Ireną Grudzińską-Gross rozmawia Donata Subbotko

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Uchodźca -

PEmocje? rzed czym pani uciekała?

– Znalazłam się w sytuacji ciągłego napięcia, obawy przed aresztowaniem. To była kwestia braku odporności. I braku nadziei.

Pamięta pani moment podjęcia decyzji?

– Byłam jedną z osób organizujących wiec 8 marca 1968. Spędziłam potem ponad pół roku w więzieniu i wyszłam z niego mocno podłamana. Bałam się następnych aresztowań. Słabo wytrzymywałam napięcie, przesłuchania, procesy. Nie miałam do siebie zaufania i przed tą sytuacją chciałam uciec. Samego momentu decyzji nie pamiętam. Ucieczka nie musi się wiązać z jasno podejmowaną decyzją.

Dlaczego bała się pani następnych aresztowań? Grożono pani?

– Zostałam wypuszczona z więzienia warunkowo, musiałam się meldować, potem był proces, skazanie, no i amnestia. Nie mówię o tym okresie często, bo raczej obwiniam siebie, swój brak odporności, niż system.

Ale żałowała pani, że wzięła udział w wydarzeniach Marca?

– Nie, nigdy. To była działalność słuszna i naturalna. Żałowałam, że się nie ukryłam, i w związku z tym zostałam aresztowana już w niedzielę 10 marca. Ominęły mnie w związku z tym strajki i inne przyjemności.

Kiedy dokładnie pani wyjechała?

– 28 października 1969 roku. Teoretycznie do Izraela, czyli na bezpaństwowy dokument podróży. Był to zresztą dokument kuriozalny, bo oświadczał po polsku, rosyjsku i francusku – swoją drogą, jak czasy i urzędowe języki się zmieniły – że posiadacz dokumentu nie jest obywatelem polskim. Dokument był ważny 36 godzin od momentu przekroczenia granicy.

– Nie patrzyłam za bardzo w przód, byłam cały czas odwrócona w kierunku domu. Nie miałam pojęcia, co się ze mną stanie. A trzeba powiedzieć, że była to łatwa emigracja, z czego wówczas nie zdawałam sobie sprawy.

Nie baliśmy się straży granicznych, nie szczuto nas psami, nie przedzieraliśmy się przez zasieki, choć przewieziono naszą grupę w zamkniętych wagonach przez granicę austriacko-włoską, bo nie mieliśmy żadnych dokumentów.

Jak to w zamkniętych?

– Tak jak się wówczas jeździło, na przykład przez tereny ZSRR do innego kraju: zamknięte drzwi od wagonu, nie wolno otwierać okien.

Powiedziała pani, że jechała „teoretycznie” do Izraela. Czyli dokąd?

– Najpierw do Wiednia, skąd część nas wywożono dalej, do Izraela. Ja wolałam zostać w Europie – i zostałam na parę lat we Włoszech, zanim, już z powodów osobistych, wyjechałam do Stanów.

Wtedy, w 1969, nie miałam żadnego wyobrażenia o swojej przyszłości. Nie myślałam o tym, dokąd jadę i co mnie tam czeka. To były czasy odcięcia Polski od świata zewnętrznego. Ta izolacja została przerwana już parę lat później, przez Gierka i otwarcie na Zachód. Ale gdy wyjeżdżałam, najważniejsze dla mnie było, że to na zawsze i mogę już bliskich nie zobaczyć. To chyba najlepiej oddaje poczucie desperacji, które mnie popchnęło do wyjazdu.

Kogo zostawiała pani w Polsce?

– Zostawiałam całą rodzinę, przyjaciół i, jak mi się wydawało, przyszłość. Mimo że miałam dopiero niecałe 23 lata.

Pamięta pani sam wyjazd, podróż?

– Wyjeżdżałam, jak większość tej emigracji, z Dworca Gdańskiego w Warszawie, regularnym pociągiem do Wiednia. Dlatego mieliśmy w tych naszych nie-paszportach tranzytową wizę czeską. Ostatniej nocy przed wyjazdem nie mogłam spać. Trochę rozmawiałam z moim ojcem. Opowiadał, że jak odchodził z domu, matka dała mu na przyszłe życie pierzynę.

A pani wyjeżdżała sama czy z rodziną?

– Sama. Odjazdu nie pamiętam. To znaczy pamiętam przedział w pociągu, straż graniczną, Czechów i potem Austriaków. Dworca Gdańskiego nie. Z pewnością ktoś mnie żegnał, wyprawiał, ale mam w pamięci tylko jedną przebitkę: stoi obok mnie, nad schodkami do wagonu, jakaś starsza pani i mówi, że jedzie do Izraela.

Co pani ze sobą zabierała?

– Nie pamiętam, co miałam przy sobie, nawet jaką miałam walizkę.

