Nie musiałam patrzeć na szczęśliwe mamy

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Wiara I Medycyna - TEKST AGNIESZKA URAZIŃSKA ILUSTRACJA ANNA REINERT / JACEK FALEŃCZYK

Radzono mi przerwanie ciąży. Po porodzie nie stwierdzono żadnej wady genetycznej

Na pierwszym USG, w listopadzie 2016 roku, lekarz powiedział, że to ciąża bliźniacza, ale jeden zarodek obumarł. Drugi żył, ale miał nieregularny kształt. Niepokojące. Utrzymanie ciąży, powiedział, jest niepewne.

Na kolejnym, w grudniu, już było dobrze. Widzieli, jak dziecku bije serce, rusza rączkami i nogami. Miało przyjść na świat pod koniec czerwca.

Ale kolejnej wizyty, ze stycznia, nie zapomną, choć przyszli tylko, by dowiedzieć się o płeć. „Jest bardzo chory – powiedział lekarz. – Ma się źle i najprawdopodobniej odejdzie”. Że to kwestia tygodnia, może miesiąca, a serce przestanie bić. Że nie ma wód płodowych, łożysko przerośnięte. Że chyba nerki nie działają.

Tomek: – Nawet jako laicy widzieliśmy, że coś jest nie tak, bo na monitorze tylko białe tło i główka.

Usłyszeli, że póki nie dojdzie do poronienia, mają przychodzić co tydzień i sprawdzać, czy serce jeszcze bije.

Ola: – Lekarz okazał współczucie. Powiedział, że tak się zdarza, są losowe mutacje genetyczne. Myślę, że swojej diagnozy był pewien.

Tomek: – Jest przecież specjalistą USG, doświadczonym lekarzem.

Ola: – Chodziliśmy do kolejnych doktorów i profesorów.

Tomek: – Nikt nie dawał nadziei.

Jest wiara, jest miłość

Ola pochodzi z religijnej rodziny. Ważne wspomnienia z dzieciństwa to niedzielne msze z rodzicami i dwoma braćmi. Należy do kościelnej oazy jest animatorką na oazowych wyjazdach.

Tomka i trójkę jego rodzeństwa do kościoła prowadza mama. Ojciec do kościoła nie chodzi. Tomasz, nastolatek, też nie – prawdy szuka w filozofii, interesują go różne religie. Z czasem dochodzi do wniosku, że najwięcej tej prawdy widzi w religii katolickiej. Kończy politykę społeczną na Uniwersytecie Warszawskim i porządkuje swoje życie. Pierwszy raz od siedmiu lat idzie do spowiedzi. Czuje ulgę. Znajomi ze studiów rozproszyli się po świecie, nowych szuka w duszpasterstwie postakademickim jezuitów. Najpierw znajduje przyjaciół, później Olę.

Tomek, mówi Ola, jak już coś robi, to na sto procent. Z tą znajomością było tak samo. Wyjazd na narty z dużą grupą: znajomi i znajomi znajomych. Pierwszy raz widzą się w autokarze. Tylko raz mają okazję dłużej rozmawiać. A później znów się spotykają – Ola, historyk sztuki, oprowadza wycieczkę po Muzeum Narodowym. Z wycieczką idzie też Tomek. Kilka miesięcy później, na Gwiazdkę, daje Oli bilet do Rzymu, przedstawia najbliższym. Postanowił wcześniej, że jak spotka kogoś odpowiedniego, nie będzie czekał. Oboje szczupli, wysocy, oszczędni w słowach. Im bliżej się poznają, tym więcej podobieństw odnajdują. Są po trzydziestce, kochają się, myślą o sporej rodzinie. Ustabilizowani. Ona jest edukatorką w muzeum, on informatykiem. Jest miłość. Jest wiara. Wieczorami modlą się razem na głos. Nie mieszkają ze sobą. Postanawiają zachować czystość aż do ślubu. Pobierają się po roku znajomości.

Kilka tygodni później widzą dwie kreski na ciążowym teście.

3 milimetry

Tomek: – O aborcji mówił prawie każdy lekarz, z którym się zetknęliśmy. Oprócz pierwszego, który znał nasze poglądy.

