Z Mariette Lindstein, Szwedką, która po 25 latach uciekła z sekty scjentologicznej, autorką powieści „Sekta z wyspy mgieł” oraz „Sekta powraca”, rozmawia Aleksandra Szyłło

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Ucieczka Od Scjentologów -

Miała pani 18 lat, skończyła szkołę średnią i zamierzała studiować dziennikarstwo. A zamiast tego wstąpiła pani do sekty.

– Miałam chłopaka starszego o pięć lat. Imponował mi. Kończyłam szkołę, a on już pracował, m.in. jako pielęgniarz w szpitalu, grał w zespole rockowym, który był rozpoznawalny w Halmstad, naszym miasteczku. I coraz mocniej interesował się scjentologią. Czytał książki, chodził na wykłady i kursy. Wciągałam się. Po dwóch latach zaczęłam pracować na jej rzecz w public relations: redagowałam czasopisma i ulotki, prowadziłam audycje radiowe, robiliśmy spoty reklamowe, filmy, by przyciągnąć jak najwięcej nowych ludzi do scjentologii.

Rekrutowała pani osobiście?

– Tym zajmują się kościoły, które obecne są praktycznie w każdym większym mieście. Z Halmstad przeniosłam się do Malmö, głównej siedziby scjentologów. Mój związek rozpadł się i poznałam pierwszego męża, Billa Lindsteina, lidera scjentologów w Malmö, urodził nam się syn.

Pracowałam na rzecz scjentologów, mieliśmy wolne weekendy, które spędzaliśmy z synem.

Chciała pani jechać?

– Nie za bardzo. Bo było mi dobrze. Ale mąż bardzo chciał. Był bardziej fanatycznym wyznawcą ruchu niż ja i w wyjeździe widział szansę. „Zawsze przecież możemy wrócić” – powtarzał i przyjęłam to. Wizja słonecznego Los Angeles też robiła na mnie wrażenie. Zapewniano nam stałą pracę, opiekę zdrowotną, mieszkanie. Synowi edukację.

Miałam 25 lat i zostałam oczarowana. Gold Base, globalna siedziba, to przeogromna posesja. Baseny, sale fitness, najnowocześniejsze biurowce, eleganccy pracownicy w garniturach spryskani dobrymi perfumami. Posesja ogrodzona jest wysokim murem z zasiekami, ale cały czas powtarzano nam, że to dla naszego bezpieczeństwa. Nasze biura wyposażone są przecież w najnowocześniejszy sprzęt, a my nie potrzebujemy nieproszonych gości. Na początku lat 80. mogliśmy jeszcze dowolnie opuszczać Gold Base. Urządzaliśmy sobie z synem wycieczki w góry, zwiedziliśmy Los Angeles. W 1987 roku nowym globalnym liderem został David Miscavige i szybko zabrał nam wszystkie wolności. Nadszedł dzień, kiedy zorientowałam się, że nie mam jak opuścić Gold Base.

Co to znaczy?

– To był proces. Najpierw dodatkowe zasieki – pod napięciem, w bramie więcej strażników, niby dla naszego bezpieczeństwa.

Gdyby podeszła pani wtedy do bramy i oświadczyła: „Chcę wyjść”?

– Robili to inni. Byli zatrzymywani i poddawani wielogodzinnym przesłuchaniom, bombardowano ich ideologicznymi pytaniami. Dostawali też wyznaczoną osobę, by była z nimi non stop: pod prysznicem, w toalecie, spała obok. Nie chciałam tak skończyć.

Mój stan psychiczny był inny niż teraz. Cztery godziny snu, bo reszta poświęcona pracy, ciągle presja, napięcie, stres. To tortura, która zmienia świadomość. Teraz wiem, że ta presja wywoływana była bardzo świadomie. Normą było, że małżeństwa są rozłączane, by jedno z małżonków delegować do innej, odległej siedziby. Mojego męża wysłano do pracy w Nowym Jorku.

Nie protestowaliście?

– Był fanatycznie oddany scjentologii. Zostałam w Gold Base sama. Billy do dziś jest w sekcie.

Podam przykład presji: nagle w biurze pojawiali się rekruterzy i zbierali grupę. Musieliśmy grać w „krzesło”. Czyli śpiewamy i tańczymy, a na hasło każdy łapie jedno krzesło i siada. Tyle że jest o jedno krzesło za mało. Kto nie zdąży, wyjeżdża do pracy w Zimbabwe. Albo do RPA.