Na bagaż nadałam około czterystu książek: trzeba było przedstawiać listy wszystkiego, co się zabierało. Wiem od znajomych bibliotekarek, że w polskich zbiorach w Stanach Zjednoczonych pełno jest darowanych, ponumerowanych do wyjazdu książek, oddawanych teraz przez dzieci tych, co wtedy wyjechali. Książki były rodzajem zakotwiczenia w polskości, wyjechało ich wtedy z uchodźcami tysiące. Każdą trzeba było zapisać jako część bagażu. Prawdziwym szokiem było sprawdzanie rzeczy do wysłania przez celników. Odnosili się do mnie tak, jakby ta własność do mnie nie należała.

Poza książkami miałam kożuch, kilim, cztery filiżanki ze spodkami, no i pierzynę.

Pierwszy obraz nowego kraju?

– Pamiętam, jak pociąg, którym nasza grupa jechała do Włoch, zatrzymał się na stacji Wenecja-Mestre i pozwolono nam otworzyć okna. To był listopad, noc, wilgoć, mgła. Wydawało mi się to podniosłe i piękne.

A potem?

– Zaopiekowały się nami żydowskie organizacje emigracyjne, które przejmowały nas, bezpaństwowców, i kierowały naszymi krokami. Dawały nam skromne środki na życie, pomoc w poszukiwaniu lokum i kontakt z instytucjami wizowymi.

Od razu w Wiedniu, na dworcu, na nasz pociąg czekały dwie organizacje: jedna, która zajmowała się ludźmi jadącymi do Izraela, i druga, która przewiozła do pensjonatu pod Wiedniem tych, którzy chcieli jechać gdzie indziej. Obie te żydowskie organizacje działają od dawna. Sochnut, która sprowadza emigrantów do Izraela, już od 1929 roku, a ta druga, HIAS, czyli Hebrew Immigrant Aid Society, pomaga przesiedleńcom różnych narodowości od ponad 130 lat. Ale wówczas to wszystko było dla mnie oczywiście niejasne.

Była jeszcze trzecia organizacja, JOINT, która od 1914 pomaga emigrantom żydowskim w sprawach bytowych, na przykład gdy czekają na wizy. Miałam szczęście, że w Rzymie ta trzecia organizacja zaangażowała mnie od razu jako tłumaczkę w swoim biurze i „odźwierną” rejestrującą przybywających uchodźców. Nie spędziłam więc tych pierwszych miesięcy w bezczynnym oczekiwaniu na to, co się stanie.

Z czego pani żyła?

– Nie miałam wówczas jeszcze zawodu – wyjechałam z Polski jako była studentka romanistyki. Dlatego w tym biurze emigracyjnym w Rzymie pracowałam dosyć długo – po uchodźcach z Polski pojawili się uchodźcy z Rumunii. Widziałam dużo ludzkiego nieszczęścia, odnowionej wojennej traumy, rozpaczy, chorób. Ludzie byli poranieni, zdezorientowani, bezradni.

Na początku wynajmowałam pokój, potem małe mieszkanko. Finansowo pomagała mi mieszkająca w Los Angeles siostra matki. Zapisałam się na uniwersytet, darmowy i ogólnie dostępny. Studiowałam najpierw medycynę, miałam nadzieję zostać lekarzem, jak moja mama. Ale zaraz potem wróciłam do humanistyki.

Żyłam bardzo skromnie, ale to było życie studenckie. Liczbowo nasza emigracja była stosunkowo mała, spotkała się ze współczuciem, a nawet oburzeniem. Nikt nas nie odpychał. A jednak ciężko mi było żyć „gdzie indziej”, bez możliwości powrotu do Polski. Uchodźstwo, nawet takie łatwe jak moje, to jednak cierpienie.

Ile czasu zajęło pani oswojenie nowej sytuacji?

– Nie wiem, czy kiedykolwiek ta sytuacja została przeze mnie oswojona. Uchodźstwo pozbawia człowieka poczucia normalności. To tak jakby oko straciło ostrość widzenia i ciągle jest potrzeba jakiejś korekty. Po wyjeździe już nigdy nie jest się u siebie.

Emigrant jest osobą marginalną i taką pozostaje, nawet gdy się jakoś zadomowi. Tego dystansu nie można pokonać. To kwestia braków w języku, ignorancji w sprawach, które dla wszystkich są oczywiste, wiedzy o nowym kraju, która zawsze będzie nie do nadrobienia. Bycie z zewnątrz to rodzaj kalectwa. To kalectwo nie mija nawet wtedy, gdy się w końcu wróci do swojego kraju. Jakiś przylep pozostaje odcięty.

Coś pozytywnego?

– No tak, przedstawiłam ogromnie negatywny obraz uchodźstwa, ale jest w tym także coś doniosłego. Zanurzenie w innym świecie. Życie pomiędzy. Takie doświadczenie kształtuje. Trudno mi sobie wyobrazić, jaka bym była bez niego.

Nigdy nie chciała pani wrócić tu na stałe?

– W zasadzie częściowo wróciłam – na szczęście nie ma teraz dla takich jak ja barier w przekraczaniu granicy polskiej. Mieszkam praktycznie i w Polsce, i w Stanach. Tu i tam. Czy raczej: tu i tu.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.