Z dr Katarzyną Wachel, lekarką ze Szpitala im. Gromkowskiego we Wrocławiu, rozmawia Iza Michalewicz

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Czy Można Leczyć Bez Lekarzy? -

W głośno komentowanym przez media przypadku wrocławskiego Szpitala przy ulicy Kamieńskiego 117 lekarzy rezydentów i 149 specjalistów, czyli niemal cały zespół lekarski, wypowiedziało tak zwane klauzule opt-out, czyli zgodę na pracę w wymiarze powyżej 48 godzin tygodniowo. Wy też?

– W Pawilonie Pediatrycznym naszego szpitala sytuacja jest identyczna. U nas opt-outy wypowiedzieli wszyscy rezydenci, choć nie wszyscy specjaliści, bo boją się zwolnienia. Jesteśmy największym szpitalem pediatrycznym na Dolnym Śląsku. Dyżurujemy na dwóch oddziałach i w izbie przyjęć w dni robocze od 15 do 7.30 rano, a w dni wolne po 12 godzin. Na oddziałach mamy od 20 do 50 dzieci. W ramach naszego szpitala jest oddział intensywnej terapii dziecięcej, z którego dzieci – po ustabilizowaniu stanu ciężkiego – są przekazywane na nasze oddziały. Nie dość więc, że mamy dzieci, które trafiają z zewnątrz na izbę przyjęć, często też w stanie ciężkim, to opiekujemy się pacjentami, którzy wciąż wymagają stałego nadzoru lekarza. Tymczasem lekarz rezydent ma pod opieką dwa oddziały w godzinach popołudniowych i w weekendy oraz określoną liczbę godzin, które musi spędzić na izbie przyjęć. Bywają często sytuacje, że coś się dzieje na oddziale, ale nie ma na nim lekarza, bo przyjmuje gdzie indziej.

Co się na przykład dzieje?

– Na przykład trafiają do nas dzieci z dusznościami, z tak zwanym wirusem RSV, których stan potrafi się gwałtownie pogorszyć i trzeba wychwycić ten moment, kiedy dziecko przestaje sobie radzić i nie oddycha samodzielnie. Mamy też dzieci z napadami padaczkowymi, trwającymi dość długo, z zaburzeniami metabolicznymi albo forsownymi biegunkami, które muszą być intensywnie nadzorowane. Zdarzają się u dzieci takie bóle brzucha, które wymagają natychmiastowej interwencji chirurgicznej. U nas nie ma oddziału chirurgii, więc dziecko trzeba jak najszybciej przekazać innej placówce, a to przy okazji generuje mnóstwo papierkowej roboty. Jeśli więc lekarz w tym czasie jest na izbie przyjęć, nie jest w stanie na bieżąco monitorować stanu zdrowia pacjenta. To rodzi niebezpieczeństwo zagrożenia zdrowia, a nawet życia takiego dziecka.

Piszecie do dyrektora: „Praca w warunkach niedoboru personelu oraz błędów organizacyjnych (w co włącza się opieka jednego lekarza nad dwoma oddziałami i izbą przyjęć) zwiększa istotnie ryzyko popełnienia błędu medycznego, co dla pacjenta, zwłaszcza małego, może zakończyć się tragicznie”.

– Od roku piszemy do dyrekcji – było już kilka pism – że lekarze nie mogą pracować w takich warunkach, biorąc odpowiedzialność za pacjentów. Prosimy o zwiększenie liczby lekarzy dyżurujących na oddziałach. Jesteśmy obarczeni ryzykiem prawnym. Za błąd medyczny grożą nam konsekwencje karne, a nawet utrata prawa do wykonywania zawodu. Pod naszymi pismami podpisali się również ordynatorzy oddziałów.

W fachowej literaturze wyczytałam, że są naukowe dowody na to, że od tego, na jakiego lekarza i z jakim doświadczeniem trafi pacjent na izbie przyjęć, zależy potem całe jego leczenie, czyli zdrowie. Dlatego apelujemy też do dyrekcji, by na izbie przyjęć dyżurował lekarz specjalista, który będzie pracował tylko tam, bez obciążenia pracą na oddziałach.

Co na to dyrekcja?

– Pan dyrektor zaproponował rezydentom po 200 złotych dodatku do trzech pierwszych ponadregulaminowych dyżurów i 700 do każdego kolejnego. Utrzymuje też, że nikt nie chce przyjść do pracy. A skądinąd wiemy, że lekarz specjalista i dwie rezydentki, które kończyły u nas specjalizację, przyszli z pytaniem, czy nie będzie dla nich etatu. Rezydentki dostały propozycję dużo niższej pensji niż na rezydenturze i rozmowy zakończyły się fiaskiem. Tymczasem ostatnio koleżanka dyżurująca na izbie przyjęć usłyszała od babci pacjenta, że ją zabije. Doszło do awantury, bo opiekunom nie podobał się czas oczekiwania na przyjęcie dziecka.

To u was nawet do ośmiu godzin. Z chorym małym dzieckiem?!

– Ludzie zaczynają nas nienawidzić, a przecież wynika to z bardzo złej organizacji nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej.

Dotychczasowa nocna pomoc była rozlokowana – nie tylko we Wrocławiu – w różnych częściach miasta, głównie przy przychodniach. Decyzją ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła na jesieni ubiegłego roku została zlikwidowana i włączona w strukturę szpitali. Szpital, co jest niedopuszczalne, działa więc jak ambulatorium. Tylko że lekarz mający pod opieką jeszcze dwa inne oddziały nie będzie przyjmował tak szybko, jak to było możliwe w poprzednim systemie. Już sama dokumentacja, którą trzeba wyprodukować w szpitalu, zajmuje dużo czasu, a nie mamy programu komputerowego, który mógłby tę pracę usprawnić. Mało który lekarz przyjmuje więc chorego krócej niż pół godziny. Jeśli przyjedzie karetka z dzieckiem wymagającym natychmiastowej pomocy, czas oczekiwania pacjentów na izbie przyjęć automatycznie się wydłuża.

