Sztuka polityczna, czyli jak wyjść z teatru

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Udając się niedawno na kilkudniowy wyjazd zagraniczny, dostałem na Okęciu ataku paniki, że zabrane w podróż nowe tłumaczenie „Szkoły uczuć” Flauberta w wybitnym wykonaniu Leszka Engelkinga nie wystarczy na długie hotelowe wieczory. Nabyłem więc dodatkowo w lotniskowym kiosku wybór tekstów Zdzisława Pietrasika „Coś z tą Polską” i uspokojony wkroczyłem na pokład samolotu.

Zmarłego w zeszłym roku Zdzisława znałem bardzo dobrze, choć niezwykle pobieżnie – ścieżki nasze od lat przecinały się na pokazach prasowych filmów, sporadycznie w programach telewizyjnych czy na ogólnokulturalnych imprezach, moje rozmowy z tym koszykarskiego wzrostu krytykiem filmowym i miłośnikiem teatru bardziej były kurtuazyjne niźli żarliwe. Nieodmiennie jednak obcowanie z tak życzliwym polskiej kulturze autorem było przyjemnością, choć uważałem, że był on aż nazbyt dla emanacji polskiej myśli artystycznej wyrozumiały. Niestety, krwiożerczość nie była cechą Zdzisława.

Autorzy wyboru tekstów Pietrasika, redaktorzy „Polityki”, gdzie przez dekady pisał i szefował działowi kultury, postawili na jego artykuły polityczne czy też antropologiczne, jeśli za takie uznamy próby zrozumienia umysłowej osobności Polaków – nie na darmo książka nosi podtytuł „Przewodnik po rodakach”. Pośród celnych strzałów publicystycznych Zdzisława szczególną mą uwagę zwrócił z oczywistych przyczyn „Traktach o wychodzeniu z teatru”, albowiem zaliczam się do tych nazbyt dobrze wychowanych widzów, którzy żyją w przekonaniu, że ze spektaklu teatralnego wychodzić nie uchodzi, że cokolwiek by się na scenie działo, trzeba wytrwać, choćby i kilka godzin było do finału.

Ja nawet mam problemy z wychodzeniem z kina w trakcie seansu, które niewspółmiernie łatwiejsze jest od opuszczenia świątyni sztuki teatralnej, osobliwie gdy się siedzi blisko sceny.

Otóż wedle Pietrasika są dwa zasadnicze typy wychodzenia z teatru, a w świetle tego eseju wychodzenie z teatru jawi się jako osobna dziedzina sztuki, można powiedzieć, że działanie artystyczne, swoisty performance. Mianowicie jest wychodzenie ostentacyjne, będące demonstracją estetycznej niezgody na sztukę nazbyt eksperymentalną bądź demonstracją polityczną, kiedy na spektakl przychodzi się w zasadzie wyłącznie po to, aby natychmiast z niego hałaśliwie wyjść. I jest wychodzenie chyłkiem, wychodzenie w połowie dramatu, wychodzenie tak, aby nie zostać zauważonym w trakcie owego wychodzenia, co oczywiście nie jest możliwie, a można wręcz powiedzieć, że wychodzenie chyłkiem jest nawet bardziej zauważalne.

Wedle Pietrasika wychodzenie chyłkiem i cichcem jest dla reżysera i aktorów boleśniejsze, bo oznacza lekceważenie dzieła. Wychodzący demonstracyjnie, nieraz z okrzykiem „Hańba!” bądź „Skandal!”, poniekąd działa wedle zamierzeń twórców owego skandalicznego i hańbiącego wybryku artystycznego; każdy by wolał, by jego kontrowersyjne arcydzieło potraktowane zostało oburzonymi okrzykami niż jedynie wzruszeniem ramion czy machnięciem ręką.

Spośród wielkich wychodzących Pietrasik wspomina Gustawa Holoubka, który nawet nie zdążył zobaczyć jednej pełnej sceny „Dziadów” w reżyserii kultowego Konrada Swinarskiego, bo wyszedł natychmiast po wejściu do teatru.

Do Swinarskiego, wielce cenionego przez krytykę, mięty zupełnie nie czuli ani Miłosz, ani Iwaszkiewicz, co ostatecznym jest dowodem, że nie trzeba być idiotą niewrażliwym na wielką sztukę, by modny spektakl teatralny uznać za paździerz – ani Miłosz, ani Iwaszkiewicz, ani Holoubek nieczułymi na sztukę prostakami nie byli. „Noc listopadowa” Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego również wedle Pietrasika zaliczała sporo znakomitych wyjść, Jerzy Waldorff czmychnął chyłkiem, ale za to tubalnie komentując: „Ni chuja nie rozumiem”, co uznać należy za wyjście olimpijskie.

