jej wszelakich komplikacjach, a nawet o małżeństwie i rodzicielstwie jak najbardziej serio porozmawiać, o tym, że jedno życie mamy, i nawet podróż w czasie nie gwarantuje nam innego życia, bo przecież jest „jak zawsze”, ale jakby się tej książki nie czytało, to i tak opowieść o Polsce z niej wychodzi jak potwór z lustra i za gardło łapie.

Z tej lektury zupełnie nienowy, lecz dobitny jak w żadnej innej książce morał wynika, że Polacy nie dają sobie rady ze swoją wolnością, że do wolności nie są predestynowani, bo zawsze swoją wolność spieprzą, są natomiast stworzeni do wzniosłej niewoli, jak się poszczęści, to francuskiej, ale zazwyczaj zupełnie innej. Bo czasami Polska popada w polską okupację, Polacy stają się okupantami własnego kraju – wtedy nawet chciałoby się, żeby jakaś zagraniczna potęga nadeszła i uwolniła Polskę od polskiej władzy. Ja akurat chciałbym być skolonizowany przez Francję, lepszej okupacji chwilowo nie umiem sobie wyobrazić, tyle że obecnie raczej na obrażonych Francuzów liczyć nie możemy, trzeba będzie kogoś innego poprosić o pomoc. Aspirowałbym do okupacji kanadyjskiej bądź nowozelandzkiej, gdyby Kanada albo Nowa Zelandia chciały okupować daleki zacofany kraj, to ja natychmiast zgłaszam naszą kandydaturę, zobowiązując się do pełnej lojalności wobec okupantów.

Jak się czyta o fantazjach wicepremierów i wiceministrów wyburzenia Pałacu Kultury a potem czyta Miłoszewskiego, to się pojmuje, że w zasadzie z grubsza trzy ćwierci Warszawy nadają się do wyburzenia, jako zbudowane w czasach komunizmu. Byłbym za takim pomysłem, wysadzenie samego Pałacu Kultury zdaje mi się zawstydzającym minimalizmem – wysadzić w powietrze wszystkie domy mieszkalne i budynki użyteczności publicznej postawione w czasach PRL – to byłoby coś. Nawet nie trzeba wysadzać z ludźmi w środku, nie bądźmy radykałami, wysadźmy już wysiedlone.

Dał nam Miłoszewski powieść bardziej polityczną, niż jego kryminały były kryminalne

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.