Z Ceydą Torun, reżyserką „Kedi. Sekretnego życia kotów”, rozmawia Krzysztof Kwiatkowski

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Polecamy Dokument -

Jak to możliwe, że „Kedi. Sekretne życie kotów”, debiutancki dokument o bezpańskich kotach ze Stambułu, staje się hitem amerykańskiego kina niezależnego?

– Po prostu wszyscy kochają koty. Nie widzi pan, co się dzieje w internecie? W gorzkich, przygnębiających czasach ludzie siadają przed komputerami i googlują zwierzęta bawiące się włóczką. Desperacko szukają czegokolwiek, co pozwoliłoby im uwierzyć, że lepszy świat jest możliwy. Myślę, że gdyby nie popularność filmików z kotami na YouTubie, nie udałoby mi się sfinansować „Kedi”.

Ale dlaczego właśnie koty?

– No chyba pan żartuje. Co jest bardziej uroczego od zwierzęcia z futerkiem chowającego się w kartonie? Zachwyt takim obrazkiem mamy wygrawerowany w mózgu. Psy budzą poczucie obowiązku i odpowiedzialności, a przecież właśnie od tego uciekamy. Koty zachowują niezależność i choć potrzebują uczuć, na co dzień radzą sobie same. W kawiarniach w Stambule podchodzą do ludzi i wymiauczają sobie pogłaskanie, a potem idą w swoją stronę. Ich nosy, oczy, symetryczne pyski przypominają ludzkie twarze. I jeszcze jedno: koty są uczciwe. Kiedy pozna się ich język, łatwo zrozumieć, czego chcą – wiadomo, kiedy są szczęśliwe, kiedy niezadowolone. No właśnie: mają wszystko, czego nam dzisiaj w świecie brakuje.

Pani film jest jednak portretem potrójnym: kotów, zajmujących się nimi ludzi i współczesnego Stambułu.

– Istnieje wiele podań, wedle których Mahomet miał kota, więc status tych zwierząt w Turcji jest szczególny. Stały się naturalnym elementem krajobrazu miasta, jak niebo, słońce i widok na Bosfor. Mieszkańcy przygotowują dla nich schronienia na zimę, wystawiają karmniki z jedzeniem, a religijny argument wykorzystują w dyskusjach, czy bezpańskie zwierzęta powinny biegać po nowoczesnej metropolii. Poza tym opieka nad potrzebującymi, niezależnie od gatunku, jest mocno wpisana w turecką kulturę. To półwysep imigrantów, którzy nauczyli się wspólnego radzenia sobie z przeciwnościami i odpowiedzialności za zbiorowy los. Dlatego opowiadając o Stambule, nagrywałam nie Hagię Sophię i Błękitny Meczet, lecz doki i faceta, który odbił się od dna i obiecał sobie, że w zamian za nową szansę, jaką dostał od losu, codziennie będzie dokarmiał zwierzęta. Albo wielki targ rybny, gdzie niezamożni handlarze zawsze wystawiają sute porcje dla czworonożnych przybłęd. I może to jest kolejny sekret popularności kotów? Przy nich i ludzie wydają się sobie trochę lepsi.

Pani mieszka na stałe w Stanach. „Kedi” to także osobiste

rozliczenie z krajem pani dzieciństwa?

– Oczywiście. Także stąd się wzięły koty. W Stambule każdy ma mnóstwo wspomnień z nimi związanych. Dla mnie były najlepszymi przyjaciółmi w dzieciństwie.

Kiedy wyjechała pani z miasta?

– Gdy miałam 11 lat. Mój ojczym był dyrektorem UNICEF-u na Bliski Wschód. Przenieśliśmy się na dwa lata do Ammanu, potem do Nowego Jorku. Kiedy zaczęłam studia, rodzice wrócili do Turcji, ja zostałam. Ale stale jeżdżę do Stambułu – najchętniej latem. Spędzam w nim wystarczająco dużo czasu, by czerpać z tego przyjemność, ale nie na tyle dużo, by dać się przygnieść trudom codzienności. Pewnie dlatego idąc Istiklal Caddesi albo przystając na moście Galata, czuję nostalgię. Silniej niż mieszkańcy dostrzegam zmiany. Ten film zrobiłam także dlatego, żeby w tętniącej życiem metropolii odnaleźć kawałek dawnego świata.

