Poprawki ręczne

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Poczułem się jak rabin reporterów, kiedy autor „Świata równoległego”, bestselleru non-fiction, przysłał list: „Czołem, dzień dobry. Mam moralną zagwozdkę, sytuację bez prawidłowej odpowiedzi. Jedną z bohaterek mojej następnej książki jest kobieta mieszkająca w okrutnie biednej dzielnicy Kalkuty. Lecę do niej w piątek zebrać materiał. I teraz wątpliwość: jeśli reporter nie płaci za wywiady bohaterom, o pieniądzach czy innej formie wynagrodzenia nie może być mowy. Ale jak mogę bez potwornego wyrzutu sumienia odebrać rodzinie tej kobiety kilka jej dni, których nie poświęci na pracę i utrzymanie dzieci? Ta kobieta jest jedynym żywicielem rodziny, zarabia dosłownie dwa, trzy dolary dziennie, zbierając puszki i przetwarzalne materiały. Cztery dni to 12 dolarów. Dla mnie jak splunąć, ale czy mogę ją pozbawić zarobku, pisząc książkę, na której sam zarobię krocie? Czy mogę zabrać matkę dzieciom na kilka dni, podczas których nie dopilnuje potomstwa? Oczywiście, to jej decyzja, ale wątpliwości moje.

Mogę ją przecież zatrudnić w roli przewodnika po slumsie, ale czy to nie będzie tylko wytrych, który pozwoli mi obejść etyczny zakaz płacenia za wywiad? Co robić, panie premierze, jak żyć? Pozdrowienia, Tomek Michniewicz”.

Odpowiedziałem Tomaszowi, że nie mam żadnych wątpliwości: „Nieetyczne byłoby tej rodzinie nie pomóc. Ja na Twoim miejscu nie dawałbym pieniędzy, tylko coś kupił: zapasy jedzenia albo coś do ubrania. A może wywiedz się, czego tej rodzinie najbardziej potrzeba? Ale raczej bez prezentu-pomocy bym ich nie zostawiał. Nie wiem, czy tak robią reporterzy na świecie, czy nie, ale przyzwoitość podsunęłaby mi takie rozwiązanie”.

Za dwa tygodnie Tomasz napisał:

„Wróciłem z tej Kalkuty nieszczęsnej, o której świat chyba zapomniał, zostawiając ją w miejscu, gdzie nie zagląda nikt, nawet śmieciarka. Moja bohaterka okazała się niesamowicie dumną kobietą, która zaciska zęby, ale nie prosi o pomoc nikogo. Natomiast podczas rozmów czasem wypływał z niej jakiś smutek. Utrzymuje sama czworo dzieci, pracuje dzięki miejskiemu programowi zapomogi dla najbiedniejszych i najsłabiej wykształconych. Żeby się do tego programu zapisać i otrzymywać z niego pracę, trzeba podpisać umowę (a więc czytać i pisać, do tego w urzędowym języku), mieć fizyczny adres do podania w dokumentach i numer telefonu.

Żeby być nikim, trzeba być już kimś. Tylko w Indiach takie rzeczy.

Pytałem ją o przedmioty, które najbardziej zmieniały jej życie. Wiatrak pod sufitem, lampa, mała lodówka. I ten telefon nieszczęsny – taka ziejąca dziura. Jak długo można podawać numery sąsiadów, którzy czasem odbiorą, a czasem nie? Ile razy patrzeć na – nawet już nie nieme – rozczarowanie dzieci, które też chcą smartfona, bo przecież wszyscy mają? To jest biedna dzielnica, ale nie slums. Zwykła fryzura kosztuje 40 rupii, a fryzura na Honeya Singha (jak w teledysku) – 100 rupii. Dzieciaki z okolicy nie mają co jeść i żyją w domach z dziurawym dachem, ale fryzurę na Singha ma każdy, a smartfona co drugi.

Moja bohaterka oddała swoje łóżko córce w ciąży i synowi, a sama śpi na podłodze. Spytałem o ten telefon, aż się popłakała. Kto będzie chciał córkę za żonę, jeśli nie będzie mieć telefonu i posrebrzanych ozdób na stopach? Kupiłem jej ten telefon. Zorganizowałem też dwie inne rzeczy, o których niebawem się dowie. Coś, czego nigdy nie widziała – oszczędności na koncie (a, bo oczywiście ma konto w banku!), żeby mogła przez chwilę chociaż nie żyć z dnia na dzień. Być może Kevin Carter dostał Pulitzera za to zdjęcie dziewczynki z sępem w tle. Ja bym ją jednak zaniósł na miejsce, nawet za cenę nagrody.

Czy nie po to jednak piszemy, żeby świat był trochę lepszy? A jeśli można go naprawić tak po prostu, ręcznie, to czemu nie? Dzięki za radę. Tomek”.

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.