Z Dmitrijem Głuchowskim, pisarzem, autorem bestsellerowego cyklu „Metro”, rozmawia Ludmiła Anannikova

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Głuchowski Pisarz, Który Walczy Z Systemem -

W wieku trzech lat zdecydowałeś, że zostaniesz pisarzem. To prawda?

– Ojciec jest dziennikarzem, pracował w państwowym radiu, tłumaczył wiersze serbskich poetów na rosyjski. W domu zawsze była maszyna do pisania. Kiedy wieczorami próbowałem z nim się pobawić, odpychał mnie nogą, palił i dalej walił w klawisze. I to przez niego, a raczej przez maszynę, tak zdecydowałem. To był magiczny przedmiot, który w moim wyobrażeniu stanowił atrybut dorosłego mężczyzny.

Wpływ na mnie miał również dziadek, ojczym ojca. Pracował jako główny rysownik w znanym piśmie „Krokodił”. Wyznaczał sobie delegacje, dokąd chciał. Zjeździł cały Związek Radziecki, był na Kubie. Dom był zawalony kłami morsów, statuetkami, orzechami kokosowymi. Dla sowieckiego dziecka, wychowującego się w M-3 z wielkiej płyty, mieszkanie dziadków na Arbacie było czymś magicznym. Czyli zrozumiałeś, że pisanie przynosi kokosy.

– (śmiech) Tak. Poza tym kiedy w Moskwie odbywały się ważne wydarzenia, do dziadka przyjeżdżali zagraniczni przyjaciele. Mówili obcymi językami. Byłem oczarowany. Wtedy myślałem, że muszę wyrosnąć na kosmopolitę. I pisarza.

Przez całą szkołę pisałem opowiadania humorystyczne i science fiction. Z kolegami wymienialiśmy się zeszytami, recenzowaliśmy. W pisaniu wytrwałem tylko ja. Miałem 11-12 lat, gdy prowadziłem wiadomości w dziecięcym programie radiowym. Kiedy przyszedł czas na studia, wybrałem dziennikarstwo.

Uniwersytet w Jerozolimie. Czemu chciałeś wyjechać?

– Kiedy przyjeżdżasz do nowego kraju, zwłaszcza w czasach masowej migracji, a wtedy przyjechało tam milion Rosjan, to zderzasz się z odrzuceniem. Jesteś częścią grupy, do której miejscowi są nastawieni sceptycznie. Musisz udowadniać, żeś nie koń. Całkiem dobrze mi to szło, ale wiedziałem, że w telewizji, która mnie najbardziej interesowała, nie miałem szans. Mógłbym prowadzić jakiś program dla imigrantów, ale bym się porzygał. Teraz, 20 lat później, jest inaczej, ale wtedy imigracja zamykała się w swoim świecie: niby opuścili kraj, ale przywieźli go ze sobą. Wyjechałem do Izraela, żeby odkryć siebie, chłonąć coś, czego nie ma w domu.

Kiedy jednak poczułem, że nie mam tam szybkich perspektyw, postanowiłem wyjechać. Od dziecka mam bardzo wyostrzone uczucie, że czas szybko leci, i strach, że nie zdążę. Myślę o starości od 20. roku życia.

Mam podobnie.

– I dobrze, bo nie wolno tracić ani sekundy. Żeby coś kontynuować, muszę mieć osiągnięcia albo emocje, a jeśli tego nie ma, wpadam w potworną depresję, czuję, że życie stanęło. Można oczywiście iść z tym do psychoterapeuty, ale on by mnie tego uczucia pozbawił. A wtedy żyłbym jak rybka w akwarium, puszczając bąbelki. A tak, choć powoduje to niepokój, to mocno pcha do przodu.

Z Izraela przeniosłeś się do Francji.

– Jeszcze przez rok pomieszkałem z rodzicami w Niemczech, nauczyłem się niemieckiego, a potem we Francji zatrudniłem się w telewizji Euronews, na trzy lata. Robiłem rosyjską wersję językową wiadomości. Później byłem korespondentem, zaczęło się prawdziwe dziennikarstwo. Ale o szybkiej karierze znowu nie było mowy, bo we Francji ludzie mają kontrakty do końca życia. Nawet gdy nie przychodzą do pracy, gdy przyjdą pijani, można ich zwolnić tylko przez sąd, a nikomu się nie chce. Musiałbym 15 lat pracować na tym samym stanowisku. – Ale dziś zupełnie coś innego. Bo w pewnym momencie stało się oczywiste, że Rosja, w której jest wolność słowa, nikogo nie interesuje. Po siedmiu czy ośmiu latach kierownictwo zrozumiało, że to bez sensu, że prawdziwym przeznaczeniem Russia Today jest pozbierać rozrzuconych po świecie nieszczęśliwych schizofreników porzuconych przez sowiecką propagandę i się nimi zaopiekować. Ci, którzy uważają, że światem kierują Rothschildowie i inne potwory, nie mieli z kim o tym porozmawiać, bili głową w ścianę.

