Towarzysz Bierut w maskujących oparach

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pisarz, Który Walczy Z Systemem -

Zawsze uprzejmie uśmiechnięty, całujący starsze panie w rękę, miło zagadujący rozmówców o sprawy osobiste, taktownie wychwalający nawet najskromniejszy poczęstunek, schludnie odziany, nie pijący. A na dodatek pan kochający dzieci i małe sarenki, lubiący się z nimi fotografować. Uwielbiający czytać – poezję oraz akta śledztw policji politycznej.

Bolesław Bierut – prezydent, a tak naprawdę wielkorządca Polski, którego notki (albo ich brak) na marginesach akt śledztw politycznej policji dla niektórych oznaczały życie, dla zdecydowanej większości – ponad 2,5 tysiąca – egzekucję.

Piotr Lipiński podjął się w „Bierucie” misji już z natury rzeczy ryzykownej – stworzenia reportażowego portretu satrapy, który zmarł przed 65 laty. Reportaż wręcz wymaga rozmów z żyjącymi świadkami, same cytaty z dokumentów historii to dlań karma zdecydowanie zbyt sucha. Ale jakich świadków historii można wysłuchać po tylu latach? Powieszonych, zamordowanych strzałem w potylicę, bo uprzejmy pan prezydent nie był uprzejmy pochylić się nad prośbą o ułaskawienie? Starych, zniszczonych przejściami kobiet, które pielgrzymowały do więziennych murów w nadziei przekazania paczki albo zobaczenia przez szeroki stół przypominającego cień ojca lub męża? Byłych żołnierzy podziemia i Polskich Sił Zbrojnych, szczęśliwych, że za walkę z hitlerowcami dostali po wojnie w Polsce tylko pakę, a nie czapę? Ziemian, którzy byli oparciem dla pozbawionych lekko, dachu nad głową okupacyjnych uciekinierów oraz dla ludzi z lasu (tych niesłusznych)? Ziemian, którym w bierutowskiej Polsce zabrano wszystko, łącznie z prawem ich dzieci do edukacji?

Nawet jeśli ktoś z nich przeżył prezydenta Bieruta i dożył XXI wieku, to o czymże mógł opowiedzieć? O strachu, samotności, upodleniu i bezsilności? O katach w mundurach polskich oficerów, bijących i polewających na konwejerze lodowatą wodą? Ofiary widziały Bieruta tylko na fotkach w partyjnej prasie (np. z dwiema sarenkami albo trzyletnimi dziewczynkami). Lipiński cytuje relacje Światły o torturach w MBP, ale ciepłe wspomnienia partyjnych towarzyszy niepostrzeżenie wywabiają miłego Bieruta z kontekstu terroru i zbrodni.

Obywatel prezydent Bierut był i chyba pozostał stalinowskim kotem z Chesire – przeciętni ludzie widzieli i pamiętali tylko zawieszony w powietrzu uśmiech. Postać, twarz rozmywały się z czasem, znikały. I mało kto kojarzył je ze zbrodniami.

Nie sposób oczekiwać, że polski reporter będzie mógł poczytać w Moskwie tajne akta Kominternu i sowieckiego wywiadu.

Lipińskiemu pozostali więc świadkowie, którzy z Bierutem zetknęli się osobiście. Autor rozmawiał z nimi od kilkunastu lat, sumiennie kolekcjonował ich relacje, zebrał nieco komentarzy historyków epoki. Formalnie – robota reporterska perfekcyjna. Ale jednocześnie jest to konstruowanie, mimo najlepszych chęci, krzywego zwierciadła, które – choć Piotr Lipiński solennie odnotował zbrodnie autoryzowane przez Bieruta – pokazuje go w maskujących oparach. Zbrodniarz stalinowski? Na pewno, ale przy tym miły, uśmiechnięty dżentelmen, właściwie to przede wszystkim sympatyczny gość, choć, oczywiście, paskudny stalinista.

Ta paralaksa jest dyskretna, na pierwszy rzut oka stwierdzić jej istnienie trudno, ale im dłużej od lektury „Bieruta” – doskwiera coraz dotkliwiej.

Lektury, podkreślić trzeba, potoczystej i przyjemnej, bo Piotr Lipiński to reporter niepośledniej klasy.