Inną koleżankę rosły, barczysty pan przycisnął do ściany i wymachiwał jej pięściami przed nosem. Była zmiana dyżuru. Ponieważ nie mamy lekarza tylko na izbie przyjęć, schodzący z dyżuru musi zdać raport swojemu następcy o wszystkim, co dzieje się na podlegających mu oddziałach. Koleżanka powiedziała, że kończy dyżur, by przekazać informacje kolejnemu lekarzowi, a pan czekał z dzieckiem. To go tak rozsierdziło. Udało jej się uwolnić dopiero, gdy pielęgniarka zagroziła, że zadzwoni na policję. A u nas w szpitalu nie ma żadnej ochrony. Na izbie najczęściej dyżuruje płeć żeńska. Ale usłyszeliśmy od dyrekcji, że nic się z tym nie da zrobić.

To z powodu braku pieniędzy?

– Nie tylko. Tu potrzebna jest gruntowna reforma systemu, ale każdy kolejny minister zdrowia skupia się jedynie na działaniach kosmetycznych. A to nie zwiększy ludziom dostępu do służby zdrowia. Tak naprawdę nikt nie chce się tej reformy podjąć. Tymczasem może trzeba by zrobić tak, jak jest w Czechach, na przykład wprowadzić częściowe płacenie za wizyty. Nawet drobne kwoty za wizytę, receptę czy wezwanie karetki, zwłaszcza nieuzasadnione, wsparłyby budżet służby zdrowia i ograniczyły nieuzasadnione świadczenia. Ale też trzeba zwiększyć nakłady finansowe, a 6,8 proc. PKB, które postulują rezydenci, to absolutne minimum.

Nasz szpital wypowiedział opt-outy w listopadzie, a dyrekcja na to: wprowadzimy wam system zmianowy; szczegóły tego rozwiązania do dziś nie są nam znane. Ponieważ był grudzień, za pasem święta, daliśmy dyrekcji trochę czasu na rozwiązanie problemu. I dobrowolnie wróciliśmy do pracy, licząc, że to będzie czas na znalezienie kolejnych lekarzy i ewentualne poinformowanie o sytuacji Ministerstwa Zdrowia. W święta przez izbę przyjęć przewinęło się 180 osób.

Ilu dodatkowych lekarzy byłoby wam potrzebnych?

– Co najmniej pięciu, sześciu. Wszyscy jesteśmy bardzo eksploatowani na dyżurach, wychodzimy z nich na kolanach, bo przecież nikt nie chce, żeby na dyżurze umarło mu dziecko. Każdy dwoi się i troi, żeby tylko do tego nie doszło.

Jak wygląda dzień lekarza dyżurnego?

– O ósmej rano przychodzę, ustalam z innym lekarzem dyżurnym, jak się dzielimy oddziałami, a następnie odbieram od kolegi pełniącego w nocy dyżur informację o stanie pacjentów. Najczęściej każdy nadzoruje ten oddział, na którym pracuje. Potem uzgadniamy, w jakich godzinach kto będzie pracować na izbie przyjęć. Następnie ruszamy na wizyty, ale jeśli jest na oddziale poważnie chore dziecko (nazywamy je „ciężkim”), to najpierw idziemy do niego. I często zajmujemy się nim przez wiele godzin do rozpoczęcia dyżuru na izbie przyjęć (zaniedbując niestety pozostałe dzieci). Mieliśmy dziecko, które miało wrodzoną kwasicę metaboliczną, zaburzenia równowagi jonowo-elektrolitowej ustroju, i zdarzało się, że okresowo to się u niego pogłębiało. Było podsypiające, przyspieszał mu oddech, skakało ciśnienie. To wymagało częstego powtarzania badań, analizy parametrów krytycznych, zlecania kroplówek, kolejnego pobierania krwi. Jednym słowem, trzeba było kontrolować na bieżąco stan zdrowia takiego pacjenta. A lekarz jest tymczasem na izbie przyjęć.

Inne dziecko przyjechało z podejrzeniem guza mózgu. Stan chłopca zmieniał się z minuty na minutę. Guz się rozpychał, a mózg, zamiast zostać na swoim miejscu, zaczął się przesuwać na zewnątrz, szukając wolnego miejsca tuż przy kręgosłupie, gdzie zaczyna się szyja. Dyżurny, który miał dziecko na oddziale, od chwili przyjęcia zajmował się głównie nim. A ponieważ od kilku tygodni w naszym szpitalu nie działają windy, okazało się, że nie ma jak przewieźć dziecka na badania obrazowe, czyli tomograf głowy lub rezonans. Mniejsze dzieci braliśmy na ręce i nieśliśmy po schodach, ale ten chłopiec musiał być przewieziony na łóżku. Wezwaliśmy specjalistyczną karetkę z lekarzem i ta karetka przewiozła dziecko na badanie, które odbywa się w zupełnie innej części szpitala, oddalonej o kilkaset metrów.

Ta sytuacja trwa już od kilku tygodni. Nasza ordynator neurologii dziecięcej naciska na dyrekcję. Ale na razie to nie przynosi skutku. A przecież mamy planowe badania dzieci na rezonansie i nie wszystkie są maleńkie, żeby rodzic mógł je przenieść na rękach. Poza tym większość z tych badań jest robiona w znieczuleniu ogólnym, potem dziecko leży...

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.