Gretkowska na Ziemkiewiczu, czyli porządki w bibliotece

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Po szczęśliwie zakończonym remoncie generalnym mieszkania, na jaki porwałem się w chwili straceńczej odwagi i zupełnego zaniku wyobraźni, przyszedł czas na porządkowanie księgozbioru, który przez ostatnie miesiące znajdował się w specjalnym magazynie. Porządkowanie książek to zajęcie wysoce niebezpieczne, ale przynoszące niemałą satysfakcję oraz moc zdziwień, bo jeśli ktoś porządkował książki po raz ostatni 15 lat temu, to w zasadzie nic nie wie o swoich zbiorach.

Opracowania poświęcone antropologii śmierci oraz książki o Szatanie w kulturze stawiam uważnie obok leksykonów muzyki i wszelkiej muzykologii, albowiem zdają mi się to tematy bliżej niżby się wydawało pokrewne. Udało mi się sprawnie ustawić razem wszystkie, nieodmiennie opasłe, dzieła poświęcone genezie i przebiegowi I wojny światowej, jako że pasjami czytam o I wojnie światowej, w zasadzie omijając wzgardliwie opracowania poświęcone jej jeszcze bardziej światowej następczyni. Przecież zarówno II wojna światowa, jak i ład pojałtański, jak i komunizm nade wszystko, a zatem i upadek komunizmu, a więc nie tylko PRL, ale nawet III Rzeczpospolita (o II RP szkoda nawet gadać) to są efekty wybuchu I wojny światowej. Od stu lat wszystko, co się dzieje w polityce europejskiej, to wyłącznie jej następstwa – można z pewną dozą brawury powiedzieć, że obecne rządy PiS-u też są jakimś pokłosiem wybuchu I wojny światowej, gdyby nie I wojna światowa, to by Kaczyński nie rządził w Polsce. W tym roku obchodzić będziemy setną rocznicę jej zakończenia, spodziewam się zatem swego wielkiego powrotu do opasłych lektur traktujących o Grand Guerre.

Skąd się jednak tutaj wzięły takie książki jak „Monastycyzm średniowieczny”? Czyżbym lata temu zabierał się do studiowania takich zagadnień? Naturalnie łatwo ową zakurzoną książkę wstawić tam, gdzie literatura biblijna, gdzie święty Augustyn, ale można też sparować ze znalezionym właśnie wywiadem rzeką z arcybiskupem Józefem Michalikiem pt. „Raport o stanie wiary w Polsce”. Wyznania Michalika siedem lat temu były przedmiotem mego felietonowego namysłu, od tamtej pory leżały w głębokich dantejskich kręgach biblioteki, teraz w trakcie porządkowania wychynęły niepokojąco. Nie bardzo wiem, co z tym cennym wydawnictwem zrobić, niby nieaktualne, ale z drugiej strony to dzieło niemal profetyczne: już za reżimu Tuska mówił arcybiskup, że Kościół musi wtrącać się do polityki, że Polska rechrystianizować będzie laicką Europę, że wreszcie „jeśli Kościół postawi na kobiety, to się nie zawiedzie”. Wszystko to święte słowa, celne i prawdziwe, nawet to przecież, że w istocie Kościół postawił na kobiety, ściślej na zapędzenie ich do przemysłowego rodzenia dzieci, choćby i martwych, i w istocie się nie zawiódł: im bardziej Kościół wkracza w sprawy kobiety, tym władza Kościoła w Polsce jest silniejsza. Niestety okazało się, że zaginął mi gdzieś wywiad rzeka z arcybiskupem Hoserem, który również swego czasu z ukontentowaniem czytałem, niewykluczone, że pochopnie go komuś sprezentowałem, bowiem oddając się perwersyjnemu kolekcjonowaniu wyznań najbardziej zabetonowanych hierarchów Kościoła, jednocześnie czułem nieprzepartą pokusę, by swymi zbiorami się dzielić.

Dziwną prawidłowość przy okazji zauważyłem – otóż im więcej książek z domu wynoszę, tym mniej mam miejsca na półkach, z każdą wyeliminowaną z mieszkania pozycją kurczy się miejsce na te książki, które zostają. Zawalam już książkami zaprzyjaźnioną Big Book Café, gdzie pojawiam się ze słynną niebieską torbą z Ikei wypełnioną woluminami relegowanymi ze świeżo wyremontowanego mieszkania, prowadząc przy tym swoistą dywersję: ostatnio ukryłem w odmętach torby kilka wczesnych powieści Rafała Ziemkiewicza, przykrywając go książkami Manueli Gretkowskiej, i tak przykryty Gretkowską Ziemkiewicz powędrował do nowych czytelników.