Skoro była pani cały czas w pracy, kto opiekował się synem?

– Kiedy wyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, John miał trzy lata. Od trzeciego do ósmego roku życia mieszkał w prowadzonym przez sektę internacie dla dzieci w Los Angeles, 160 kilometrów ode mnie. Na początku odwiedzałam go w weekendy. Kiedy skończył osiem lat, sekta wybudowała nieopodal specjalny obóz dla dzieci. Niby blisko, ale z powodu zaostrzającego się rygoru coraz ciężej było nam się widywać.

Nie buntowała się pani?

– Brzmi to dziś śmiesznie, skoro spędziłam w sekcie 25 lat, ale od początku miałam różne wątpliwości. Jedną ze strategii radzenia sobie było przeczekanie. Zaraz się ułoży, wyjaśni, zobaczymy. Na odejście zawsze jest przecież czas. Zawsze znajdowałam wytłumaczenia. Mieliśmy przecież cały czas prany mózg, wątpliwości mieszały się więc z „prawdami” wtłaczanymi przez sektę. John będzie w internacie w Los Angeles? Świetnie, przecież szkoły publiczne są okropne, pełno w nich narkotyków i przemocy. John przeprowadza się do obozu przy Gold Base? Świetnie, wreszcie będzie na świeżym powietrzu, w Los Angeles jest przecież smog. Jak zabierasz dziecko do sekty, to myślisz, że robisz to dla jego dobra.

Jaka jest prawda o tych internatach i obozach?

– Że realna nauka, matematyki czy angielskiego, jest tam na ostatnim miejscu. John od najmłodszych lat traktowany był jak dorosły członek sekty, czyli wykorzystywany do ciężkiej pracy, a ponieważ dzieci niewiele umieją, na początku była to ciężka praca fizyczna. Jako ośmiolatek właściwie budował obóz dla dzieci. Kiedy skończyły się nasze spotkania, dla niego był to też koniec wolnego czasu. Jeśli nie pracował, był poddawany indoktrynacji.

Do jakiego etapu John doszedł? Ma jakiś dokument szkolny?

– Nie ukończył formalnie żadnego etapu prawdziwej edukacji. To, co zdobył na lekcjach, odpowiada być może początkowej szkole podstawowej. Osoby, które urodziły się i wychowały w sekcie, często są półanalfabetami. Dlatego ci, którzy uciekli, już jako dorośli, mają poważne problemy ze znalezieniem pracy, odnalezieniem się w życiu poza siedzibą scjentologów.

John miał to szczęście, że po babci, czyli mojej mamie, odziedziczył talent wizualny. Jako 13-latek zaczął pracować przy efektach specjalnych w scjentologicznej wytwórni filmowej. Dobrze mu szło. Gdy uciekał, pomyślał o tym, by zabrać ze sobą płytę, na którą zgrał swoje portfolio. Nie mógł pokazać dokumentu ukończenia żadnej szkoły, ale to, co potrafi. Powiodło mu się. Pracował przy produkcji takich filmów jak „Avatar” czy „Harry Potter”.

Ma dziś 35 lat, a uciekł jako 23-latek. Zostawił w sekcie pierwszą żonę, która nie chciała poza nią widzieć świata.

Nigdy sobie nie wybaczę, że odebrałam synowi dzieciństwo. To najbardziej bolesne.

Ojciec Johna wciąż jest w sekcie.

– Jest fanatykiem. Osoby, które uciekły, z automatu stają się wrogami. Podejrzewam, że o ich kontakcie nie może być mowy.

Czy mieszkając w Gold Base, kontaktowała się pani z własnymi rodzicami?

– Tam zakazane są telefony komórkowe, pisanie maili. Teoretycznie możesz zadzwonić z telefonu stacjonarnego, ale zawsze ktoś cię słucha. Dozwolone jest pisanie tradycyjnych listów, ale są czytane. Pisałam do rodziców do Szwecji. „Drodzy rodzice, u mnie wszystko dobrze, a co u was?”.

Moi rodzice są ateistami i artystami. Matka – fotografką, tato – flecistą, grał całe życie w orkiestrze. Teraz są już na emeryturze. Nie narzucali mi nigdy światopoglądu, wychowywali w wolności, rozmawialiśmy. Jak tylko zauważyli, że mam kontakt ze scjentologami, jeszcze w rodzinnym Halmstad, ostrzegali: „To sek-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.