Z Mansourem Alatrashem, syryjskim lekarzem, rozmawia Dominika Wantuch

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Fotoreportaż -

„Ofiary, których nikt nie widzi” – tak mówisz o swoich pacjentach. Kim są?

– To ci, którzy przeżyli wojnę w Syrii, ale ich życie się skończyło. Są okaleczeni po wybuchach bomb, sparaliżowani, bez rąk, nóg, niewidomi, głusi, ze zdeformowanymi twarzami i ciałami. Szacuje się, że w Syrii jest ponad 260 tysięcy dzieci, które w wybuchach bomb reżimu Al-Asada straciły ręce i nogi, ale oficjalnych statystyk nie ma. W jednym tylko szpitalu w Damaszku w kolejce po protezy czeka tysiąc osób. Ich życie już nie wróci, nawet jeśli skończy się wojna. Są skazani na wegetację. Nikt nie chce o nich słyszeć, nic ich nie czeka.

Chyba że dostaną protezy. Założyłeś z przyjaciółmi Balsam Organization, pomagającą kobietom i dzieciom, które straciły ręce i nogi podczas wojny. Dlaczego właśnie im?

– W naszej kulturze mężczyzna jest panem, żywicielem rodziny, pracuje. Dlatego gdy to on traci np. nogę w wybuchu bomby, jest szansa, że znajdą się darczyńcy, którzy zapłacą za protezę czy rehabilitację, wróci do normalnego życia, dostanie pracę. Kobiety i dzieci są na końcu kolejki. Widać to wyraźnie, gdy rozmawiamy np. z Centrum Medycznym w Mersin, z którym współpracujemy. W Mersin robione są protezy, prowadzona jest rehabilitacja i nauka korzystania z nich. Pacjenci przyjeżdżają, mierzą, uczą się, jak chodzić w protezie albo jak kontrolować rękę. W ubiegłym roku trafiło tam 89 osób po amputacjach. 82 mężczyzn i siedmioro dzieci. Żadnej kobiety. Nie będę walczył z kulturą i tradycją, w której żyję. Taka po prostu jest i koniec. Ale mogę próbować pomóc słabszym.

Co się dzieje z kobietami i dziećmi, gdy zostają okaleczone przez bombę?

– Kobiety są uzależnione dożywotnio, najczęściej od mężów albo swoich córek.

Sytuacja dzieci jest jeszcze trudniejsza, bo do fizycznego cierpienia dochodzi trauma psychiczna, której nie potrafią zrozumieć. Z drugiej strony jest w nich więcej wiary i nadziei, że dostaną pomoc. Problemem w pomocy dzieciom jest jednak zawsze to, że rosną. Nie możemy zorganizować jednej protezy na 20 lat, trzeba ją wymienić po kilku latach. To są ogromne koszty, dlatego trudno znaleźć sponsora.

Ale jeśli mała dziewczynka zostaje kaleką?

– Zastanawiam się nad tym za każdym razem, gdy widzę dzieci po amputacjach. Chciałbym mówić, że nie wszystko stracone, że dziewczynki wyjdą za mąż, urodzą dzieci, będą szczęśliwe, ale wojna zabiera przyszłość.

Na czym polega pomoc, której udzielacie?

– Siedziba naszej organizacji jest w Turcji, w Gaziantep, niedaleko granicy z Syrią. Pomagamy w Syrii. Mamy tam zaprzyjaźnionych lekarzy w szpitalach i znajdujemy rannych, którym trzeba pomóc w pierwszej kolejności. Organizujemy transport, bo choć teraz granica między Turcją a Syrią jest zamknięta, to można ją przekraczać z chorymi potrzebującymi pilnej pomocy. Współpracujemy z organizacjami międzynarodowymi, np. z Polską Misją Medyczną, i one, zbierając pieniądze, szukają darczyńców, finansują protezy. Wysyłamy im zdjęcia, wideo, listy z prośbą o pomoc. Mamy też zaprzyjaźnione centra medyczne, np. w Mersin, które wykonują dla nas protezy, i niemiecką firmę Otto Bock, która robi do nich mechanizmy. W ciągu roku udaje nam się pomóc około 10 osobom.

Nura, 29-letnia kobieta, która straciła rękę i ma bezwładną jedną nogę, dzięki Balsam Organization i Polskiej Misji Medycznej przymierza właśnie protezę ręki.

– Historia Nury jest jedną z najsmutniejszych, jakie widziałem podczas wojny. Bomba oderwała jej rękę i pokiereszowała nogę tak bardzo, że nie może chodzić. Ale w wybuchu zginęło też dwoje z czworga jej dzieci. Najmłodszego synka trzymała na rękach. Po tym wszystkim Nura ma ciężką depresję. Nie może nic zrobić samodzielnie. Cały dzień siedzi w jednym miejscu i dopiero gdy mąż ją przeniesie w inne, to zamiast na ścianę patrzy na mur przed domem, w którym mieszkają. Polska Misja Medyczna zebrała potrzebne na protezę pieniądze i Nura jest już po przymiarkach nowej ręki. Zobaczyliśmy pierwszy raz delikatny uśmiech na jej twarzy.

Jak pan sobie z tym radzi?

– W czasie wojny widziałem tysiące rannych, w szpitalu w Damaszku dzieci, na które spadła bomba w szkole. W Balsam Organization jest ponad 200 osób, którym chciałbym pomóc natychmiast. Nie ma gorszego widoku niż ranni po wybuchach bomb. Tego się nie zapomina. Ale musisz myśleć o tym, jak możesz pomóc, i musisz próbować żyć normalnie, bo inaczej zwariujesz. Koncentruję się teraz na tym, że z Polską Misją Medyczną szukamy pieniędzy na protezy nóg dla 12-letniej Hebe. Straciła nogi, gdy bawiła się w swoim domu, na który spadła bomba. Od czterech lat czołga się na kikutach, czekając na pomoc. I my ją damy. Obiecaliśmy jej to.

Zanim wyjechałeś do Turcji, pomagałeś w Damaszku. Jak to się stało, że założyłeś Balsam Organization?

– W 2012 roku zacząłem specjalizację z interny w Damaszku, ale po roku, gdy zaczęła się wojna, bombardowania, walki, porwania lekarzy, a aresztowania dalej się nasilały, musiałem wyjechać. Wiedziałem, że w końcu mnie dopadną, bo już raz siedziałem w więzieniu za spiskowanie przeciwko reżimowi.

Studiowałem w 2007 roku medycynę. Żołnierze Al-Asada przyszli po mnie i bez słowa wsadzili na dwa lata. Ktoś doniósł, że powiedziałem coś przeciwko Asadowi. Próbowałem tłumaczyć, że to nieprawda, ale mieli już wyrok. Po wyjściu z więzienia postanowiłem skończyć studia. Specjalizacji nie udało mi skończyć, nie mogę pracować w szpitalu. Z tych doświadczeń wziął się pomysł Balsam Organization. Marzyłem o tym, żeby być lekarzem. Dziś jestem menedżerem, ale mam szansę pomagać ludziom.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.