Z Katarzyną Dowbor, prowadzącą „Nasz nowy dom”, rozmawia Bożena Aksamit

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Aksamit -

Po remoncie w domach unosi się zapach farb, klejów, lakierów i nowych mebli...

– ...zamiast woni zgnilizny, sadzy czy grzyba. Gruntowny remont przeprowadzamy w pięć dni, malowanie przypada na czwarty. Ideałem byłoby przetrzymać naszych bohaterów miesiąc na wczasach, ale to niemożliwe. Powiem tak – bardzo często pachnie dużo lepiej, niż pachniało, gdy wchodziliśmy.

Konsultujecie z rodzinami, jak po remoncie ma wyglądać ich dom?

– Najpierw nasza researcherka Ola, architekt, szef budowy i kierownik produkcji Olga – oglądają domy, które kwalifikują się do programu, i rozmawiają z rodzinami o ich upodobaniach. Gdy ogłaszam, że zaczynamy remontować, bohaterowie pakują się, aby zamieszkać w hotelu. Zuza i Karolina, asystentki architektów, dyskutują, jakie kolory im się podobają, jaki lubią styl – nowoczesny, a może bardziej babciny. Zdecydowanie kierujemy się upodobaniami mieszkańców.

Zawsze?

– Czasami musimy przeforsować własne pomysły. Kiedyś dziewczynka powiedziała, że chce mieć w pokoju wszystko na fioletowo. Wiadomo, że z gustami się nie dyskutuje, ale zależy nam, aby wnętrza wyglądały jak najlepiej, więc jak ktoś ma pomysł na jakieś meble, a architekt jest pewien, że to nie będzie dobrze wyglądać, staramy się go przekonać. Zdarza się, że dokładamy trochę własnej inwencji. Wychodzimy z założenia, że ci ludzie będą spędzali w tym domu resztę życia, więc muszą się tam dobrze czuć. Ja np. nie lubię stylu minimalistycznego, co widać w moim domu – mam dużo drobiazgów, sporo przedmiotów – źle bym się czuła, gdybym miała tylko kanapę, stół, fotel i trzy obrazy, dlatego zawsze pytamy.

Ile domów macie na koncie?

– Wyremontowaliśmy już 110. Polsat zaryzykował i na początku myśleliśmy, że będziemy robić to rok, może pół, a robimy już cztery lata!

A jak wyszukujecie rodziny, których domy zostaną wyremontowane?

– Rodziny zgłaszają się same, albo sąsiad, kuzynka, znajomi, pomoc społeczna czy ksiądz. Niestety bardzo wiele wniosków jest odrzucanych ze względu na brak – co u nas nagminne – przeprowadzonych spraw spadkowych. Rodzina jest super, chcemy pomóc, ale nie możemy. Wiele osób uważa, że skoro dom jest po dziadkach i cała wieś o tym wie, to uznają sprawę za załatwioną. Gdy pytamy: „No dobrze, dom jest po dziadku, ale on miał siostrę, brata, a ci mieli dzieci”, odpowiadają: „No tak, ale wszyscy we wsi wiedzą, że jest nasz”. Takimi domami nie możemy się zająć, musimy mieć jasną sytuację prawną.

Coś jeszcze ma wpływ?

– Bohaterem nie może być osoba karana. Pilnujemy, żeby nie wchodzić w rodziny z problemem alkoholowym. Co z tego, że zrobimy to dla dzieci, skoro matka czy ojciec piją i za chwilę nasza praca zostanie zniweczona. Nie wyremontujemy też domu, który ma powierzchnię 500 metrów kwadratowych, bo nas nie stać. Bywa, że remontujemy domy od zera, ale nie mogą być za duże. Teraz na Mazowszu mamy taki budynek, trzeba zrobić wszystko od początku – nie ma podłóg, szamba.

Kim są osoby, którym pomagacie?

– Mają niski dochód albo niepełnosprawne dzieci, samotne matki, samotni ojcowie, których jest w Polsce bardzo dużo, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Ostatnio remontowaliśmy dom rodzinie, w której obydwoje rodzice pracowali. Wichura zerwała im dach i zalało cały dom. Co z tego, że pracowali, jeśli zarabiali tak mało, że przez najbliższe 20 lat nie byliby w stanie odbudować zniszczeń. Superrodzina, ciepła, kochająca, dbająca o siebie.

Pomagamy także mniej zaradnym, którzy przez zbieg okoliczności czy choroby wypadli na margines. W tych domach jest biednie, ale czysto, widać, że ludzie bardzo się starają, aby godnie żyć. Często spotykamy rodziny, w których nie ma przemocy, alkoholu – ale np. ojciec nie potrafi prosić o pracę. Jakby mu ktoś powiedział, że ma być na ósmą i pracować, przyszedłby i pracował, ale nie potrafi tego wychodzić.