Nie jest wykluczone że dzieła Ziemkiewicza z czasów, gdy pisał powieści science fiction, zyskają klientów, natomiast z trwogą wręcz zauważyłem zupełny brak opasłych powieści Bronisława Wildsteina, które przecież z żarliwością studiowałem. Niestety, przeczytane dzieła wielkiego moralisty rozdałem znajomym, teraz by się przydały, biorąc pod uwagę, że ostatnio o Wildsteinie głośno. Podobna sytuacja jak z Michalikiem i Hoserem: jest Michalik, nie ma Hosera, jest Ziemkiewicz, nie ma Wildsteina, a przecież Wildstein byłby nad wyraz cenny, bo media donoszą o lawinowym wzroście konferencji naukowych i seminariów o twórczości Wildsteina. Ostatnio w Poznaniu otrzymał Nagrodę Pana Cogito, zaś zasłużona Biblioteka Raczyńskich urządziła sesję naukową „Pisarz wobec kłamstwa i nicości” poświęconą prozie Wildsteina. Gdyby to było w Warszawie, z pewnością bym się udał, albowiem w ofercie pasjonujących referatów najbardziej zaintrygował mnie ten Antoniego Libery pod tytułem „O czym pisze Bronisław Wildstein?”. Niestety – miałem w domu powieści Wildsteina, czytałem, studiowałem dzieła mistrza kamiennego frazowania, starałem się pojąć, o czym Wildstein pisze, ale nie pojąłem i rozdałem znajomym – zbyt pochopnie, nadzwyczaj nieodpowiedzialnie.

W trudzie porządkowania zbiorów towarzyszy mi nieustająco konfuzja – oto właśnie ogarnąwszy z grubsza zbiory książek traktujących o wszelakich kuriozach, znajduję w znakomitym stanie – bo niedawno wydane – bajania Janusza Bieszka o Wielkiej Lechii, potężnym polskim imperium, które rządziło Europą na stulecia przed Rzymem, a w wolnych chwilach rozprawiało się z armiami Aleksandra Macedońskiego. Znajduję i zupełnie nie wiem, co z tymi książkami zrobić, wszak nabyłem je w celach ściśle felietonowych, nie planuję do tych wybryków nieskrępowanej głupoty powracać, ale jednak zmuszony jestem podjąć decyzję o ich dalszym losie – zanoszenie Bieszka do Big Book Café nie wchodzi w grę, w ogóle wszelkie ruchy propagujące ten fenomenalny bełkot nie mają racji bytu, sprzedać tego nawet nie uchodzi, a jednak wyrzucenie też jakoś trudne, pozostaje wymiana z jakimś innym kolekcjonerem.

Ze swojej strony zatem jestem gotów oddać komuś książki Bieszka o Wielkiej Lechii w zamian za powieści Bronisława Wildsteina. Szczególnie gdy przeczytałem list gratulacyjny ministra kultury Piotra Glińskiego po otrzymaniu przez autora „Doliny nicości” Nagrody Pana Cogito, gdzie wicepremier pisze: „Pańska proza jest – w myśl wskazań Stendhala – jak zwierciadło, które przechadza się po gościńcu i odbija to, co dla przemierzających go podróżnych najbardziej dojmujące: dzisiejszą niedolę życia w atrapie europejskiej cywilizacji, wydrążonej z własnej tożsamości, wyzbytej metafizycznego ładu i moralnego porządku, które generowały jej potęgę. Pana utwory ilustrują rozpaczliwą kondycję współczesnego człowieka, który za sprawą własnej hybris, nieopanowanej żądzy panowania nad naturą i losem, zatrzasnął się w pułapce duchowej niemocy”.

Już sam list wicepremiera zasługuje na nagrody literackie, szczególnie za frazy o „nieopanowanej żądzy panowania” oraz o „niedoli życia w atrapie europejskiej cywilizacji”, mam więc nadzieję, że materiały z seminarium o Wildsteinie zostaną opublikowane. Już szykuję miejsce na półkach.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.