Z fotografem Kacprem Kowalskim rozmawia Ada Petriczko

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Fotoreportaż -

Czy te zdjęcia są pożegnaniem z lataniem?

– Raczej z fotografią lotniczą w takiej formie, w jakiej uprawiałem ją przez 20 lat. Kiedy zaczynałem, właściwie nie wiedzieliśmy, jak Polska wygląda z lotu ptaka, bo w PRL-u fotografia lotnicza była zabroniona. Postanowiłem, że skoro i tak latam na paralotni, to zacznę robić zdjęcia. Jeszcze w 2010 roku, kiedy dokumentowałem powódź w Sandomierzu, fotografie lotnicze były rzadkością i ludzie łaknęli tych informacji.

Czułeś się potrzebny.

– Przede wszystkim usprawiedliwiony. Moja egoistyczna pasja miała wyższy cel. Latanie uzależnia, a jednocześnie samo w sobie nic nie daje innym, raczej zabiera, bo np. w słoneczny dzień, zamiast być z rodziną, wsiadam na paralotnię.

Czułem, że skoro fotografuję, to mam prawo przelecieć nad czyimś domem o 5 rano i obudzić go warkotem silnika, bo dzięki temu pokażę Polakom coś, czego jeszcze nie widzieli. Latałem 100-150 metrów nad ziemią, bo ta perspektywa pozwala jeszcze dostrzec człowieka, ale już w szerszym kontekście środowiska. W książce „Efekty uboczne” opowiadałem o tym, jak zmieniamy krajobraz, np. zastępując naturalne lasy przemysłową uprawą drewna. A z drugiej strony, jak natura upomina się o to, co do niej należy, chociażby w trakcie powodzi.

Musiałem latać, inaczej nie byłbym sobą. 10 lat temu zostawiłem architekturę i fotografia lotnicza stała się moją pracą. Kiedy pozwalały na to warunki, codziennie rano, jak na służbie, szedłem latać. Aż kilka lat temu pojawiły się drony i poczułeś, że nikt już na twoje zdjęcia nie czeka.

– Byłem też przepracowany i wypalony. Powtarzałem swoje ujęcia. Zaczęły wypływać na powierzchnię sprawy, które wypierałem, żeby skutecznie działać. Kiedy ktoś pytał, czy na pewno nie ryzykuję, to mówiłem, że latanie to takie samo ryzyko jak jazda konna, nurkowanie czy narciarstwo. Nie dodawałem tylko, że jeśli spędzi się 4 tysiące godzin na nartach, to ryzyko rośnie.

Byłem na pogrzebach kolegów. Przyglądałem się ich rodzinom. I zacząłem zastanawiać się, dla kogo to robię. Skoro mamy drony, to czy moje latanie nie jest już tylko sztuką dla sztuki, mieleniem powietrza dla samego mielenia?

Maszyny nas zastępują. Tak wygląda postęp i nie mam z tym problemu. Sam kupiłem drona, wysłałem go w powietrze. Kiedy patrzyłem w ekran i starałem się wymyślić kadr z ziemi, zorientowałem się, że to nie dla mnie. Czułem się, jakbym patrzył przez peryskop. Jestem dinozau-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.