Pod Beirutem

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Nocnej Warszawy używam jak na lekarstwo. Wyszedłem więc z baru Beirut oszołomiony, że się tam w ogóle znalazłem. Po premierze monodramu „Oriana Fallaci” poszliśmy ze znajomymi na drinka, ale bardziej niż Mojito wciąż działało na nas zdanie, które Fallaci wypowiedziała ustami Ewy Błaszczyk: „Życie nie potrzebuje ani ciebie, ani mnie”.

Zgodziliśmy się, że to dla człowieka idealny punkt wyjścia, by udowodnić życiu, jak bardzo jest mu jednak potrzebny.

Albo że to dobry powód, by się poddać i usunąć życiu z drogi. Wśród gości, palących przed wejściem, panowało zamieszanie, więc zatrzymałem się jeszcze na chwilę. Ktoś owijał młodego mężczyznę ręcznikiem papierowym z rolki. Owinięty wszedł, eskortowany przez jakąś kobietę, do środka, a ja za nimi. Na co pewien mężczyzna (Stach Szabłowski, kurator sztuki) słusznie zauważył, że biegnę po swoje 3600 znaków!

(Cotygodniowy odcinek mojej „prawdy” w „Dużym Formacie” to właśnie około 3600 znaków).

Przy drzwiach wywiedziałem się jeszcze, że to żona owinęła męża. Owinięty już był w następnej sali, a mnie przy wejściu zastawiła drogę młoda kobieta i wyznała: „Bardzo podoba mi się pana stosunek do człowieczeństwa…”. W ramach tego stosunku ładnie podziękowałem, ale niestety w tym czasie owinięty facet wniknął w czeluści i tyle go widziałem. A może się już odwinął?

Po raz drugi wyszedłem więc z baru i poinformowałem pana Szabłowskiego, że 3600 znaków nie udało się zebrać. A wtedy uratowała mnie – ale i Was, Drodzy Czytelnicy, żebyście mieli co dziś przeczytać – jego żona.

Ewa Szabłowska wyciągnęła telefon i zaczęła szukać zdjęcia… – Bo – opowiadała – pojechałam na festiwal filmowy do Amsterdamu. Wchodzę do hotelu, a tam w holu siedzi dziewczyna podobna do mnie, w identycznej bluzce jak moja.

Spojrzeliśmy w ekran telefonu.

– O, proszę, tu widać: czarna w białe groszki. Patrzę, że ma też taką samą spódnicę jak ja! Też czarną, też skórzaną. Widzę, że ma tak jak ja białe adidasy. Do tego spotkałam ją już kiedyś. W Kopenhadze, na festiwalu filmowym. Przez pięć dni ją tam obserwowałam i zawsze nosiłyśmy dwie lekko zmodyfikowane wersje tego samego outfitu…

– Sekundę… – przerwałem, bo jednak podwójne Mojito też rościło sobie prawo do mojej głowy.

– …no taki sam look na tym samym typie dziewczyny. Z tym że kiedy ona w tej Kopenhadze miała na sobie plisowaną spódnicę złotą, ja miałam srebrną. A następnego dnia, mimo że to był chłodny marzec, obie założyłyśmy bluzki na ramiączkach. Teraz w tym Amsterdamie podeszłam, bo znów wyglądałyśmy identycznie. Ewa, przedstawiłam się. Eva, przedstawiła się ona…

– O! – krzyknęło Mojito, zachwycone zbieraniem 3600 znaków pod barem Beirut.

– …no to pomyślałam, że rzucę swoją datę urodzenia. 4 sierpnia, mówię. 4 sierpnia, mówi ona. Pracuję w branży filmowej, mówię. Pracuję w branży filmowej, mówi ona. Jestem Dunką, teraz kręcę film, dodała, o dziewczynie, która wygląda jak moja bliźniaczka, tyle że jest Amerykanką...

– Zaraz, zaraz… – Mojito dopuściło mnie do głosu. – Ale pewnie rok urodzenia macie różny?

– Tak, ona jest ode mnie o trzy lata młodsza.

– Już wiem! – wykrzyknęło z radością Mojito. – Bóg obserwował cię trzy lata i był tak tobą zachwycony, że postanowił stworzyć jeszcze jedną wersję!

– A może – powiedziała Ewa Szabłowska – był tak ze mnie niezadowolony, że musiał stworzyć kogoś lepszego?

(Pouczyłem po cichu Mojito, żeby mi tu nie wylatywało z tym, co myśli i czuje Bóg, bo to na pewno wiedzą tylko świadkowie Jehowy. Pożegnałem towarzystwo i z 3513 znakami oddaliłem się do domu).

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.