Ola: – Nie zliczę, ile razy radzono mi przerwanie tej ciąży. Słyszałam, że to mniejsze cierpienie dla dziecka i matki.

Tomek: – Dla wierzących ten wybór jest łatwiejszy, bo nie mamy wątpliwości, kiedy zaczyna się życie. W wielu krajach na świecie aborcja jest dozwolona ze względów społecznych. I różnie tę granicę się wyznacza – gdzieś do 10., gdzieś do 12. tygodnia od poczęcia. Kto ma rację, a kto robi źle? Medycyna nie ma na to odpowiedzi. Jeśli przyjmę, że zaczyna się od poczęcia, nie ma miejsca na błąd.

Lekarze proponowali badania genetyczne płodu.

Ola: – To się czasami wiąże z powikłaniami, bo przy amniopunkcji, czyli przebiciu pęcherza płodowego, może dojść do przedwczesnego porodu. U nas, z powodu braku wód płodowych, mogło być jeszcze trudniej. Trzeba by pobrać krew z pępowiny. Miała 3 milimetry, igła milimetr. Lekarz, który miał wykonywać to badanie, powiedział, że nie może się go podjąć, bo boi się, że uśmierci dziecko. Wiedzieliśmy, że na aborcję i tak się nie zdecydujemy. Postanowiliśmy, że dziecko będzie z nami, jak długo się da. Dla nas to nie był zlepek komórek. Czułam, że to syn, choć żadne badanie tego nie potwierdziło. Myślałam już o nim – Jeremiasz. Każda kobieta przeżywa stres związany z ciążą i rozwiązaniem, a ja zastanawiałam się, co będzie, gdy on we mnie umrze. Jak będzie wtedy wyglądał poród. Zaczęłam szukać miejsca, gdzie pomogą.

Instrukcja z YouTube’a

Tisa Żawrocka, założycielka Fundacji „Gajusz” i hospicjum perinatalnego w Łodzi, poznała Olę i Tomka krótko po tym, gdy usłyszeli, że dziecko umrze. Przyjechali porozmawiać z psychologiem i z lekarzem. – Dla wierzących to jasne, piąte przykazanie. Ale to nieprawda, że śmiertelnie chore dzieci rodzą tylko jakieś szalone katoliczki – mówi. – Przychodzą do nas pary różnych wyznań. Czasem niewierzące. Właśnie od takich rodziców usłyszałam, że dla nich to jedyna okazja, aby mogli poznać swoje dziecko, bo nie będzie przecież żadnego „potem”.

Zanim stworzyła hospicjum dla rodziców dzieci z wadami letalnymi (nie dają szans na życie lub śmierć następuje krótko po porodzie), obejrzała film na YouTubie. – Pięciominutowe nagranie z amerykańskiego hospicjum perinatalnego bardzo mnie wzruszyło. Poszliśmy za tym wzorem, nic nie zmieniliśmy. Gdy ma się rodzić śmiertelnie chore dziecko, zapewniamy pomoc psychologa, uczestniczymy przy porodach, organizujemy chrzciny, jeśli to ludzie wierzący, a przecież nie zawsze. I sesje fotograficzne. Rodzice bardzo potrzebują tych zdjęć – nieważne, czy dziecko było zdeformowane, na jakim etapie ciąży przyszło na świat i czy było żywe.

Kilka razy zdarzyło się, że rodzice mówili, że obawiają się tych zdjęć i nie chcą. Mówię im wtedy, że to jedyna szansa, bo czasu nie da się potem cofnąć. Wszyscy zdjęcia biorą. Okazuje się, że nawet jeśli dzieci nie wyglądają tak, jak byśmy tego oczekiwali, dla nich są piękne. Proponujemy też opiekę po porodzie, na przykład kiedy dziecko nie umiera, ale jest bardzo chore i rodzice boją się zabrać je do domu.

Czasem to tylko chwila

Tisa pamięta pierwszy poród w hospicjum – cztery lata temu na świat przyszedł Mieszko. Żył. Tisa spanikowała, nie poszła za inkubatorem, w którym wieziono dziecko matce, bała się jej rozpaczy. Od fotografa usłyszała, że tego nie było.