Jak Stambuł zmienił się w ostatnich dekadach?

– Rozrósł się do gigantycznych rozmiarów. Moja babcia, mówiąc „Stambuł”, miała na myśli obszar wielkości dzisiejszej jednej dzielnicy. W czasach mojego dzieciństwa gros mieszkańców wywodziło się stąd od kilku pokoleń. Dzisiaj większość to przyjezdni z innych części kraju. Próbują zbudować wspólną tożsamość. Ale serce miasta pozostało takie samo, nawet jeśli wśród korków dłużej zajmuje dotarcie do portu. Bo najpiękniejsze fragmenty tej metropolii są związane z naturą: z widokiem rzeki albo zapachem drzew orzechowych, który miesza się z wonią herbaty z kawiarni.

A styl życia?

– Jest inny niż dawniej. Gdy dorastałam, mieszkało się w domach jednorodzinnych albo bliźniakach. Dzieci biegały po ulicach z przykazaniem, że mają wrócić na obiad. Kto dzisiaj, w 20-milionowym mieście, puściłby malucha samego, z kluczem na szyi, przekonany, że nie tylko nikt nie wyrządzi mu krzywdy, ale że nie wpadnie pod samochód? Zwłaszcza przy tureckim stylu jazdy. Trzy dekady temu jeździliśmy po Stambule rowerem, całymi dniami graliśmy w piłkę w parkach, bawiliśmy się na podwórkach i wdrapywaliśmy się na drzewa owocowe. Wtedy wszędzie włóczyło się jeszcze więcej bezpańskich kotów – nikt nie myślał o zabraniu ich do domu. Bo po co? Żyły na ulicach, nadawaliśmy im imiona i dbaliśmy o nie, więc zawsze do nas wracały. Dzisiaj i ludzie, i koty żyją dalej od siebie. W latach 80., gdy kraj się rozwinął, otworzył ekonomicznie na świat, a miasto zalała fala imigrantów, zburzono wiele starych budynków. W ich miejsce wybudowano nowe, większe, bardziej „ekonomiczne przestrzennie” osiedla, do których przeniosło się moje pokolenie. Dzisiaj te nowe budowle, niezależnie od tego, czy są to wielkie bloki dla gorzej sytuowanych, czy luksusowe apartamentowce, sprawiają, że nasze życie staje się sztuczne, odosobnione. Ale tak chyba jest w każdym dużym mieście.

W „Kedi” ludzie, których pani spotyka, noszą w sobie samotność, smutek, traumy. Istnieje coś takiego jak melancholia wielkiego miasta?

– Im większy tłum, tym bardziej czujemy się zdani na siebie. W dzieciństwie znałam dobrze sąsiadów, wiedziałam, kto czym się zajmuje, tworzyliśmy wspólnotę. Ale znów: znajomi z Nowego Jorku tak samo opisują dawny Manhattan. I co z niego zostało?

Orhan Pamuk mówi, że od sześciu dekad próbuje zrozumieć Stambuł, ale wciąż mu się nie udaje. W pani filmie też czuć, że każda dzielnica to niemal inny świat.

– Stambuł to koronny dowód na logikę chaosu. Jest jednocześnie zbyt stary i zbyt dynamiczny, żeby go nagle uporządkować. Wystarczy wbić łopatę w ziemię, a pojawią się archeolodzy. Metro budowano tu bardzo długo, bo stale trzeba było przerywać prace. Ale naturalna tkanka miasta zawsze zmieniała się szybciej niż projekty urbanizacyjne. W efekcie na tej olbrzymiej przestrzeni żyją kompletnie różne grupy ludzi, których dzielą poglądy, wygląd, sytuacja ekonomiczna. Natomiast wyodrębniło się kilka istotnych centrów. Zamożne, utrzymane w stylu lat 30., pełne europejskich wpływów Nișantaşı ma zupełnie inny klimat niż gromadzące artystów i wolne ptaki Beyoğlu.

Ale nawet w tym Beyoğlu obok modnych, hipsterskich knajp widzi się kawiarnie, w których siedzą wyłącznie mężczyźni.