Zgadzają się bez problemu na występy przed kamerą?

– Są rodziny, które potrzebują pomocy, ale mówią: „Chcemy, żebyście wyremontowali nam dom, ale kamery nie chcemy”. Tłumaczymy, że tak nie możemy zrobić. Ludzie wstydzą się, nie chcą, żeby we wsi wiedzieli, że ktoś im pomógł. Kwalifikowaliby się do pomocy, ale wycofują się, argumentując: „A co sąsiedzi by powiedzieli, będzie na nas hejt”. Obawiają się zazdrości. Tłumaczę: „Chcecie żyć w złych warunkach, bo obawiacie się zdania sąsiadów. Czy oni wam pomogli, podali rękę, zatroszczyli się o was?”.

Firmy nie obawiają się reklamować w programie, w którym pokazuje się skrajne ubóstwo?

– Nie, wręcz przeciwnie. Ich właściciele czują, że robimy dobre rzeczy, doceniają ideę programu. Na początku byliśmy przerażeni, bo remonty sporo kosztują. Trzeba zapłacić ekipie budowlanej, kupić materiały. Przy remoncie zatrudnionych jest 25 osób, pracują w parach – mamy zaledwie pięć dni, a domy są w kiepskim stanie. Do tego dwie kamery, dwóch dźwiękowców, kierownictwo produkcji, kierowcy, obsługa – około 20 osób.

Polsat wykłada pieniądze, a gdyby ich nie odzyskał, to nie wiadomo, jaka by była przyszłość programu. Niesamowite, że komercyjna telewizja robi „Nasz nowy dom”. Powinien to być misyjny program w telewizji publicznej, ale dziś TVP zajmuje się czymś innym.

Kto wpadł na pomysł programu?

– Jest robiony na licencji niemieckiej przez firmę Constantin Entertainment Polska. Powstawał także w Bułgarii, Czechach, na Słowacji.

W Niemczech mieli co remontować?

– Tam już się skończył. Ludzie oczywiście porównują nas z amerykańskim „Home Makeover”, ale idea jest inna. Amerykański program polega na tym, że burzą domy i stawiają je od nowa, tyle że te domy są ogromne. Skoro hamburger jest tam największy, to i domy mają być jak pałace. Przez ten amerykański program mieliśmy trochę kłopotów, pojawił się artykuł, że ludzi nie stać na utrzymanie nowych domów, ponadto nie mają pieniędzy na zapłacenie podatku od wzbogacenia. Internauci nie zrozumieli, że chodzi o amerykański program, i atakowali nas, że zostawiamy nasze rodziny z kłopotem.

Remontujemy małe domy, montujemy energooszczędne żarówki, kuchenki indukcyjne itd. Polsat bierze na siebie wszystkie koszty, także podatku, który trzeba zapłacić od wzbogacenia. Takie mamy prawo w Polsce – jeżeli komuś niezamożnemu wyremontuje się dom, to wzrośnie mu poziom życia i od tego trzeba zapłacić podatek.

Były jeszcze jakieś zarzuty?

– Ktoś puścił w sieci informację, że rodziny muszą znaleźć sponsorów – to bzdura. Szuka ich stacja, która płaci za wszystko, a na czas remontu funduje także pobyt w hotelu. Rodziny nie ponoszą żadnych kosztów, dostają też prezenty. Gdy wchodzą do domu, mają pełną lodówkę, nowe sztućce, talerze, dzieci – zabawki. Chodzi o to, by móc tam od razu mieszkać i mieć wszystko pod ręką.

Jak pani znalazła się w programie?

– Wygrałam casting.

Znudziło się pani w TVP?

– Może to ja się im znudziłam. Zwolniono mnie. Nie ma to już znaczenia, teraz jestem w zupełnie innym miejscu i dobrze mi z tym. Na bezrobociu byłam niecałe dwa miesiące, zadzwonili producenci programu „Nasz nowy dom” i zaprosili mnie na casting.

Co pani dała praca przy programie?

– Nie sądziłam, że tak dobrze poznam Polskę, jeżdżę w tę i z powrotem, bywamy w małych miastach i na wsiach. I jak ta polska prowincjonalna, pozwolę sobie użyć tego brzydkiego słowa, genialnie nas przyjmuje. Jesteśmy dla nich nadzieją, szansą. Ludzie okazują bardzo wiele sympatii, nie tylko mnie, ale także architektom czy budowlańcom. Muszę przyznać, że dużo więcej pozytywnych rzeczy dzieje się na prowincji.

