Człowiek czy Polak, czyli koszmar kontrolowany

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga -

Po kilku niefortunnych próbach intelektualnego uporania się z najnowszymi polskimi produkcjami filmowymi przystąpiłem do poważnej konfrontacji, mianowicie wybrałem się na „Cichą noc”, wszak to obraz, który wygrał ostatni festiwal w Gdyni, zatem nominalnie jest to film roku. Lepiej – Gdynię wygrał film debiutanta. Nie licząc krótkich metraży i występów aktorskich, jest Piotr Domalewski artystą wkraczającym dopiero na scenę. Jest to wejście mocne i dające podejrzenia, że nieprędko z tej sceny zejdzie, że się na tej scenie rozpanoszy; już nerwowa ciekawość mnie zżera, jaki będzie jego kolejny film.

Zwiastuny „Cichej nocy” niepokojąco sugerowały, że będziemy mieli do czynienia z dziełem w stylu brutalnego Smarzola; duch Smarzowskiego unosił się groźnie nad tym filmem – oto w bezśnieżne Boże Narodzenie powraca do domu z holenderskiej emigracji zarobkowej starszy syn, powraca, aby powiadomić krewnych o swoim nadchodzącym ojcostwie oraz wyklarować relacje z młodszym bratem. Pierwsze sceny „Cichej nocy” – w autokarze wypełnionym polskimi najmitami wracającymi z zagranicznych robót, z tępym, agresywnym dresiarzem, z pasażerami na stacji benzynowej, którzy usłyszawszy, że toaleta jest płatna, zraszają ojczystą ziemię przy drodze, kazały się spodziewać, że w kolejnych odsłonach dramatu poleje się powódź gorzały i zalśni ostrze siekiery, bez której, jak wiadomo, Smarzol nie przystępuje do pracy.

W istocie – gorzała będzie jak najbardziej, choć nie w tak radykalnych ilościach, siekierka pojawi się tylko przy wycinaniu kradzionej choinki, a i sam film daleki jest od bezwzględności autora „Domu złego”, to jest film – mówię to z dziecięcą szczerością – dający nadzieję. Tak jest – po seansach polskich filmów, z których wyczołgiwałem się zupełnie z nadziei wypatroszony, nie z nadziei egzystencjalnej, ale z nadziei co do przyszłości polskiej kinematografii, teraz poczułem w sobie, być może frajerskie, przeczucie, iż przyszłość jednak istnieje.

Jako się rzekło, starszy syn powraca na święta do domu gdzieś w mazurskich bądź warmińskich błotach położonego, bo w istocie błoto odgrywa tu niepoślednią rolę. Wraca do ojca, matki, młodszego brata i młodszej siostry, wpadając nieuchronnie w ramiona wujostwa, rodzeństwa ciotecznego, oślizgłego szwagra i nastukanego nieustannie dziadka, słowem ziszcza się polskie przekleństwo świąteczne, zwłaszcza że sprawy muszą pójść źle – nie po to się hucznie święta religijne urządza, żeby spokojnej refleksji nad tajemnicą Zbawienia się oddawać. Wraca, by powiedzieć rodzinie, że będzie ojcem, ale wraca też, by opchnąć holenderskiemu klientowi dom po dziadku, wraca, aby pożegnać się na zawsze z rodziną, by wyprostować wszystkie sprawy i ze swą kobietą i nienarodzoną jeszcze córką opuścić królestwo błota na zawsze.

Kusi mnie niemożebnie, by zdradzić, na czym prawdziwy rodzinny konflikt polega, powstrzymuję się heroicznie przed wyjawieniem, czemu brat na brata podniesie rękę, powiedzieć tylko mogę, że po prawdzie to nie jest nawet film o polskiej rodzinie, która najlepiej się czuje, gdy w czasie Wigilii może się zabrać do pijackiego wyciągania brudów. To nie jest nawet film o heroicznej walce matki, by ogarnąć narastający chaos i powstrzymać rodzinę przed utonięciem w morzu wódki i wzajemnych pretensji, choć przecież matka jest tu jedyną postacią, która pełni funkcję sił rozjemczych, wprowadzających pokój w kraju pogrążającym się w wojnie domowej. To jest najbardziej film o emigracji, dokładniej: jak emigracja zniszczyła i niszczy nadal całe pokolenia Polaków.

Nigdy nie myślałem poważnie o emigracji, owszem, mogłem fantazjować o opuszczeniu Polski z powodów, dajmy na to, kulturowometeorologicznych oraz fundamentalnie estetycznych, ale nie politycznych bądź ekonomicznych – na tym polegało szczęście mojego pokolenia, i na tym moje osobiste. Stąd też zapewne z taką uwagą i przejęciem oglądałem ten film, pojmując, że jest to dzieło o tym, że nie powstańcy, nie wyklęci, nie rozstrzelani oraz bohatersko polegli są naszym narodowym dziedzictwem, ale całe generacje emigrantów, gastarbeiterów, robotników, wolnych najmitów, uciekinierów ekonomicznych. Nie przez gorzałę, nie przez politykę, nie przez immanentne zło wcale, nawet nie przez pieniądze, choć może najbardziej przez nie rodzina się tu rozwala, jako i tysiące i miliony innych rodzin się rozwalało, bo skoro rozwalało się przez emigrację zarobkową, to znaczy, że przez pieniądze. Ojca nie było latami, pracował w Niemczech, jak przyjeżdżał, to na chwilę, żeby spłodzić kolejne dziecko i wracać do roboty w Niemczech, a synowie jego dziedziczą po nim emigrację, to jest ich posag. Polska się zmieniła, system się zmienił, a całe pokolenia tę samą drogę pokonują, różnica taka, że dziś więcej jest miejsc, gdzie można pracować. Jak już ojciec przerwie bohaterską abstynencję, mówi synowi, że wyjechał, bo wierzył, że tam nie będzie już musiał być Polakiem, ale człowiekiem, a zrozumiał, że właśnie na emigracji był najbardziej Polakiem, zaś tylko w domu, w tym błocie polskiej prowincji może być człowiekiem.

Miał Domalewski czuja, dobierając aktorów, to jest może jeden z najlepiej obsadzonych polskich filmów ostatnich lat, nie ma tu żadnej obsadowej skuchy – pierwszy przecież wpadł Domalewski na oczywisty pomysł, żeby z Dawida Ogrodnika i Tomasza Ziętka zrobić braci, oni przecież po to obaj zostali aktorami, aby rodzeństwo zagrać. Jako i Arek Jakubik w roli ojca jest tu konieczny – niby

Jak już ojciec przerwie bohaterską abstynencję, mówi synowi, że wyjechał, bo wierzył, że tam nie będzie już musiał być Polakiem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.