– Nowoczesna miejska społeczność nieustannie zderza się z tą o tradycyjnych poglądach. A miasto jak w soczewce skupia tureckie problemy. Z jednej strony nawet przedmieścia Stambułu są bardzo postępowe, bo ich mieszkańcy stale wchodzili w interakcje z obcymi. Z drugiej wiele osób, obserwując te procesy, jeszcze mocniej zamyka się w archaicznym, konserwatywnym światopoglądzie. Nie może się przyzwyczaić do miasta z liberalnym stylem życia. I te podziały odbijają się w polityce.

W filmie polityki nie ma. Dzisiaj wszyscy mówią o antydemokratycznych działaniach Erdoğana, a Turcja odgrywa istotną rolę w kryzysie uchodźczym. Czy to etyczne w tak burzliwym momencie pokazywać miasto przez pryzmat jego kotów?

– Zadawałam sobie to pytanie. Oczywiście, że bieżąca sytuacja jest ważna, zostawia w nas skazy i rani. Krótko odniosłam się do tego, co dzieje się w kraju, na samym początku filmu pokazałam antyrządowe napisy na ścianach. Ale zdecydowałam się opowiedzieć o relacji ludzi i zwierząt. O czymś ponadczasowym. Podczas budowy tunelu pod Bosforem znaleziono skamieliny kotów sprzed trzech tysięcy lat. Jeden z nich miał złamaną nogę, opatrzoną przez człowieka. One żyły w tym mieście Ale polityka również wpływa na atmosferę miasta.

Plac Taksim stracił niewinność, stał się symbolem.

– Ktoś musi pokazywać w kinie dobro. Robiliśmy dokumentację w dniu, kiedy policja zaatakowała ludzi protestujących w parku Gezi. Później nastał kryzys uchodźczy. Ale tym bardziej, na przekór, chciałam pokazać, ile miłości kryje się w Stambule. Polityka buduje między ludźmi mury. Ciągle słyszy się o walce cywilizacji, w prawicowych mediach muzułmanin jest mordercą, terrorystą i gwałcicielem. A nagle rolnik z Alabamy pisze do mnie maila, że dziękuje za film, bo miał w życiu trudne doświadczenia i utożsamił się z bohaterem – Turkiem, który przeżył załamanie nerwowe i uratowały go koty. Więc może następnym razem ten człowiek na hasło „Turcja” nie będzie myślał tylko o więzieniu z „Midnight Express”?

Łączy pani spojrzenie człowieka pochodzącego ze Stambułu i outsidera. Pomogło to pani przy filmie?

– Tak. Wygodna perspektywa: znać i rozumieć rzeczywistość, o której się opowiada, a jednocześnie umieć też myśleć inaczej. Po tureckiej premierze „Kedi” wielu widzów śmiało się, że nie wiedzieli, że żyją w tak ładnym mieście. Ale to normalne. Moi znajomi z Los Angeles rzadko kiedy bywają na plaży. Mieszkańcy Stambułu zaś zapominają o możliwościach, jakie daje Bosfor, i zamiast popłynąć łódką na jego drugi brzeg, trąbią w korkach.

Pani przeniosła się z Nowego Jorku do Los Angeles. Czy gdzieś w ogóle czuje się pani u siebie?

– Nie, mam przeświadczenie, że nigdzie nie pasuję. Wychowałam się w różnych tradycjach, kilka razy przeżyłam szok kulturowy. Najpierw w Ammanie, później w Nowym Jorku, gdzie wszystko mnie dziwiło: od pierwszego włączenia telewizora z dziesiątkami kanałów przez galerie handlowe aż po kompletnie inne zachowanie ludzi. Ale nic tak nie uodparnia na nacjonalizm jak poznawanie różnych twarzy świata.

A nie uciekała pani od polityki również jako emigrantka?

– Nie uciekam od niczego i mówię otwarcie o zagrożeniach. Choć zbyt łatwo jest dzisiaj wskazywać tylko „tureckie problemy”. Pokazywać filmy o sytuacji kobiet na Bliskim Wschodzie, w Stanach, w których prezydentem został Donald Trump, otwarty, programowy szowinista. Jasne, w jednym kraju jest bardziej liberalnie, w innym mniej. Ale ostatecznie wszędzie toniemy w genderowych i ekonomicznych nierównościach. Może także dlatego dzisiaj najbardziej na świecie kochamy koty? Przy nich nie czujemy się brzydcy, głupi, biedni, źle ubrani. I mamy świadomość, że one i tak to wszystko przeżyją.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.