– Miłość bywa dużo większa niż strach – mówi teraz. – Widziałam wiele razy. Przywożą dziecko, które za kilka minut albo godzin odejdzie, i bliscy wiedzą, że to nie jest chwila na rozpacz, tylko na bycie z tym dzieckiem. Czasem tylko moment, żeby je przytulić, poznać, zapamiętać szczegóły.

W hospicjum Gajusza psycholog nie podpowiada rodzicom, jaką decyzję mają podjąć.

– Nie wie, jaki ciężar udźwigną, więc nie może mówić, co jest lepsze. Opowiada o konsekwencjach jednej i drugiej decyzji. Bez oceniania. Zgłaszają się mamy, które decyzje podjęły różne. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby potępić przerażoną matkę, która decyduje się na aborcję. Czasem mam żal do lekarzy, że nie mówią o innych możliwościach niż przerwanie ciąży, nie informują, że istnieją miejsca, gdzie rodzina otrzyma wsparcie. A w Polsce działa przecież kilkanaście hospicjów perinatalnych. Wielu ludzi, także lekarzy, twierdzi, że nie są potrzebne – służą tylko rozdrapywaniu ran, bo najlepiej ciążę zakończyć i urodzić sobie zdrowe dziecko. Organizowałam ostatnio poród parze, której dziecko przeżyło godzinę. Życzyli sobie, żebyśmy towarzyszyli im z fotografem i księdzem przez cały ten czas. Mówili później, że zaczarowaliśmy godzinę, której tak bardzo się bali – w najpiękniejszą.

Tisa zapamiętała, że Ola i Tomek, jak większość par, zastanawiali się, czy jeśli dziecko urodzi się żywe, można sprawić, by nie cierpiało. Pamięta też, jak im powiedziała, że mają prawo wierzyć w cud, ale muszą przygotować się na najgorsze.

Ola: – Pani Tisa powiedziała, że muszę mieć trzy plany. A – rodzę w Łodzi pod opieką hospicjum Gajusza, w prywatnym szpitalu, intymnie. B – nie zdążę dojechać do Łodzi z Warszawy, gdzie mieszkamy, bo akcja porodowa rozpocznie się nagle. C – to wielki znak zapytania. Wszystko przecież może się zdarzyć.

Lekarze wchodzą i wychodzą

W 23. tygodniu ciąży usłyszeli, że również życie Oli może być zagrożone. Groziło jej zakażenie wodami płodowymi.

Ola: – Pani doktor powiedziała, że dziecko jeszcze żyje, ale nie ma najmniejszych szans, że byłoby „niehumanitarne”, żebym leżała w szpitalu, skoro, jak to ujęła, „to się skończy, jak się skończy”. Radziła podać oksytocynę na wywołanie skurczów, bo akcja porodowa właściwie już się rozpoczęła, skoro odpływają wody.

Do szpitala pojechali, ale na oksytocynę się nie zgodzili.

Ola: – Wiedziałam, że nie ma szans, aby dziecko urodzone w połowie ciąży przeżyło. A my chcieliśmy, żeby to Jeremiasz zdecydował, kiedy ma odejść. Postanowiliśmy, że zgodzę się na oksytocynę, gdyby rozwijało się zakażenie.

Musiała podpisać deklarację, że na własne życzenie chce kontynuacji ciąży wbrew zaleceniom lekarzy.

Ola: – Lekarze chcieli się zabezpieczyć, gdyby coś mi się stało. Procedury. Używali nomenklatury medycznej – że jestem świadoma, że płód obumrze. A ja w każdym dokumencie, który mi podsuwali do podpisania, słowo „płód” zmieniałam na „dziecko”. Jestem wdzięczna, że liczyli się z naszym zdaniem. Pozwolili zostać w szpitalu, bo tu czułam się bezpiecznie. Ale jedyne rozwiązanie, jakie od nich słyszałam, to „terminacja”. Nikt nie powiedział: „Ale może pani spokojnie zostać w szpitalu, wesprzemy, pomożemy”. To była bardziej nasza decyzja niż propozycja lekarzy.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.