Korona suwerena, czyli maszyna narracyjna ruszyła

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Nazbyt prosto wyśmiewać się z serialu „Korona królów”, co robili cyniczni nienawistnicy po obejrzeniu ledwo dwóch odcinków, z jakąż łatwością drze się łacha z tej epokowej emanacji myśli serialowej, z jaką dezynwolturą zapycha się portale internetowe słabymi żartami z największej produkcji Telewizji Polskiej. Prawdziwym jednak wyzwaniem jest obejrzeć dwa odcinki i nie przestać oglądać, jako ja uczyniłem. Dlatego dopiero teraz, po zaaplikowaniu ośmiu odcinków, daję tutaj głos w sprawie tego wydarzenia artystycznego, ale także przecież najściślej politycznego. Obejrzałem osiem odcinków i niniejszym ogłaszam, że to nie jest moje ostatnie słowo, będę oglądał dalej, kto wie, czy nie do końca, jeśli zdrowia starczy. Skłonny jestem zadeklarować nawet, że co jakiś czas zdawać mogę relację, jak się opowieść w „Koronie” posuwa, tyle że nie mam pewności, czy będzie co relacjonować – dać z tej fabuły sprawozdanie jest wyzwaniem takim jak streszczanie w „Poszukiwaniu straconego czasu”: całe piękno nie w wartkiej akcji, ale w artyzmie języka.

Główne sposoby rozgrywania niespiesznie płynącej narracji są następujące: albo ktoś wchodzi do komnaty, alboć z niej wychodzi, względnie ktoś wjeżdża konno przez zamkową bramę albo wyjeżdża, to wszystko przeplatane jest scenami wchodzenia do wawelskiej kuchni i wychodzenia z kuchni, a czasami wchodzenia do karczmy i dla odmiany – wychodzenia z karczmy. Jako że prezes Kurski zapowiedział, że od odcinka 20. akcja przyspieszy spektakularnie, to spodziewam się, że protagoniści tej historii jeszcze szybciej, z jeszcze większym rozmachem wchodzić będą do komnat, kuchni i karczmy, a następnie z nich wychodzić, a konni przez bramę już nie człapać, ale wjeżdżać i wyjeżdżać galopem. Dynamika ta objawi się zapewne także jeszcze intensywniejszym potrząsaniem głowami, już teraz bohaterowie ryzykownie nimi machają, udekorowanymi w nad wyraz ostentacyjne peruki, po 20. odcinku może to zacząć wyglądać jak koncert heavymetalowy.

Pierwszy sezon składający się z 86 odcinków będzie emitowany aż do czerwcowo-lipcowych (zwycięskich dla Polski) mistrzostw świata w piłce nożnej – o sezonie drugim na razie nic nie wiadomo, ale osobiście nie widzę przeszkód, aby doprowadzić go do współczesności. Przypominam, że Naczelnik na legendarnym spędzie w Przysusze zapowiedział odbudowanie zamków Kazimierza Wielkiego; tę zapowiedź widziałbym jako finał serialu, było nie było, o Kazimierzu Wielkim traktującym.

Produkcja telewizji publicznej, zwana oficjalnie „telenowelą historyczną”, zaczęła się od panowania Władysława Łokietka, dokładniej w roku 1325, a ściślej zaczęła się od procesu umierania Łokietka, jednego z największych naszych, choć mikrego wzrostu, władców. Umierania rozłożonego na kilka odcinków, jako że Łokietek zmarł dopiero w 1333 roku, ale dla autorów „Korony” przeskoczyć osiem lat było sprawą dziecinnie prostą. Między pierwszym a drugim odcinkiem już jest przeskok o siedem lat, jak w takim tempie to będzie szło, to strach pomyśleć, co się wydarzy w drugim sezonie.

Owszem, ten zabieg jest zrozumiały – z powodu żałości finansowej serialu nie da się pokazać wielkiej sceny zbiorowej, o batalistyce nie wspominając. Stąd bitwa pod Płowcami, jeden z mitów Łokietkowych, jedynie wspomniana jest na planszy poglądowej, od której zaczyna się każdy odcinek, żeby ci, którzy swój ostatni kontakt z wiedzą historyczną i słowem pisanym mieli przy szkolnych czytankach, pojęli fabułę. Niezwykle pouczająca i frapująca zarazem jest to metoda, mamy do czynienia z największą, najbardziej spektakularną, z najogromniejszym rozmachem zrobioną produkcją, a zarazem z produkcją najbiedniejszą. Z projektem najpotężniejszym, ale najtańszym, gdzie wielka uczta na Wawelu gromadzi w porywach tuzin biesiadników, a każda scena zbiorowa z grubsza ogranicza się do trzech, czterech osób, których nawet trudno nazwać aktorami. Niestety na aktorów w tym serialu zabrakło funduszy, więc grają różni ludzie udający aktorów, najtańsi, być może z zagranicy sprowadzeni, bo po polsku z jakimś dziwnym akcentem mówią, choć może to ma być akcent średniowieczny.

