Natura miała moc powołać sprawnego superbohatera, wołałaby Likwidatora C LAMENTY

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Rok 2023 - ZAWADA / AGENCJA GAZETA , RYSUNEK W TLE RYSZARD DĄBROWSKI

przyłożę, że popamiętasz”. I wtedy po raz pierwszy zjawia się Likwidator i od razu babci z kopa. Babcia: „O Jezu, za co?”.

„Za ograniczanie świętej wolności jednostki”. A potem skacze na babcię, na jej głowę, i po prostu ją miażdży. I to wszystko się dzieje przy aplauzie wnuczki, widocznie wiele wycierpiała od babci.

Potem Likwidator zaatakował myśliwych. Wyrywał im strzelby i z tych strzelb ich pozabijał. I to się już rozeszło, zaczął być ścigany, no to zaczął zabijać policjantów. I tak to się, że tak powiem, zaczęło rozkręcać (śmiech). W tym pierwszym zeszycie zaatakował jeszcze turystów w górach, bo śmiecili. Strącił ich w przepaść. Wyrzucił kanara przez szybę pędzącego autobusu – jako element opresyjnego ładu społecznego. A potem spotkał prezydenta i też go zabił. Z tego samego powodu.

On ma jakąś żonę, dzieci?

– Na początku był singlem, potem dałem mu partnerkę: Likwidatorkę. I syna. Takiego, co ma 11-12 lat.

Twój ma ile?

– W tym momencie: 13 i pół.

Ale Likwidator to nie ty?

– Nie, zresztą ja też pojawiam się w tych komiksach. W „Likwidator kontra Kaczystan” razem torturujemy dziennikarza – działacza katolickiego.

Co spaja związek Likwidatora z Likwidatorką?

– Oczywiście miłość, ale też oni są towarzyszami walki. Wykonują wspólnie akcje, czyli po prostu biją i mordują. Są jakby rodziną terrorystyczną. Nawet zrobiłem taki rysunek: „Rodzina podstawową komórką terrorystyczną”.

Oni są identyczni. Nawet wyglądają tak samo: czarne obcisłe kombinezony, czarne kominiarki, oczy bez źrenic, jak u Batmana. I znak firmowy: wielkie białe zębiska wyszczerzone w szerokim, jakby szyderczym uśmiechu. Jockerowskim.

Ten uśmiech wyraża, że Likwidator za nic ma lamenty, oskarżenia, że to, co robi, jest niemoralne. Nieludzkie. On się z tego śmieje.

Bo do moralności stosunek ma jaki?

– On się nie kieruje tą zwykłą, potoczną moralnością, czy też chrześcijańską.

Wyobrażam sobie, że gdyby natura miała moc powołać supersprawnego superbohatera, to powołałaby właśnie Likwidatora. Który niczym natura za nic ma głosy, że nie można zabijać ludzi. Że to jest niemoralne. Natura się z tym nie liczy. Trzęsienia ziemi, huragany, powodzie, lawiny, pożary, pyły i gazy wulkaniczne, susza, głód, wirusy, bakterie – natura uśmierca ludzi na przeróżne sposoby. Ale dziś, mam wrażenie, potrzebuje wsparcia. Sytuacja przyrody jest dramatyczna. I postać Likwidatora bierze się właśnie z niewiary, że ludzkość będzie w stanie sama z siebie wygenerować pomysły samoograniczające. Bo zawsze będzie presja, żeby czynić życie ludzkie lepszym, wygodniejszym, bogatszym. Żeby, jak to się mówi, było godne.

Gdzie mieszka?

– Puszcza Białowieska, Knyszyńska, Mazury. Bo tam jest ten jakby najdzikszy obszar, on tam się dobrze czuje.

Ma przyjaciół?

– Miewa. Na przykład w tomie „Zielona gwardia” – młodych anarchoekologów. Podobnie w tomie „Nad Rospudą” – akcja tam jest taka, że ludność lokalna oraz miejscowi polityczni kacykowie, chcąc wywrzeć presję na rząd, żeby przyspieszył pracę nad budową obwodnicy, decydują się zrobić w tej intencji spektakularną pielgrzymkę przez bagna Rospudy. Na czele idzie ksiądz, z krzyżem. A za nim cała ta ludność Augustowa i okolicznych wsi. No i w pewnym momencie na drodze staje im Likwidator. I tu już nie ma dyskusji, tylko ostrzał z ciężkiego karabinu maszynowego.

Giną też politycy urządzający sobie Rospudą spływ poparcia dla pielgrzymki.

