Duchy

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Tochman Springer - Wojciech Tochman

Po śniadaniu – ugotowane pędy bambusa, trochę klejącego ryżu – ruszyliśmy przed siebie. Szliśmy, jak zawsze, grzbietem rozpalonej góry: żadnego obłoku, wiatru, dźwięku, najwyraźniej i ptaki w takim skwarze nie mają siły na życie. Widok! Jakbyśmy to ptakami byli my: nieskończone lesiste przestrzenie, górskie łańcuchy, jeden za drugim, niedotknięte śladem człowieka. Powietrze. Czubek świata, taką pewność czuję tam zawsze, wyższego na planecie już nie ma. Czasem o tym miejscu tutaj opowiadam. Ale je chronię. Nie podaję nazwy wsi. Północny Laos, prowincja Phôngsali, która na mapie wciska się klinem między Wietnam i Chiny, tyle szczegółów wystarczy.

Osada górali Khmu. Nie wierzą w Buddę, jak wierzą wszyscy dookoła, nie budują świątyń. Czczą duchy przodków i duchy drzew. Z ludu Khmu wywodzi się Toun – mój laotański tłumacz i przyjaciel mieszkający w Luang Prabang, mieście odległym o dwa dni drogi. Niedawno obronił tam dyplom nauczyciela matematyki. Jest pierwszym i jedynym wykształconym człowiekiem z tej tajnej drewnianej wsi schowanej na szczycie góry. Prowadzi do niej przez dżunglę stroma ścieżka, w porze deszczowej trudna do pokonania. W osadzie nie ma wody, prądu, sklepu, lekarza. Kiedy ktoś zachoruje, rodzina wychodzi za ostatnie domostwa, idzie do dużego drzewa, składa mu w ofierze kurczaki, im groźniejsza choroba, tym ich więcej, czasem trzeba i tuzin. Bliscy rozpalają ognisko, jedzą to, co upieką, nie wolno im niczego zostawić, żadnych resztek spod drzewa zabrać ze sobą. To trwa i trwa. Kiedy błagalne ceremonie wreszcie są skończone, nie wolno się za siebie nawet obejrzeć. Obejrzysz się – choroba pójdzie za tobą.

– Choroba to strach – powiedział Toun, kiedy podziwialiśmy pejzaż. Szła z nami jego energiczna szwagierka, uśmiechnięta, ale ze spuszczonym wzrokiem i krótką motyką pod pachą. Kiedy na suchej ziemi zauważała wilgotną grudkę wielkości ziarna ryżu, kucała i z niebywałą zręcznością kopała norę głęboką chyba na pół metra. Wkładała w nią dłoń, wyjmowała tłustego insekta i przekładała go do bambusowej rury. Braliśmy udział w polowaniu. Ludzie jedzą, co upolują (przysmakiem są dzikie pszczoły grillowane w liściach bananowca), co zbiorą w dżungli albo wyhodują na polach, które dżungli wyrwali. Wodę dźwigają ze źródła: zboczem w dół będzie ze 20 minut, to znaczy z ciężkim kanistrem pod górę. Tam też wszyscy się myją. Tam zabijają świnie, krowy, psy.

Kiedy ktoś umiera, w domach brakuje wody. Bo przez trzy dni dookoła wsi czają się złe duchy. Nosa nikt nie śmie wychylić. – Ciało zmarłego jest wtedy z nami – mówił Toun, kiedy szliśmy w cień, pod wysokie drzewa. – Potem chowamy je na cmentarzu, tutaj. Jeśli zmarły nie zostawił spadkobierców, żegnają go sąsiedzi. I natychmiast burzą mu dom, by w nim nie zamieszkały duchy. Nikt nie lubi być blisko śmierci. Nikt na cmentarzu nie powinien przebywać bez potrzeby. Chodźmy.

Zmarłego grzebią ubranego w najlepsze, co miał. Bez trumny. Nie oznaczają grobów. Każda rodzina wie, gdzie jest jej miejsce, przydzielone kilka wieków temu. Kiedy ruszają ziemię, ruszają kości przodków. – Ale brata pochowaliśmy gdzie indziej – powiedział Toun. – I od razu, by złe moce odeszły natychmiast.

Tak się dzieje, kiedy ktoś ginie śmiercią gwałtowną, nagłą, bez udziału sił natury. Albo od czarnej magii. Starszy brat Touna, mąż szwagierki wydłubującej z ziemi robale, zginął na polowaniu. Miał na imię Dżan, co w języku Khmu znaczy Księżyc. Skończył właśnie 33 lata. Przyjaciel myślał, że za krzakiem kręci się zwierzę, polowali na tygrysa, strzelił. Myśliwi nieśli rannego do wsi, ale go nie donieśli, bo po drodze umarł. Zawrócili od razu. Takiego nieboszczyka do wsi przynosić nie wolno. Zawołali więc rodzinę i ponieśli ciało jak najdalej od domów. Ale że brat był dość ciężki, to go pochowali nie za daleko: przy stromej ścieżce, z widokiem na świat. I uciekli do wsi. Przez dziesięć kolejnych dni rodzina bała się wyjść za próg. Nie miał kto doglądać upraw. – Pól pilnujemy bez przerwy, śpimy na zadaszonych drewnianych platformach. Wtedy nie mogliśmy. Nikt nie mógł nas zastąpić. Bo duchy ucztowały. I dzikie świnie, które rozniosły plony. Nie mieliśmy co jeść. Jedliśmy kamienie.

Kamienie? Toun pogrzebał butem w ziemi, podniósł twardą bryłkę i zjadł ją bez łyka wody. Często mówi o bracie. Był dobrym człowiekiem. Kiedy znad rzeki przynosił dwie ryby, jedną zawsze dawał żonie i dzieciom, drugą matce i ojcu.

Ludzie Khmu nie odwiedzają cmentarza. Ale wdowa po bracie chodzi do zielonego krzaczka uczepionego do pionowej ścieżki przynajmniej raz w tygodniu. Zwykle towarzyszy jej ośmioletnia córka, która urodziła się tuż po śmierci taty. Stają we dwie w pełnym słońcu. – Witaj, drogi Księżycu – mówi dziewczynka. – U nas wszystko super – dodaje jej mama. – Jesteśmy niegłodne i zdrowe. Teraz mamy nawet lepiej niż wtedy, kiedy byłeś z nami, bo Toun nam pomaga. Gdziekolwiek bywasz, wierzymy, że cieszysz się swoją podróżą. I świętym spokojem.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.