Podaję te wszystkie budujące przykłady, bo wysłuchałem ostatnio udręczonych wyznań wybitnego eseisty, który przesiedział siedem morderczych godzin na „Procesie” Krystiana Lupy. Jak wiadomo, była to najgoręcej wyczekiwana premiera minionego roku, legiony teatromanów dyszały z żądzy ujrzenia, co mistrz uczyni z arcydzieła Franza Kafki, tym bardziej że roznosiły się pogłoski, że będzie to miażdżąca intelektualnie krytyka rządów Kaczora. Otóż znajomy, udawszy się na Lupę, oczekując przy tym nie tylko uczty artystycznej, ale i zabójczej sztuki politycznej, przez siedem godzin przeżywał śmierć kliniczną, ale nie odważył się wyjść – z nieśmiałym samochwalstwem przyznał jedynie, że udało mu się na chwilę dyskretnie kimnąć.

Osobiście nie miałem okazji wyjść z „Procesu” Lupy, albowiem nie poszedłem na „Proces” Lupy, mimo iż niebywale wyczekiwałem, co Lupa zrobi z niepokojąco aktualnym arcydziełem Kafki. Jednak relacje udręczonych posiadaczy biletów, iż mistrz dla publiki nie ma litości, ostatecznie mnie do „Procesu” zniechęciły. Pamiętając, że klasyczna ekranizacja „Procesu” w reżyserii Orsona Wellesa trwała równe dwie godziny – zrezygnowałem ostatecznie z możliwości wyjścia ze spektaklu siedmiogodzinnego, najzwyczajniej na niego nie idąc.

Przypominam sobie również, że widziałem lata temu w Teatrze Telewizji półtoragodzinny „Plac Bohaterów” z Zapasiewiczem i Jandą, a dwa lata temu pięciogodzinną wersję tegoż samego spektaklu Bernharda w reżyserii, ma się rozumieć, Krystiana Lupy – wytrwałem do końca, nie wyszedłem. Niemniej nagminne obecnie rozciąganie spektakli do rozmiarów sześcio-, siedmiogodzinnych uważam za szantaż emocjonalny oraz próbę upokorzenia widza.

Nie odważyłem się wyjść z krótkiej co prawda legendarnej już „Klątwy” w Powszechnym, bo czułem, że mogłoby to zostać uznane za demonstrację polityczną, ściślej – demonstrację prawicową. Przetrwałem i dałem swemu heroizmowi wyraz na piśmie. To jednak, że wybitnie nie podobała mi się „Klątwa” w Powszechnym, nie musi oznaczać, że jestem oenerowcem, albowiem mogę być przeciwko „Klątwie” jako dziełu artystycznemu, co nie oznacza, że czule odnoszę się do iście terrorystycznych na Powszechny zamachów – nie lubiąc „Klątwy”, potępiam zarazem wszelkie fizyczne napady oenerowców, wszechpolaków oraz innych bogobojnych rodaków.

Ja bym chętnie poszedł na jakiś prawicowy spektakl teatralny i nawet bym z niego nie wyszedł, tyle że oferta słaba; w każdym razie obecnie kusi mnie bardziej potencjalna wzniosła prawicowa sztuka teatralna niż sztuka lewicowa.

Co zrobić: prawicowcy tak są zajęci postponowaniem lewicowej sztuki, że zupełnie nie mają czasu na pisanie wybitnych prawicowych sztuk; cała para idzie w gwizdek.

Dajcie mi prawicową „Klątwę” i dajcie mi prawicowego Lupę, dajcie prawicowego Warlikowskiego i prawicowych Strzępkę i Demirskiego. Miast tropić bluźnierstwa, z taką samą zaciekłością rzućcie się do pisania dramatów, z których za nic na świecie – ani chyłkiem, ani ostentacyjnie – bym nie wyszedł. Macie już swoje odzyskane teatry, jeno sztuk nie bardzo. W kwestiach politycznych zatem mogę być betonowo pryncypialny, w kwestiach artystycznych jednak ujawnić się muszę jako symetrysta. Jeśli coś jest liberalne, lewicowe antykościelne bądź antykaczystowskie – nie oznacza, że z definicji jest wybitne, jak coś wali w zaścianek, obskurantyzm i kruchtę, dobrze jeszcze byłoby, aby waliło z finezją.

Otóż znajomy, udawszy się na Lupę, oczekując przy tym nie tylko uczty artystycznej, ale i zabójczej sztuki politycznej, przez siedem godzin przeżywał śmierć kliniczną, ale nie odważył się wyjść

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.