Jesteśmy zakochani w Podlasiu, mieszkańcy to dobrzy, gościnni i cudowni ludzie. Remontowaliśmy tam kilka domów. Należy uważać, bo Podlasie karmi. Nasi chłopcy wrócili o parę kilogramów ciężsi – rano przyjeżdżał pan ze sklepu, przywoził bułki, masło, kefir, sery, mimo że mamy śniadania w hotelu. Potem panie z koła gospodyń przynosiły babkę ziemniaczaną, a po południu ktoś dostarczał ciasta.

Sporo osób ogląda ten program, a jak już ogląda, to lubi. Jak na nasze polskie piekiełko to hejtu mamy mało. Na razie. Przecież nic złego nie robimy. Często zmieniamy naszym bohaterom życie na lepsze. Raz w roku w okolicach świąt robimy program, w którym wracamy do niektórych bohaterów. Przywozimy prezenty i rozmawiamy. Wielu z nich razem z nowym domem dostaje nowy pomysł na życie. Wykupujemy im na przykład kursy na prawo jazdy. I tak pan Zbyszek zrobił prawko i dostał posadę listonosza, a był bezrobotny. Jedna z naszych bohaterek też dostała kurs i zdała egzamin za pierwszym razem. Otworzyła mobilny zakład kosmetyczny, jeździ po wioskach, ma sporo klientek. Jak zaczynała, dostała też dopłatę z Unii.

Program uruchamia w ludziach pokłady dobra. Gdy remontowaliśmy dom w Bieszczadach, musieliśmy zrobić od nowa dach, finansowo już nie dawaliśmy rady. Zgłosił się właściciel firmy kładącej dachy, który mieszkał we wsi obok. Zadeklarował, że zrobi to na własny koszt.

My zaczynamy, a inicjatywa idzie dalej. Dostajemy telefony i maile – podajcie namiary na tę panią, bo mam dużo fajnych rzeczy, przywiozę. Ktoś obiecał, że skoro wozi swoje dzieci do szkoły, będzie zabierał też dzieci z remontowanego przez nas domu. Często kontaktujemy ludzi – kobieta, która mieszka dwie wioski dalej od naszych bohaterów, obiecuje, że będzie wozić im sery.

Czy jeśli w rodzinie są jakieś kłopoty, sugerujecie na przykład pomoc psychologa?

– Oczywiście. Jestem pedagogiem z wykształcenia i miałam sporo zajęć z psychologii. Długo rozmawiam z bohaterami. W jednej z rodzin zdarzyła się tragedia, mama i brat zginęli w wypadku, została córka z ojcem, przyjechaliśmy parę miesięcy po wypadku. Ciężko było dotrzeć do dziewczynki, miała koszmarną traumę. Podczas rozmowy z tatą zapytałam, czy była u psychologa, odparł, że raz. Zaczęłam mu tłumaczyć, że córka powinna iść na terapię i że to gmina powinna zapłacić.

Niektóre rozmowy dotyczą zwierząt. Zdejmujemy psy z łańcuchów i tłumaczymy, że takie traktowanie zwierzęcia to nie jest dobry pomysł. A ponieważ jestem uparta, to zawsze udaje mi się ich przekonać.

Są rodziny, które biorą rady za dobrą monetę i działają. Są też takie, które nie chcą zmian. Mamy zasadę, że nie wchodzimy z butami w cudze życie.

Jak pani idą rozmowy na trudne tematy?

– Doświadczenie życiowe, a sporo przeszłam, mam też swoje lata, powoduje, że ludzie mi ufają. Znają mnie z młodości czy dzieciństwa, bo zapowiadałam bajki, potem z kolejnych programów. Jestem dla nich kimś, kto towarzyszył ich życiu z ekranu telewizora.

Do wielu rzeczy podchodzę inaczej niż młodzi ludzie. Wiem, że czasem trzeba przeczekać. Jestem najstarsza w ekipie i czasem uspokajam kolegów: „Basta, basta, dajmy spokój”.

Bardzo przydaje mi się doświadczenie życiowe, inaczej popełniłabym parę błędów, bo praca nad tym programem wymaga niesamowitej uważności. Zarówno ludzie z produkcji, jak i ja pilnujemy, żeby szanować naszych bohaterów, nie obrazić ich. Bieda jest straszna, ale opowiadając o niej, można kogoś skaleczyć i zrobić mu wielką krzywdę. Jestem dumna z mojej ekipy filmowej, zachowują się bardzo elegancko, nigdy nie zdarzyło się poganianie czy poniżanie. Mamy kierownika planu „Białego”, jest wielkim facetem, wygląda jak Norweg z wielką brodą – uwielbiają go wszystkie dzieci, bawią się z nimi, lepią się do niego jak do plastra miodu.

Rozmawia pani, gdy dom jest remontowany?

