Sprawiam radość ludziom i sobie

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Michał Urbaniak Małgorzata I. Niemczyńska

Mam chwilę oddechu po pracowitym lecie i jesieni – mówi mi jazzman Michał Urbaniak. Gdy zadzwoniłam chwilę wcześniej, to spał – wszystko się zgadza. – Nagrałem płytę, wyjdzie w styczniu. To owoc warsztatów Urbanator Days. Moją muzykę samplują młodzi ludzie, którzy brali w nich udział, wspólnie z muzykami z mojego zespołu Urbanator. Cieszy mnie takie łączenie generacji. – Ile to już lat? – pytam.

– Pierwsze warsztaty odbyły się 12 lat temu. W 1973 roku pojechałem do Nowego Jorku. Zakochałem się w muzyce rytmicznej i chciałem się sprawdzić w jej rzeczywistym środowisku. Byłem ciekaw, czy mój „feeling” jest właściwy. Poznałem genialnych ludzi. Jak odchodzili z mojego zespołu, to do muzyków pokroju Milesa Davisa. Potem każdy mój przyjazd do Polski uświadamiał mi jedno: poczucie rytmu nie jest tu respektowane. Dużo muzyki brzmiało jak jazz, ale nie było jazzem, bo nie miało rytmu ani swingu. Nie mam specjalnych zdolności pedagogicznych, ale postanowiłem coś z tym zrobić – z pomocą zespołu.

– Szkolenie?

– Nazywam to „antyszkoleniem”. Akceptujemy wszystkich, którzy chcą grać, mają pasję, którzy muszą grać po prostu. Nieważne: znają nuty czy nie. Wychowaliśmy znakomitych muzyków lub może pozwoliliśmy im się wychować samodzielnie. Gra ze światowej klasy muzykami dała im wiarę w siebie. Sekcja rytmiczna, która parę razy była ostatnio, grała wcześniej z Amy Winehouse. Dla kogoś z Kędzierzyna czy Radomska to coś. Tak też wyglądała moja edukacja, dlatego uważałem, że to ważniejsze niż uczenie nut, zagrywki, ćwiczenia. Nut jest tylko kilka, a bez wiary w siebie wiele się nie zdziała.

– To robi im pan jeszcze psychoterapię? – Muzyko-psychoterapię. Stworzyliśmy społeczność internetową, przyjmujemy nagrania do oceny. W przyszłym roku znów chcemy najlepszych zaprosić na płytę. To czyni cuda. Ale ważne jest też, by byli przekonani do tego, co chcą robić. Miałem taką sytuację, zadzwonił znajomy: „Mój syn nie dostał się do Katowic. Czy możesz pomóc? Znasz wszystkich”. „Lepiej z nim porozmawiam”. Zapytałem chłopaka, na czym gra, co chciałby robić. „Trochę gram, nie wiem, może w aranżacji?”. W końcu mu powiedziałem: „Nie rób sobie tego. Nie ma sensu”. Nawet gdyby się dostał, nie daj Boże – skończył, byłby z niego sprawny niemuzyk. – Nazywają pana teraz mistrzem.

– Nie zwracam na to uwagi. Dziennikarz powiedział kiedyś do Milesa Davisa: „Wie pan, że jest legendą?”. Odpowiedział: „Nie nazywajcie mnie legendą. Jestem Miles Davis”. Miałem pasję, mam pasję, będę miał pasję. To wszystko. Sprawiam radość ludziom i sobie.

– Ma pan coś ulubionego na tej płycie? Są na niej O.S.T.R., Andy Ninvalle, Urszula Dudziak...

– Niejedno. Singiel „Love Don't Grow On Trees” był nagrany w rytmie szybkim, prawie bitowo-tanecznym. Mówię do Marka Pędziwiatra: „Ale ja chcę zrobić to wolno”. Obaj się zdziwiliśmy – wyszło fantastycznie. Myślę już o następnych projektach. Mam propozycje aktorskie, czekają mnie kolejne odsłony UrbSymphony. W 1995 roku pierwszy raz w historii nowojorski raper przyjechał do Częstochowy i wystąpił z orkiestrą symfoniczną. Młodzi symfonicy czują rytm, a hip-hop to młody jazz. Powstał tak samo z protestu.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.