Z Wiesławem Zanowiczem, aktorem grającym „Kordiana” w Teatrze Polskim w Poznaniu, rozmawia Violetta Szostak

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Rozmowa Dużego Formatu -

„Robię, co mi każą, podpisuję współpracę z SB” – przyznaje się pan na scenie w Teatrze Polskim w Poznaniu do tego, co inni skrywają. Dlaczego?

– Nie planowałem tego. Kiedy zaczęliśmy pracować nad spektaklem, reżyser Kuba Skrzywanek zachęcił nas, żebyśmy weszli w swoje biografie. Muszę powiedzieć, że zaimponowało mi, jak odważna w tym była Siksa. Znasz Siksę? Młoda punkowa performerka.

– Opowiada na scenie o tym, że była zgwałcona. Pomyślałem, że wobec tego i ja powinienem opowiedzieć swoją historię. Robię to też dla tych młodych ludzi, żeby zobaczyli, jak to działało, jak nas łamano, gnojono. Ja dałem się zgnoić. Zapłaciłem za to. Wyjechałem potem z kraju, oddałem tożsamość…

„Nazywam się Wiesław Zanowicz. Dziś prawnie figuruję jako Roman Wiesław Thesing, nazwisko to przejąłem po mojej drugiej żonie. Imię i nazwisko po moich rodzicach to Wiesław Zając-Zbiczak.

W tym spektaklu po raz drugi w życiu gram rolę Kordiana” – mówi pan ze sceny i opowiada swoje życie.

– Siedzę w kostiumie zrobionym na podobieństwo tego, w którym prawie 40 lat temu grałem Kordiana w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Jestem starym Kordianem. Obok mnie są młodzi, urodzeni po 1989 roku, i oni także opowiadają własne życie. Ja mówię im na scenie o swoim carze, oni o swoich. „Urodziłem się 9 sierpnia 1952 roku w Lublinie jako nieślubne dziecko mojej matki Genowefy”.

– W czasie wojny została wdową. Jej mąż był w partyzantce, potem wstąpił do II Armii Wojska Polskiego, poszedł na front i zginął. Została z dwójką małych dzieci, z rozpaczy waliła głową w mur.

Mój przyszły ojciec też mieszka wtedy w Lublinie, ale z matką jeszcze się nie znają. Jest AK-owcem, ma 31 lat, gdy w 1944 łapią go Rosjanie i wywożą do łagru w Borowiczach. Mówił: „Za Niemca była krew po kostki, za NKWD była krew po kostki”.

Opowiadał, że najbardziej umierali tam 18-latkowie, psychicznie nie wytrzymywali. Gdy ojca wypuszczono z obozu, zrobiono mu zdjęcie do dokumentów: na głowie skorupa z brudu i włosów.

W 1946 wraca do Lublina, nie ma gdzie się podziać, siada na rynku. Ktoś mu daje jajko, ktoś mówi: „Słuchaj, jest tam wdowa z dwójką dzieci, zainteresuj się…”.

I mama opowiadała mi to tak: przyszedł facet, postawił różę na stole i został.

Potem wsadzili go jeszcze do więzienia w Lublinie. Koledzy, z którymi siedział, powiedzieli mu: „Jak ty jesteś z wdową, to zrób jej chociaż dziecko, żeby cię nie wyrzuciła”. I tak się urodziłem. Tata z nami został, wychowywał mnie i dwójkę dzieci mojej mamy. Pracował potem w browarze, był inkasentem, rozwoził piwo.

Pamiętam z dzieciństwa zapach gotowanych bandaży. Ojciec miał otwarte rany w obu nogach.

Z łagru?

– Chyba od odmrożenia. Widzę, jak siedzi w tych bandażach. Mama starała się mnie chronić, ale musiałem to widzieć, bo jak zamykam oczy, to mam ten obraz: białe robaczki w tej ranie.

Jak już byłem starszy, chodziłem z ojcem raz w miesiącu do łaźni miejskiej i widziałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.