A jednocześnie gdzieś tam w tle są ci protestujący ekolodzy, do których trafia Likwidator, mówi im, że te ich protesty są powszechnie ignorowane, wyśmiewane. I namawia na zrobienie wspólnej zasadzki na tiry. Co oczywiście kończy się krwawo.

Byłem tam wtedy. Zimą 2007 roku. Stałem w tym szeregu, który witał te kilkaset osób zwiezionych z okolicy przez działacza Samoobrony. Mieli takie krzyżyki – dwa patyczki zbite gwoździkiem. Pudła z tymi krzyżykami. I tak nimi do nas machali, jakby nam wygrażając. A myśmy stali w szeregu. Ze świeczkami. Przed nami rząd policjantów. I ten tłum przez tych policjantów na nas wrzeszczał. Urągając nam. Bluzgając. Chcąc nas wystraszyć. Żebyśmy się wynieśli – to było inspiracją do narysowania tamtego tomu. Poza tym wciąż nie było pewne, czy rząd się zatrzyma. Czy ulegnie, wystraszy się Unii Europejskiej. Chciałem też sportretować mentalność tych lokalsów.

Likwidator jest antyunijny?

– Nie, no skądże. On wie, że środowiskowe normy unijne chronią polską i europejską przyrodę.

To oraz obszary Natura 2000 to największe zalety Unii Europejskiej.

Coś jeszcze można powiedzieć o światopoglądzie Likwidatora?

– Dla niego liczą się cztery nazwiska: Fryderyk Nietzsche ze swoją filozofią afirmacji życia i krytyką chrześcijaństwa jako ideologii prowadzącej do zniewolenia. Dave Foreman, twórca organizacji Earth First, która w latach 80. i 90. dokonywała akcji sabotażu ekologicznego, na przykład rozkręcając nocą pracujące w lesie buldożery. Ted Kaczynski, ten słynny „Unabomber” – matematyk, absolwent Harvardu, który uznał, że trzeba karać tych, którzy dla pieniędzy wymyślają technologie niszczące przyrodę. Po prostu ukochał jedną z dolin, a potem zobaczył, że tam jest budowana droga, i tak go to wściekło, że postanowił wysyłać listy z bombami. I wreszcie Max Stirner, niemiecki filozof XIX-wieczny, ideolog anarchoindywidualizmu, który optował za tym, żeby człowiek nie oglądał się na wspólnotę. Nie służył żadnej ideologii. Ani instytucjom. Po prostu nie dawał się wykorzystywać i ograniczać. Ani w imię wzniosłych ideałów, typu braterstwo czy sprawiedliwość. Ani w imię ustroju czy wspólnoty. Na przykład narodowej.

A jaka jest relacja między światopoglądem Likwidatora a twoim?

– W dużej mierze to jest moje alter ego. Z tym że ja oczywiście nie biję, nie morduję.

Czyli to zabijanie…

– To jest takie rozładowanie różnych moich złości.

Tak szczerze mówiąc, to jestem hejterem. Nie internetowymi, ale komiksowym.

Ile masz lat?

– 49.

Urodziłeś się gdzie?

– W Paryżu. Ale tylko pół roku tam mieszkałem. W związku z tym nie zdążyłem tym przesiąknąć. Nawet nie mówię po francusku.

Ojciec był warszawiakiem, po upadku powstania, w którym jako chłopak przez jeden dzień wziął udział, został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Tam wyzwolili go Amerykanie i zaproponowali pracę w jednej ze swoich baz. W charakterze strażnika magazynów. A potem te bazy zostały przeniesione do Francji i ojciec pracował w jednej z nich do momentu, gdy de Gaulle podziękował Amerykanom.

Matka była pielęgniarką, jakoś udało się jej wyjechać z Polski na zaproszenie – w Paryżu miała przyjaciółkę. Rodzice się spotkali, zakochali, a potem się urodziłem. Wróciliśmy, bo ojciec stracił pracę, a poza tym poważnie zachorował, nie miał pieniędzy na leczenie.

Wróciliśmy w 1968 roku. Do Lublina. Po podstawówce poszedłem do tamtejszego liceum plastycznego, a potem skończyłem studia wychowania plastycznego na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej.

Rodzicom podoba się Likwidator?

– Nie wypowiadali się za bardzo. Bo wiesz, to byli prości ludzie...

Czyli po prostu im nie pokazałeś?

– Bo by tego nie zrozumieli. Po prostu żyję w innym mentalnie świecie. Rozumiesz – zbuntowany, niepokorny syn. Trochę wyklęty (śmiech).

Co robiłeś po studiach?

– Przez jakiś czas się obijałem. Na przykład włóczyłem się nad Wisłą, za Kazimierzem Dolnym, ze słu-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.