Kiedyś rozmawiałam z przedstawicielami Russia Today z innych krajów. Nie rozumieją, że biorą udział w propagandzie. – Ciężko wytłumaczyć Portugalczykowi, o co tu chodzi. On ci zawsze odpowie, że CNN czy Fox News też prawdy nie mówią. Jednak to, czym się zajmuje obecnie Russia Today, naprawdę jest poza granicą dobra i zła. Dzięki Bogu odszedłem, zanim poszli w te najcięższe grzechy.

Trafiłeś na moment, kiedy zaczęli?

– Pracowałem tam trzy lata, od 2005 roku. Raz miałem sytuację, kiedy mój materiał został skorygowany – zakończyłem go proukraińskim komentarzem, który wycięli. Ale dzięki temu materiał stał się bardziej wyważony. W Euronews mnie uczono, że jako dziennikarz nie powinienem komentować, od tego są eksperci. A ich też trzeba równoważyć, bo każda sprawa ma dwie strony. I tak robiłem. Dziś, kiedy widzę, jak amerykańskie prodemokratyczne media zamieniają się w broń antytrumpowej propagandy, jestem zniesmaczony. Jesteśmy przyzwyczajeni, że amerykańskie media to wzór obiektywności. Nie podoba mi się Trump, ale walić po nim ze wszystkich dział, naciągając fakty, wykorzystując oceniający język, dobierając samych negatywnych ekspertów, to po prostu nieładnie. Amerykańskie media siebie dyskredytują. Pewnie w ten sposób próbują dać odpowiedź republikańskim mediom typu Fox, które nigdy nawet nie siliły się na obiektywizm, ale nie tędy droga.

Kiedy zrozumiałeś, że dziennikarstwo to przeszłość?

– Wciąż jestem publicystą i chyba z tego nie zrezygnuję. Bardzo lubiłem pracować jako korespondent. Ciągłe przygody, znajdowanie się w centrum wydarzeń. Byłem na biegunie północnym, w miejscach katastrofy samolotów, Wiadomo, że do Stalina mu daleko, ale...

– Daleko mu nawet do jakiegokolwiek dyktatora z Ameryki Łacińskiej, nie mówiąc już o afrykańskich czy z Azji Środkowej. To, co robi Putin, nadal mieści się w dopuszczalnych dla Europy granicach. Zobacz, co się dzieje w Hiszpanii: 12 osób siedzi z powodów politycznych. Ale oni działali niezgodnie z konstytucją, zorganizowali nielegalne referendum.

– Z punktu widzenia Hiszpanii to był bunt. Dlatego są w więzieniu.

Kiedy w Rosji ludzie wychodzą na ulice, to nie działają przeciwko konstytucji.

– Masz rację, domagają się jej przestrzegania. Słuchaj, nie twierdzę, że to, co u nas się dzieje, jest w porządku, ale według Europy to wciąż jest na pograniczu normy. Europa współpracowała z bardziej kanibalistycznymi reżimami. Połowę nowego Aszchabadu zbudował francuski koncern Bouygues, po tym gdy prawie milion Turkmenów przeszło przez łagry. Ale Turkmenistan ma czwarte co do objętości złoża gazu na świecie, więc się z nimi przyjaźnimy. Nie otwarcie, ale nasz biznes tam działa. Zbudowaliśmy im parlament, pałac prezydencki, wieżowce, największy w Eurazji jednokopułowy meczet. Oczywiste jest, że tak duży koncern nie może być niezwiązany z polityką, musi mieć protekcję i kontrakty. Więc Europa z jednej strony broni praw człowieka, ale z drugiej – biznes to biznes.

Wojna informacyjna trwa obecnie w wielu miejscach na świecie. Powiedziałeś kiedyś, że wojna na Ukrainie została stworzona dla jej potrzeb.

– Nie neguję tego, że Rosja wtargnęła na Ukrainę, ale widzę też, że ta wojna jest bardziej telewizyjna niż prawdziwa. Cierpienie i krew są, ale to jest cierpienie dla cierpienia i krew dla krwi, żeby było co pokazywać w telewizji.

Rosja nie ma żadnej realnej potrzeby, by najeżdżać na Ukrainę czołgami. To gra w Wielką Wojnę Ojczyźnianą, ukraińskich oprawców i partyzantów w Doniecku. Tak grają na całym świecie. Wykorzystują telewizję jak szkło po-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.