– Tak, ale w tym czasie organizujemy też rodzinom różne rozrywki. Rozmawiamy, wymyślamy niespodzianki, jeździmy z nimi w różne miejsca, w których nigdy nie byli, bo nie było ich zwyczajnie stać. Spełniamy ich marzenia, maluchy zabieramy do parków rozrywki, starsze dzieci mogą wybrać w sklepie wymarzone zabawki itd.

Mieszkacie z nimi w hotelu?

– Nie. Rodzina mieszka w najlepszym hotelu, ekipa filmowa w tańszym, a budowlana jak najbliżej remontowanego domu. Hotelarze często sami organizują rodzinom atrakcje, dają prezenty – nie muszą, ale ten program tak działa. Ostatnio nocowaliśmy pod Radomiem, dzieciaki dostały od kierownictwa hotelu PlayStation.

Wszystkie rodziny budzą takie emocje?

– Nie jest tak, że sto procent rodzin jest fajnych, ale większość tak.

Najbliżsi sąsiedzi też się uaktywniają?

– Na ogół przychodzą i pytają, w czym pomóc. W Szczytnie mieliśmy kłopot, sąsiedzi byli na „nie”, ale nie chcę już o tym mówić, bo uderza to w naszą bohaterkę i mieszkańców miasta, a zawinił jeden człowiek lub niewielka grupa... [nowo wyremontowany dom został pomazany farbą, mieszkańcy okolicy wypowiadali się nieprzychylnie o właścicielach domu – matce samotnie wychowującej córki]. Pojawiają się członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej albo harcerze. Zawsze jest ktoś, kto chce pomóc, na ogół kończy się na sprzątaniu, bo chłopcy z ekipy budowlanej nie mają na to czasu.

Oni też wkładają w pracę więcej serca?

– Zdecydowanie tak. Bywa, że się na nas wściekają, bo im przeszkadzamy w pracy. Mają z nami problem – chcieliby zrobić i wyjść, a my musimy pokazać to, co robią. Co chwila ktoś krzyczy: „Cisza, nagrywamy”, i oni nie mogą ciąć, wbijać, piłować. Jednak, aby skończyć na czas, zostają w nocy. Często pytają mnie o rodzinę, dla której remontują dom – nie znają ich.

Panią ten program zmienił?

– Myślę, że bardzo. Kilkanaście lat temu wydawało mi się, że to mój najlepszy czas. Dziś, gdy na horyzoncie widać już emeryturę, patrzę na siebie z zadowoleniem. Mam mózg, który nieźle pracuje, mam dystans do rzeczywistości, intuicję, która przychodzi z wiekiem. Nic nie muszę już udowadniać. Nikomu już nie muszę się podobać – to świetny stan.

Pracuję 34 lata w tym biznesie, prowadziłam mnóstwo programów, robiłam filmy dokumentalne, jeździłam po świecie, ale nigdy nie robiłam czegoś tak satysfakcjonującego. Na koniec kariery zawodowej dostałam program, o którym marzy każdy dziennikarz. Ma przesłanie, ma misję, jest po coś. Nie interesuje mnie, jak w nim wyglądam, czy widać, że utyłam, zestarzałam się albo coś innego. Telewizja idzie w tym kierunku, żeby wyglądać, błyszczeć, mieć najnowsze ciuchy. Kompletnie mnie to nie interesuje, zamiast być na ściance, wolę siedzieć w domu.

Dzięki temu programowi dostaję niesamowita „zwrotkę”, bo jak robi się sensowne rzeczy, ludzie okazują ci szacunek. Na 25-leciu Polsatu były ze mną dwie rodziny i cudowna babcia Genia. Chciałam, żeby coś zjedli na bankiecie. Przy stołach był tłok, więc mówię: „Przepraszam, ale pani Genia jest głodna”, wtedy goście ubrani w smokingi i balowe suknie się odsunęli – pełny szacunek dla naszych bohaterów. I to jest piękne!

Nie męczy panią podróżowanie? Od czterech lat w drodze.

– Daję radę. Mało bywam, mało imprezuję, wieczorem w hotelowych pokojach zazwyczaj czytam. Gdy wracam do domu, a mieszkam pięknie – na skraju lasu, tuż za płotem zaczynają się pola i łąki – mam na miejscu przyjaciół. Lubię z nimi pogadać, napić się wina. Mieszkam z dwoma psami: Pepe i Beniem. Benio jest berneńskim psem pasterskim – 50 kilogramów czystej miłości. Mam jeszcze dwa koty oraz dwie klacze: 26-letnią Rodezję i 6-letnią Surmę, która chodzi za mną jak pies. Surmę kupiłam, żeby Rodezja nie czuła się samotna, i zbudowałam im drewnianą stajnię na skraju działki. Jak tu narzekać.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.