Nie rozwikłał on niestety kwestii, na której połamali sobie zęby wszyscy historycy polskiego stalinizmu: co tak naprawdę robił Bierut jako tajny wysłannik Kominternu w latach 30. na Bałkanach? Stwierdzenie, że skierowanie go do Bułgarii było formą politycznego bocznego toru, nieledwie zesłania dla działacza popadłej w niełaskę Moskwy „większościowej” frakcji KPP, niczego nie wyjaśnia. W 1931 roku, gdy Bierut pojawił się jako nielegał w Sofii (jako doradca? nadzorca? rozjemca?), bułgarscy komuniści rozwinęli skrzydła do – jak się wydawało – bardzo wysokich lotów. Po wcześniejszym o sześć lat wyczynie, jakiego świat nie widział, czyli po wysadzeniu cerkwi Sweta Nedelja (ponad 200 zabitych, zamiast dygnitarzy – zwykłych uczestników nabożeństwa), po latach krwawego, odwetowego terroru prawicowego rządu Cankowa, rząd Ljapczewa właściwie zaaprobował istnienie komunistów. Właśnie w 1931 roku bułgarscy komuniści zdobyli 31 na 240 mandatów w parlamencie, a w wyborach samorządowych wzięli większość w stołecznej Sofii. W tak przełomowym czasie dla kompartii wysłannik Moskwy miał zapewne do odegrania jedną z kluczowych ról. Ale jaką?

Można się tylko domyślać, że słał do Moskwy personalne donosy na bułgarskich towarzyszy; ogólnie był uśmiechnięty i uprzejmy; w każdej sprawie starał się być alter ego Stalina.

Autor i jego rozmówcy sporo energii poświęcają kwestii, jak tak bezbarwny osobnik mógł stać się obiektem kultu jednostki. Z tym kultem padło akurat na Bieruta, ale wątpię, czy towarzysze znający go brali ten kult na serio.

Od historiografii więcej mówi geografia.

Dwa dni po śmierci Stalina w 1953 roku Komitet Wojewódzki PZPR w Katowicach wspólnie z prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej podjął uchwałę, w której prosił KC i rząd, by zechciały nadać miastu nową nazwę – Stalinogród. Warszawa jeszcze tego samego dnia przychyliła się do własnej prośby, bo przecież żaden z prawdziwych Ślązaków tego by nie wymyślił. Polscy towarzysze wystawili towarzyszowi Dżugaszwilemu pomnik okazały i adekwatny: największe miasto na Śląsku było przemysłowym sercem kraju, małą ojczyzną wielkoprzemysłowego proletariatu, w dodatku puchło od hut i stalowni, co ślicznie pasowało do partyjnego pseudonimu genseka – Stalin.

A Bierut? Ledwo Armia Czerwona zajęła Elbląskie, na spokojną wieś Pomehrendorf spadła zaszczytna nazwa: Bierutowo. I to nie koniec jego geograficznego pączkowania. W maju 1946 roku kolejna poniemiecka wieś, tym razem Brückenberg w Karkonoszach, otrzymała zaszczytne miano Bierutowic.

W 1947 nie nadano jego nazwiska żadnej wsi, choć teoretyczne możliwości istniały: Bierutów, Bierutówek, Bierutowa Góra, Bierucice, Bieruty, Bierutowa Wola... Nie dość, że partia lekkomyślnie nie wykorzystała lingwistycznych potencji w nazwisku świeżo w 1947 roku upieczonego prezydenta, to jeszcze grody jego imienia przypominały jako żywo średniowieczne, a nie stalinowe. W elbląskim Bierutowie nie można było doliczyć się choćby trzystu dusz, a Bierutowice... Do wioski leżącej nad Karpaczem nie dochodziła kolej, a na pekaesy do niej się wlokące czekałem pół wieku temu w Jeleniej Górze i po trzy godziny. Jedyną atrakcją Bierutowic były w latach 40., 50. i 60. przeniesiony jeszcze przez Prusaków z Norwegii drewniany kościółek Wang, malutka poniemiecka skocznia narciarska i takiż tor bobslejowy. O ile pamiętam z liceum, najatrakcyjniejszy był tor, na którym świetnie smakowało wino owocowe.

Bierut chyba tego nie docenił, bo pić zaczął dopiero po śmierci Stalina.

Obywatel prezydent Bierut był stalinowskim kotem z Chesire – przeciętni ludzie widzieli i pamiętali tylko zawieszony w powietrzu uśmiech

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.