Jak historia uczy, najwybitniejsi twórcy idei Wielkiej Polski byli konusami, w mikrych ciałach nosząc wielką odpowiedzialność za Polskę, a także wielkiego ducha dźwigając. W sumie nic dziwnego, że TVP akurat postaci Łokietka właśnie, tego wojowniczego krasnoluda, poświęciła początek swego flagowego projektu serialowego. Można oczywiście dodać, że często projektantami wielkich, nie tylko polskich, pomysłów były konusy, jak wiadomo, najbardziej dewastujące Europę projekty wychodziły nadzwyczaj często spod rąk krwawych konusów, ale my tu się Polską zajmujemy i polskimi serialami, a nie historycznymi problemami Europy, my jesteśmy w końcu Polską, a nie Europą. Jednak po śmierci Łokietka koronę zakłada jego syn Kazimierz, zwany Wielkim, bo w istocie jest słusznego wzrostu – znamienna zmiana, znamienna i symboliczna.

Jako się rzekło, formalnie ten serial zwie się „telenowelą historyczną”, i to jest doskonała formuła i znakomity pomysł – wszak w Polsce mamy do naszej historii stosunek właśnie telenowelowy: oceany emocji, a refleksji nawet kropli. Rozległa jest myśl i wzburzona mowa nasza o dziejach narodu, niczym morze w czasach Noego, a głęboka przy tym jak kałuża. Po ośmiu odcinkach odkryłem nagle oczywistą zupełnie oczywistość, że jest przecież „Korona królów” wprowadzoną w życie ideą sławnej już Maszyny Bezpieczeństwa Narracyjnego, tworu będącego połączeniem Świętego Graala z perpetuum mobile – dopóki „Korona” się nie skończy, miliony pochłaniać będą przekaz wydobywający się z owej Maszyny, niczym orwellowscy bohaterowie z teleekranów.

Po dwóch premierowych odcinkach z rozpędu obejrzałem „Wiadomości TVP”, płynnie przechodząc z oglądania Haliny Łabonarskiej do oglądania Danuty Holeckiej i kontynuowania zwycięskiej passy, bo po sukcesach Łokietka przyszedł czas na zwycięstwa Kamila Stocha, a nade wszystko zwycięstwo koncertu sylwestrowego TVP nad konkurencją. Przez godzinę Łokietek i Kazimierz Wielki, a potem ich obecni dziedzice – Jacek Kurski i Zenek Martyniuk. I wszystko, rzekłbym, pasowało do siebie, nie było najmniejszego dysonansu poznawczego między „Koroną królów” a dziennikiem telewizyjnym, choć zamiast aktorki odgrywającej litewską żonę Kazimierza Wielkiego widziałbym Holecką – jej gra aktorska zdaje mi się bardziej profesjonalna niż Marty Bryły, a nade wszystko pełniejsza pasji, żaru może nawet, a na pewno żarliwości, o emisji głosu nie mówiąc.

Rzec można, że jest „Korona królów” tak ambitnym artystycznie, tak wysublimowanym i wielowątkowym serialem jak „Wiadomości” właśnie, a co nie mniej ważne, zarówno kwestie wypowiadane w serialu, jak i teksty Holeckiej zrozumie dosłownie każdy widz, bo zadbano o to, żeby nie mitrężył ani sekundy na jakieś wątpliwości, by nie było sytuacji, że pogubił się w intrydze – przekaz „Korony” jest prosty jak miecz Szczerbiec, pojawiający się w premierowych odcinkach, jako i przekaz „Wiadomości” daleki jest od poplątania dramaturgicznego, a dialogi w serialu jasne i klarowne są jak paski w TVP Info. Bo przecież owa korona wkładana jest na skronie suwerena, który wiedzę o świecie z „Wiadomości” czerpie.

Obejrzałem osiem odcinków „Korony królów” i niniejszym ogłaszam, że to nie jest moje ostatnie słowo, będę oglądał dalej, kto wie, czy nie do końca, jeśli zdrowia starczy

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.